Apetyt na brunatne bułeczki
Tekst
poniższy ma swoją (krótką) historię. „Odbił” się mianowicie od kilku mediów
liberalnych. Jedno z nich uzasadniło nawet swoją decyzję o odmowie druku:
absolutnie nie do przyjęcia był dla jego redakcji sposób, w jaki piszę o
imigracji muzułmańskiej.
Właściwie
jako autor powinienem być wdzięczny, bo nic chyba lepiej nie potwierdza jednej
z zasadniczych tez niniejszego szkicu: tej mianowicie, że polskie środowiska
liberalne są całkowicie niezdolne do dyskusji wokół jednego z najbardziej
palących problemów europejskiej współczesności. Dlatego zwycięstwo „rewolucji
konserwatywnej”, czyli współczesnej postaci faszyzmu wydaje się nieuchronne. Stomil
nie zmieni swojego sposobu myślenia, a Edka nie da się powstrzymać.
By wyjaśnić nieco szerzej mechanizm nieuchronnego powstawania agresywnych reakcji społecznych na gwałtowny napływ przedstawicieli etni obcych kulturowo, załączam tu link do pełnej wersji mojego artykułu opublikowanego w „Przeglądzie” w grudniu 2012 roku.
https://www.brulionbezlinii.net/2026/05/o-potrzebie-trzeciej-drogi-w-debacie.html
Choć minęło piętnaście
lat, tekst ten chyba się nie zestarzał.
Apetyt na brunatne bułeczki
Czy Edka da się zatrzymać?
Sławomir Mrożek, Tango, Teatr Współczesny w Warszawie, reżyseria: Maciej Englert (premiera 1997, realizacja TV 1999).Danuta Szaflarska (Eugenia), Wiesław Michnikowski (Eugeniusz), Krzysztof Kowalewski (Edek), Piotr Adamczyk (Artur), Ewa Gawryluk (Ala), Marta Lipińska (Eleonora).
Optymistom może się wydawać, że węgierskie zwycięstwo sił demokratycznych wiele zmienia także w Polsce. I optymiści mogą mieć rację. Ale… Lepiej byłoby, żebyśmy nie upili się zdalnie szampanem, którym młodzi ludzie raczyli się w niedzielę 12 kwietnia na ulicach Budapesztu.
Tomorrow
belongs to me.
https://www.youtube.com/watch?v=Sv7kbtQChJA&list=RDSv7kbtQChJA&start_radio=1
Czy to nie
dziwne, że – o ile mi wiadomo – Tango Mrożka wystawia dziś w Polsce
jeden jedyny teatr: im Solskiego w Tarnowie? Dziwne, bo Tango to
opowieść o naszym czasie – nie wiem, czy „przedwojennym”, jak zapowiedział Premier,
ale na pewno „przedfaszystowskim”, jeśli wierzyć proroctwu Mrożka: Tango
to przecież opowieść o rozkochanym w tradycji młodzianku, pragnącym powrócić do
dawnych „wartości”, który – niechcący – toruje drogę Edkowi. A Edek – wiadomo.
https://www.youtube.com/watch?v=M_OrXswb-f0
Z drugiej
strony… Cóż tak naprawdę może teatr? W 1991 roku, pod wrażeniem sukcesów
„Samoobrony”, Andrzej Wajda wystawił w Teatrze Telewizji adaptację powieści
Juliusza Kadena-Bandrowskiego Bigda idzie. „I co? (By zacytować
Klasyka). I nic”. Bigda doszedł, dokąd chciał dojść. A nawet – na swoje
nieszczęście – kawałek dalej. Edek też dojdzie, dokąd będzie chciał. A może
nawet kawałek dalej.
Jakkolwiek
by było, nasi konserwatywni młodziankowie – młodsi i starsi, bo konserwatywnym
młodziankiem można być bez względu na PESEL – uczynią mądrze, jeśli Tango przeczytają
sobie raz jeszcze. Najlepiej do końca i ze zrozumieniem. Bo to także przestroga
dla nich.
Faszyzm
bez „kwadratowego wąsika”
Żeby było jasne: pisząc tu o „faszyzmie” nie mam na myśli żadnej z określanych tym mianem formacji historycznych. To prawda: mają one, zwłaszcza faszyzm pierwszy, włoski, swoich zaprzysięgłych miłośników i u nas. Ale na ogół współcześni faszyści bardzo nie lubią, gdy nazywa się ich faszystami, a antysemici gotowi zawlec do sądu każdego, kto nazwie ich antysemitami – oni są przecież co najwyżej „judeosceptykami”. Nawet Grzegorz Braun zaklinał się, że nie jest brunatny. Takie czasy. Dlatego pewne określenia wypada uściślić: pojęciem „faszyzmu” będę się tu posługiwał w rozumieniu takim, jakie nadał mu Umberto Eco w swoim sławnym eseju o Wiecznym faszyzmie[1].
Eco słusznie zauważa, że do dawnych faszyzmów nie ma już powrotu. Co nie
znaczy, że sam „faszyzm” przepadł gdzie w pomroce dziejów. Trwa nadal: jako
pewien „sposób myślenia i odczuwania, jakiś zespół nawyków kulturalnych, jakaś mgławica
mrocznych instynktów i nieodgadnionych popędów”. Eco nazywa tę „mgławicę”
„prafaszyzmem” albo „faszyzmem wiecznym”, za którego najważniejsze wyznaczniki
uznaje „kult tradycji”, „odrzucenie modernizmu”, to znaczy oświecenia,
postrzeganego „jako początek współczesnego zepsucia”, co prowadzi „wieczny
faszyzm” ku „irracjonalizmowi”; „podejrzliwość wobec świata intelektualnego” („oficjalni
intelektualiści faszystowscy zajmują się głównie oskarżaniem współczesnej kultury
i liberalnej inteligencji o porzucenie tradycyjnych wartości”); nienawiść do
„ducha krytycznego”; lęk przed wszelką innością, z którego wyrasta niekiedy
rasizm; żerowanie na społecznych frustracjach; nacjonalizm; obsesje spiskowe; nieustanne
poszukiwanie jakiegoś „wroga”, kult nieustającej „walki”; pogardę dla słabych,
powiązaną niekiedy z budową nowych „elit”; maczyzm i poczucie wyższości wobec
kobiet – maskujące często lęk przed nimi; populizm odwołujący się do jakiegoś
wyobrażenia „ludu”, którego wolę wyraża przywódca; wreszcie próby tworzenia
nowego języka, „nowomowy”, w której często pojęcia nabierają znaczeń dokładnie
przeciwnych do pierwotnych: „prawdziwa wolność”, propagowana przez „obrońców
wartości”, z wolnością bezprzymiotnikową ma zwykle wspólnego tyle samo, ile „demokracja
socjalistyczna” z demokracją, a krzesło elektryczne z krzesłem. Właśnie o tak opisywanym faszyzmie będzie tu
mowa, o faszyzmie zatem, który jest nie tyle ideologią – faszyzmy posługują się
różnymi ideologiami – ile pewną praktyką polityczną, czy inaczej: technologią
rządzenia wielkimi masami ludzkimi, a raczej ich dyscyplinowania. By powrócić
do Tanga: współczesny Edek wcale nie musi mieć – jak u Mrożka – „małego
kwadratowego wąsika”, nie musi poprawiać spodni ani drapać się po brzuchu, ba,
może mieć nawet doktorat.
Niezrównany
smak brunatnych bułeczek
Przyzwyczailiśmy
się do wyobrażenia, że młodzieńczy bunt jest buntem wobec jakiejś opresji.
Młody człowiek buntuje się przeciwko autorytetowi rodziców wyznających
tradycyjne wartości, potem przeciwko autorytarnemu systemowi szkolnemu – bo to
pierwsze jego zetknięcie z władzą „jako taką”. A ten system szkolny wyobrażamy
sobie trochę na wzór strasznego dawnego gimnazjum, przypominającego pruskie
koszary – jak ze Wspomnień niebieskiego mundurka, Profesora Unrata,
Buddenbrooków, Przebudzenia wiosny czy Nieba w płomieniach
– tłamszącego indywidualność, w którym o jej zachowanie trzeba walczyć. Taka
walka trochę kosztuje, ale buntownik nie jest bez szans.
Mrożek
pokazał, że młodzieńczy bunt może się rządzić całkiem innymi prawami. Bo co,
jeśli młody człowiek dostaje tę wolność gotową, niejako na talerzu? Wywalczył
ją Stomil dla Artura, ale Artur wcale nie jest mu bardzo za to wdzięczny:
„Zatruliście tą swoją wolnością pokolenia w przód i wstecz”. Nie cenimy
przesadnie tego, co dostajemy za darmo. Ujawnia się tu pewien mechanizm, który
odkrył Goethe:
Tę myśl rozważań wciąż poddaję probie
I w niej mądrości widzę rdzeń:
Życia w wolności wart tylko, kto sobie
Wywalczać musi je na każdy dzień.[2]
Faust (i
Goethe) rozumie co prawda tę wolność po swojemu, ale samą zasadę formułuje
prawidłowo.
Dziś wszystko
uległo odwróceniu. We współczesnej szkole to raczej nauczyciel ma prawo czuć
się stłamszony i sterroryzowany – uczniowie mogą mu nawymyślać, wsadzić na
głowę kosz na odpadki, wszystko to sfilmować i film umieścić w Sieci, a gdyby
się próbował bronić, napiszą na niego donos do kuratorium, oskarżając go o „naruszenie
nietykalności fizycznej” i „przemoc psychiczną”. Ale zasadniczy podział ról pozostaje
bez zmian: młody ma się zbuntować przeciwko starym, przeciwko „zastanemu
światu”. Nawet w tej wolnej już szkole prędzej czy później – natura ma swoje
prawa – zbudzi się w nim ów młodzieńczy instynkt, nakazujący sprzeciwić się
próbom prowadzenia go na smyczy i wskazywania drogi, nieufność „poszukującego”
wobec kurateli, narzucającej gotowe dogmaty. Artur nie ma wyjścia: zbuntować
się musi.
Ale
przeciwko czemu, skoro opresji już nie ma? Jest wolność. Zbuntuje się zatem
przeciwko wolności. A przyjdzie mu to tym łatwiej, że – po pierwsze – taki bunt
kosztuje znacznie mniej niż bunt przeciwko gimnazjum, którym zarządza
Wedekindowski dyrektor Wybijząb z Przebudzenia wiosny, a – po drugie – ta
wolność w naszych czasach nie jest bardzo sexy. Spala się w formułowaniu
przedziwnych zakazów: Nie wolno na przykład mówić „Murzyn” ani „Eskimos”, za to
należy mówić „gościni”, „poruczniczka” i „chirurżka”. (Znamienne skądinąd, że
panie, które legitymują się tytułem profesorskim, wolą, by zwracać się do nich
per „pani profesor” niż „pani profesorko”).
Nie wolno wzruszać się przygodami Stasia i Nel, bo to okrutni
kolonizatorzy, trzeba poprawić Przygody Tomka Sawyera, bo negatywnym bohaterem
jest Indianin, i Lalkę, bo dobrze pisze się w niej o „stalkerze”, a źle
o żydowskich kupcach. Współczesnemu Arturowi nie wolno też być dumnym z jego
europejskości, choć to Europejczycy wynaleźli oświecenie i demokrację liberalną.
Ma się bić w piersi za „kolonializm”, choć jego europejscy przodkowie
traktowani byli we własnych ojczyznach nie lepiej niż obywatele kolonii. I
cieszyć z „bogactwa”, jakie sobie – zdaniem Progresywnej Noblistki – „Szwecja
przygarnęła wraz z imigrantami”, z owego, najczęściej islamskiego „potencjału
różnych sposobów myślenia” i „wrażliwości”, choć nawet krótki spacer po
przedmieściach Sztokholmu, Brukseli czy Strassburga tej radości wcale mu nie
ułatwia, podobnie jak wiadomość, że liczby „zabójstw honorowych” w zachodniej Europie
nie sposób ustalić precyzyjnie. Doszło nawet do tego, że laiccy liberałowie, sami
już dość odlegli od chrześcijaństwa, próbują zawstydzać wciąż jeszcze
religijnych rodaków, tłumacząc im, że ich wroga wobec muzułmańskich przybyszów
postawa, całkowicie jest sprzeczna z nauczaniem Chrystusa. Tymczasem
okoliczność, że Europa w ogóle masowo przyjmuje muzułmańskich imigrantów, to
przecież następstwo jej dechrystianizacji – gdyby pozostała chrześcijańska, to
pewnie nie byłoby mowy o wznoszeniu meczetów w Rzymie czy Paryżu, a syryjskich
„lekarzy i inżynierów” potraktowano by jak najeźdźców. „Innowiercy” mogli
liczyć na gościnne „wir-schaffen-das” Angeli Merkel tylko dlatego, że
Europejczycy – nie wyłączając chrześcijańskich demokratów – stali się w istocie
indyferentni wyznaniowo, przeistoczyli się z chrześcijan w świeckich
humanistów. To dlatego współczesny, „zbuntowany” Artur – trochę inaczej niż u
Mrożka – z takim zapałem manifestuje swoją wierność „religii przodków”.
Oczywiście tęsknota
za dawnym chrześcijaństwem byłaby nie na miejscu. Rozluźnieniu związków z
religią Europa zawdzięcza demokrację i prawa człowieka. Nieszczęście polega na
tym, że ten racjonalny świecki humanizm jest bezbronny w starciu z naładowanym
emocjonalnie fanatyzmem religijnym. Jego jedynym ratunkiem byłoby unikanie
takiego starcia, to znaczy trzymanie owego fanatyzmu na dystans. Ale na to jest
już chyba tu i ówdzie za późno.
Na domiar
złego Stomilowa wolność domaga się przyjęcia „do wierzenia” wszystkich tych
głoszonych przez siebie niedorzeczności nader energicznie i stanowczo,
wytwarzając tu i ówdzie wcale udatnie nową opresję – nieporównywalną co prawda
z dawną – która buntowi konserwatywnie zrewolucjonizowanych młodzianków nadaje
pozory pewnego autentyzmu, a nawet pozwala im nazywać się „wolnościowcami”. Jakby
tego było mało, na każdym kroku ośmiesza się swoją kabaretową „poprawnością
polityczną”, młody człowiek zaś niczego nie lęka się tak jak „obciachu”.
Nie sposób
co prawda zaprzeczyć jednemu: Współczesna zachodnia kultura polityczna ma bez
wątpienia jak najlepsze chęci: nawołuje w swym laicko humanistycznym i humanitarnym
zapamiętaniu, by brać w obronę słabszych, na przykład dyskryminowane kobiety.
Ma tu oczywiście sporo racji, ale w pewnym momencie może się zdarzyć, że ów tak
energicznie broniony „słabszy” zaczyna zyskiwać dominację: To dlatego Artur w
każdy weekend dowiaduje się z największej gazety liberalnej, że jeśli nie
wychodzi mu z Alą, to winna temu jest – i to wyłącznie – jego „toksyczna
męskość”.
Długiej mowy
krótki sens: Wiedziony owymi dobrymi chęciami progresywny liberalizm chce przytulić
do serca wszystkich, których cechuje jakaś „odmienność”: na przykład są
muzułmańskimi imigrantami, wykazują „nieheteronormatywność” albo reprezentują jakąś
„trzecią płeć” (a przecież: „wszak każdy wie, że pucie są dwie”), bo chce,
by wszyscy poczuli się w Europie dobrze i u siebie, by zanikły konflikty i wraz
z Liberté i Égalité nastała także Fraternité, powszechne
„kochajmy się”.
To dlatego oficjalne
przesłanie liberalnej Europy zrobiło się dziwnie słodkie. Do omdlenia. Ludzka
natura nie jest jednak tak prosta, jak to się czasem wydaje postoświeceniowym andragogom
i na nadmiar „odmienności” – zwłaszcza rasowej i kulturowej – reaguje zwykle
dość nerwowo. Nie dlatego, że ludzie są źli i wystarczy ich stosownie wychować,
lecz dlatego, że tak ich zaprogramowała w toku ewolucji Matka-Natura. Już w
latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku etologowie – uczeni badający
zachowania zwierząt, a więc także ludzi – przestrzegali, że próba takiego
„przytulenia” całego świata nie może się skończyć dobrze, bo każdy gatunek z
pewnych względów broni się przed homogenizacją, co sprawia, że etnia zajmująca
jakiś obszar reaguje agresją, gdy na jej terytorium gwałtownie napływa zbyt
wielu reprezentantów etni bardzo odmiennej. Jest to mechanizm podświadomy, biologiczny,
uruchamiający się automatycznie i nie da się go wyłączyć na zawołanie jak
telewizor pokazujący jakiś nie bardzo nam odpowiadający program. Co więcej: ma
swój głęboki sens, bo gatunki wykazujące różnorodność genetyczną zachowują
większą szansę na przetrwanie – pomysł późnego Arnolda Toynbee’ego, by poprzez
małżeństwa wymieszać rasy i ujednolicić ludzkość nie był chyba pomysłem zgodnym
z tymi mechanizmami ewolucji. Sprzeciw wobec masowej imigracji z regionów
bardzo odmiennych kulturowo – imigracja z krajów o kulturze zbliżonej nie
stanowi tak wielkiego problemu – oficjalnie akceptowanej, a wręcz zalecanej
przez środowiska liberalne, był więc sprzeciwem niejako naturalnym. I
nieuchronnym.
Środowiska
liberalne ów sprzeciw całkowicie ignorowały, i to w sposób czasem ostentacyjnie
arogancki. Nie wolno było pytać o imiona „sześciu szwedzkich mężczyzn”, którzy
na jakimś promie zgwałcili szesnastolatkę, długo też – acz nieudolnie – próbowano
ukrywać prawdę o tym, co rzeczywiście wydarzyło się na placu przed katedrą
kolońską w noc sylwestrową 2015 roku. Uczeni ekonomiści nie ustawali za to w
prezentowaniu efektownych „naukowych” wyliczeń, dowodzących niezmierzonych wprost
korzyści, jakie odniosą gospodarki europejskie z obecności przybyszów z Afryki,
ponoć znakomicie wykształconych, a pewan Progresywna Reżyserka nakręciła film
ukazujący muzułmańskich imigrantów, których jedyną „winą” jest „poszukiwanie
lepszego życia”, jako ludzi takich samych jak my, bo przecież śpiewają te same
piosenki. Nie trzeba chyba dodawać, że w tej liberalnej debacie wokół imigracji
nie było raczej miejsca na refleksję, że to, co u nas jest „i-migracją”, gdzie
indziej oznacza „e-migrację”, a więc odpływ ludzi najbardziej
przedsiębiorczych, oraz że jeśli rację mają owi uczeni ekonomiści, to gościnne
przyjmowanie „inżynierów i lekarzy” byłoby kontynuacją iście kolonialnej
eksploatacji Południa, tym razem kadrowej. Nie było zatem miejsca i na pytanie,
czy aby zrujnowana Syria nie potrzebuje tychże „inżynierów i lekarzy” bardziej
niż syta Europa i czy nie byłoby lepiej, gdyby „lepsze życie” zbudowali oni
sobie – i swoim współobywatelom – we własnej ojczyźnie. Dość szybko zapomniano,
że Polskę po roku 1989 odbudowali nie ci, którzy z niej uciekli w poszukiwaniu
„lepszego życia”, ale którzy w niej na dobre i złe pozostali. Raczej nie należało się też zastanawiać nad
kwestią, ilu imigrantów Europa jest jeszcze w stanie przyjąć i co powiemy tym,
którzy się w tej liczbie nie zmieszczą. Kto takie problemy ośmielał się formułować,
szufladkowany był jako „faszysta”, nawet gdy – jak Oriana Fallaci – miał na
swoim koncie uczestnictwo w ruchu oporu przeciwko faszystom prawdziwym. Nieco
bardziej krytycznie myślący Europejczyk, niezadowalający się powtarzaniem
poprawnych politycznie komunałów, mógł słusznie nabrać wrażenia, że liberalni
demokraci w sprawie imigracji – a przecież to od sprzeciwu wobec niej zaczął
się współczesny marsz europejskich faszystów – nie tylko popełniają historyczny
błąd, który w następnych pokoleniach może mieć przerażające następstwa („wojna
kołysek”!), ale na dodatek próbują zrobić z niego idiotę.
Nadmiar
słodyczy wywołuje czasem nudności. Z dzieciństwa zapamiętałem baśń o nadwornym
cukierniku. Cukiernik ów dostarczał ciasta dzieciom królewskim, które jednak
pewnego dnia zaczęły okrutnie grymasić. Nieszczęsny dostawca dworu dwoił się i
troił, wymyślając wciąż nowe przepisy na torty, ptysie i kremówki. Nic nie
pomagało. Wreszcie król zagroził, że jeśli sytuacja nie ulegnie zmianie, każe
cukiernikowi uciąć głowę i poszuka sobie nowego. Wówczas do akcji wkroczyła
mądra sąsiadka rzemieślnika. Wygoniła go z piekarni, zakasała rękawy i po paru
godzinach wysłała na zamek kolejną dostawę. Jeszcze tego samego popołudnia z
dworu przybył posłaniec z sakiewką dukatów od wdzięcznego władcy – młódź
królewska głośno manifestowała swój zachwyt najnowszym smakołykiem. „Co wyście im upiekli, kumo?”, zapytał
sąsiadkę uradowany cukiernik. Wtedy ta zdjęła serwetę zakrywającą leżące
jeszcze na cukierniczym stole ciasta: chrupiące bułeczki z razowej mąki, bez
grama cukru, surowe i ciemne – no właśnie: brunatne.
Takich to bułeczek
zapragnął, jak się wydaje, i nasz mocno już przejedzony słodkimi bezami Artur.
Czy
Artura Ui da się zatrzymać?
Żaden polski
teatr – o ile mi wiadomo – nie wystawia dziś opowieści o innym Arturze, dramatu
Bertolta Brechta Kariera Artura Ui. Nie ubolewałbym z tego powodu. Dramat
Brechta nijak się ma do naszej współczesności, gorzej: nijak się miał – wbrew
pozorom – do współczesności autora. „Kariera” Artura Ui to efekt zakulisowych
machinacji i intryg uknutych przez wielkich posiadaczy, swoistej „wojny na
górze”. Zauważono to już wcześnie. Lothar Kusche, który miał sposobność
zapoznać się z manuskryptem Brechta jeszcze przed jego publikacją w 1957 roku
(już po śmierci autora), pisał w styczniu 1954 roku do redaktora wschodnioberlińskiego
Aufbau-Verlag: „Trzeba tu zapytać: Gdzie jest lud?”. I powoływał się na słowa
samego Brechta, wypowiedziane przy innej okazji: „Koncepcja, w której niemiecka
historia jest tylko katastrofą i w której brakuje ludu jako twórczej mocy, nie
jest prawdziwa”.
Te uwagi należy
czytać bardzo ostrożnie: przez „twórczą moc ludu” rozumie się tu moc „klasy
robotniczej”, która zapewne miała ochotę przeciwstawić się nazizmowi – w oczach
komunizującego pisarza „lud” mógł być nośnikiem tylko mądrości i dobra. To oczywiście
spore uproszczenie, ale fakt jest faktem: W Karierze „lud” jest prawie
nieobecny: o zdanie pyta się go tylko raz, gdy mieszkańcy Cicero mają
zdecydować o poddaniu się władzy Artura i jego ludzi. Ale nie są to wolne
wybory, głosujący zostają sterroryzowani, a ci którzy się opierają, padają ofiarą
skrytobójczych mordów. Lud jest tu wyłącznie bierną ofiarą, nie sprawczym
podmiotem. Wbrew historii i wbrew współczesności.
Mimo to
dramatowi Brechta warto uważnie się przyjrzeć. A to z powodu dwóch
najważniejszych w nim zdań: pierwszego i ostatniego. Zacznijmy od tego
drugiego. To epilog dodany przez autora już po zakończeniu wojny i upadku
reżimu nazistowskiego.
[…] niechaj do głowy
Triumf przedwczesny ludom nie uderza –
Płodne wciąż łono, co wydało zwierza[3].
To
ostrzeżenie doskonale współgra z diagnozami Umberto Eco. I warto potraktować je
poważnie.
Zdanie
pierwsze to… tytuł. W oryginale brzmi: Der aufhaltsame Aufstieg des Arturo
Ui, czyli dosłownie: Dający się powstrzymać wzlot Artura Ui.
Przymiotnik aufhaltsam sprawia polskiemu tłumaczowi pewne trudności, bo w
przekładzie tytułu jest dość kłopotliwy: „barokizuje” go niezręcznie, burzy
rytm frazy. Co więcej: właściwie zaskakuje. Odbiorca spodziewa się w tym
miejscu zupełnie innego sygnału – komunikatu, że ten „wzlot” bohatera jest właśnie
„nie do zatrzymania”. I co rusz zdarzają
się tu iście „freudowskie” pomyłki. Na przykład na stronie warszawskiego Teatru
Współczesnego w opisie inscenizacji dramatu z 1962 roku jako tytuł oryginału
podano „Der unaufhaltsame Aufstieg des Arturo Ui” (https://www.facebook.com/TeatrWspolczesny/posts/-z-archiwum-wsp%C3%B3%C5%82czesnego-kariera-artura-ui-der-unaufhaltsame-aufstieg-des-artur/1134880845345598/).
Teatr Współczesny nie jest jedyny: podobny błąd znalazł się nawet w jednym z odnośników
niemieckiego artykułu Wikipedii, poświęconego Karierze i w opisie sztuki
na Amazonie (by pozostać tylko przy tych kilku przykładach, bo da się ich w
samej Sieci znaleźć bez liku). Jest najwyraźniej coś nienaturalnego w tytule
tak akurat sformułowanym, co skłania do jego podświadomej „korekty”. Zresztą
sam Brecht nie był tu wolny od wahań: przymiotnik aufhaltsam w tytule
sztuki pojawia się w niektórych wersjach manuskryptu, w innych nie. Nad tymi bezwiednymi
„korektami” warto się tu jednak poważnie zastanowić.
Co by w
ogóle miała oznaczać ta autorska sugestia, że „wzlot” Artura Ui był „możliwy do
zatrzymania”. Sam Brecht na ten temat chyba się nie wypowiedział. Zdani tu więc
jesteśmy na spekulacje. Czy może ona mieć jakiś związek właśnie z interpretacją
tej jego „kariery” jako ciągu zakulisowych intryg, dającego się w którymś
momencie przerwać stosowną kontr-intrygą?
W political fiction Guido Morsellego, Contro-passato prossimo, powieści
rozgrywającej się po I wojnie światowej, wygranej przez państwa centralne,
budujące w zgodzie z sąsiadami pokojową, zjednoczoną i oświeconą Europę, niejaki
Adolf Hitler, przypadkiem spotkany w pociągu przez jednego z bohaterów, jest
średnio uzdolnionym malarzem, który swoje rasistowskie obsesje usiłuje wyrażać
w marnej klasy obrazach. Mieszaniną kompleksów i fobii, odpychającą, ale w
gruncie rzeczy bardziej śmieszną niż straszną. Nieudolnie próbując ukryć
prowincjonalny akcent, mówi „żywo” i „sugestywnie”, najchętniej „o sobie”. Ale
jego „patriotyczne”, pangermańskie i rasistowskie rojenia, rozmówca trafnie
sprowadza do właściwych proporcji: „Przypuszczam, że w Braunau w podobny sposób
wypowiadają się handlarze bydłem”. Największy w dziejach zbrodniarz pozbawiony
wsparcia „ludu” ma w sobie akurat tyle demonizmu, ile się kryje – jak to w Lalce
wyraża przy podobnej sposobności Wokulski – „trucizny w zapałce”. A co, jeśli „lud”
jednak wmiesza się w bieg dziejów? Czy i wówczas Artura Ui da się „zatrzymać”?
Stomil
czy Edek?
Zauważmy:
Żadnego „ludu” nie ma i u Mrożka. Nie wiemy, jak zagłosowaliby mieszkańcy
kamienicy, gdyby mieli zdecydować w wolnych wyborach, kto winien zostać
„gospodarzem” ich domu: Stomil czy Edek. Od trzech kwartałów możemy się co
prawda tego domyślać, a domysły te uznać za dość prawdopodobne: głosy
rozłożyłyby się mniej więcej po równo, ze wskazaniem jednak na Edka, co pewnie
niejednego lokatora wprawiłoby w zdziwienie, ale czy słusznie?
Zbigniew Zapasiewicz jako Stomil (Teatr Współczesny w Warszawie, reżyseria: Maciej Englert, premiera 1997, realizacja TV 1999).
Bo i cóż z
tego, że po jednej stronie byłaby obietnica „wolności” i „postępu”, po drugiej
zaś perspektywa tępego zamordyzmu w wykonaniu nieprzesadnie rozgarniętego
osiłka? W takich momentach decyzjami przynajmniej części wyborców rządzi nie
racjonalna kalkulacja, lecz – paradoksalnie – swoista bardzo emocjonalna
estetyka, odległa jednak od obiegowych standardów liberalnych. I w konfrontacji
tych dwóch ponadczasowych postaci oraz ich pomysłów na siebie i świat zwycięstwo
wcale nie jest takie oczywiste. Bo rozmamłany Stomil ciągle potyka się o własne
nogi. Już zrozumiał, że nadmiar gości z Południa niesie ze sobą poważne
zagrożenia, ale przecież jeśli zbuduje mur na granicy, zaprzeczy własnemu
oświeceniowemu ideałowi Fraternité. Chciałby „przywrócić praworządność”,
ale czuje się zobowiązany przestrzegać bezprawnego prawa, zabetonowanego przez
poprzedników, a „wolne media” w imię „pluralizmu opinii” z masochistyczną
rozkoszą pokazują nieustannie Omszałego Kauzyperdę, wytykającego mu
„niekonstytucyjność” co śmielszych jego poczynań. Buńczucznie opowiada o „demokracji walczącej”,
co budzi nadzieję, że wśród jego lektur znalazły się pisma Karla Loewensteina,
by za chwilę dać się sfotografować z książką Carla Schmitta w dłoni –
myśliciela popularnego raczej wśród adherentów Edka. Obiecuje gromko
„rozliczenia”, ale przez dwa lata nie potrafi przed sądem postawić nawet chuligana,
który w budynku Sejmu za pomocą gaśnicy wywołał sytuację groźną dla
bezpieczeństwa ludzi, a teraz kpi sobie z niego składając na podobnych
gaśnicach autografy. Stomil chciałby może wprowadzić jakieś bardziej liberalne
regulacje prawne w dziedzinie prawa rodzinnego, ale czuje atawistyczny lęk
przed własnym proboszczem, a widok biskupa przyprawia go o mistyczny dreszcz.
Krótko
mówiąc: Stomil nie ma w sobie ani odwagi, ani determinacji, żeby tej
wywalczonej przez siebie – bezprzymiotnikowej – wolności bronić, a przy tym
jeszcze boi się, że nadmiar takiej determinacji mógłby urazić „przywiązanego do
tradycji człowieka prostego”, któremu dość sugestywnie wmówiono, że ta
Stomilowa „wolność” jest sprzeczna z „religią jego przodków” – zresztą trochę racji
w tym twierdzeniu jest. Jak pewien apostoł marzy, by być „wszystkim dla
wszystkich”. Dlatego raz opowiada, że czyta Spinozę, to znów, gdy temperatura
rośnie, zaklina się, że jest „rzymskim katolikiem”, a żeby tego dowieść,
pielgrzymuje pokornie do muzeum pewnego księdza, bez sprzeciwu też przyłączy
się do uchwały sławiącej nacjonalistyczne siły zbrojne. Krótko mówiąc, udaje,
że właściwie niczym nie różni się od Edka: słucha nawet tej samej muzyki.
Kłopot w
tym, że „lud” na taki teatr nabrać niełatwo. „Lud” może nie wiedzieć, kto to
taki „Spinoza” (choć domyśla się, że „nie imię to dziewczyny”), ale tego
„rzymskiego katolika” nie „kupi” ot tak, na zawołanie. Nie przekona go także
nagła miłość Stomila do disco polo. Wyczuwa w tym słusznie jakąś – skądinąd
bardzo nieporadną – grę, próbę zrobienia mu wody z mózgu, mało tego, jakąś
ledwie skrywaną pogardę. A przy tym i tak instynktownie przedkłada oryginał nad
podróbkę.
Dość to
paradoksalne: Stomil – w przeciwieństwie do Edka – jest „kimś”, więc, zgodnie z
definicją Stanisława Jerzego Leca („żeby być sobą, trzeba być kimś”) mógłby być
„sobą”, ale – również w przeciwieństwie do Edka – nie ma na to dość odwagi. Tymczasem
Edek ani myśli udawać, że jest kimś innym, niż jest, i dumnie prezentuje swoje
tatuaże. A „bycie sobą”, zawsze na forum publicznym wygląda lepiej niż marne
aktorstwo, wynikające na dodatek ze Stomilowego rozmamłania, z braku wiary w
siebie i własną „sprawę”, z niedostatku determinacji, wreszcie z łatwego do wyczucia
tchórzostwa – a lepiej, by „gospodarz domu” nie był dającym się ugniatać jak
plastelina „miękiszonem”, zwłaszcza w czasach, gdy sąsiedzi paskudnie śmiecą na
schodach i sikają w bramie. Edek jaki jest, każdy widzi, ale jego autentyczność
ma swoich koneserów. I koneserki: „Jak on cudownie poprawia sobie spodnie. W
tym geście jest po prostu królewski” – Eleonora i Ala, choć „wyzwolone”,
wiedzione odwiecznym kobiecym instynktem, rozstrzygną swój wyborczy dylemat
dość jednoznacznie („brutalny, ale w tym właśnie jego wdzięk”) na korzyść Edka
– choć de facto akurat im jego rządy nie przyniosą wiele dobrego.
Nietrudno
więc sobie wyobrazić, że niektórzy spośród lokatorów – notabene to oni właśnie mogliby
przeważyć szalę – uznają, że usiłujący spodobać się wszystkim Stomil i tak nie
znajdzie w sobie dość siły, odwagi i zdecydowania, by bronić ich interesów i
ideałów. A ukarać go za zawód, który im sprawił, mogą tylko w jeden sposób: w
dniu głosowania, zniechęceni, zrezygnowani, a przede wszystkim zbrzydzeni,
zostaną w domu, by w spokoju poczytać sobie Joyce’a albo posłuchać Mozarta.
Wielu
spośród ich sąsiadów uczyni jednak inaczej. Choć dokładnie poinformowani o
różnych ciemnych sprawkach Edka, uznają go oni przecież za posłańca Niebios,
który ma za zadanie powstrzymać falę „antychrystianizmu” i umacniać „wartości
chrześcijańskie” – ścieżki Boga są wszak niezbadane. Tu Sławomira Mrożka dar
wieszczy chyba nieco zawiódł i tak jak czytelnik Brechta może zapytać „gdzie
jest lud?”, tak widz Tanga ma prawo się zdziwić: „gdzie jest kler?”.
Cóż, w tamtych czasach wprowadzenie duchowieństwa do gry po stronie Edka
przyjęto by chyba ze zdziwieniem – wtedy Kościół tworzył wszak „przestrzeń
wolności”, przynajmniej po naszej stronie „żelaznej kurtyny”, bo po tamtej
bywało różnie. W Tangu religia jest właściwie nieobecna. Więcej przenikliwości
wykazał tu chyba Brecht: Gdy Betty pyta Artura Ui niczym Małgosia Fausta: „A co
z religią, jak tam sprawy boże?”, ten odpowiada bez wahania: „Po
chrześcijańsku. To starczy”. Betty jest jednak dociekliwa: „Być może, ale
praktycznie, jak tam z Dziesięciorgiem?” Tu Arturo pozwala sobie na szczerość:
„Na dzień powszedni niech je licho porwie”[4].
Choćby to jedno zdanie pozwala dostrzec, jakie lata świetlne dzielą mimo wszystko
Karierę od realiów dzisiejszej Polski: nasz rodzimy Edek wyznałby
raczej, że nad Dekalogiem zasypia, i to wcale nie z nudów, lecz utrudzony jego
pilnym studiowaniem. A to przemawia do księży z parafii Eugeniusza, którzy mimo
żałosnych umizgów Stomila nie polubili go ani trochę i gorąco będą namawiać wypasane
i strzyżone przez siebie owieczki, by to Edka uczyniły swoim dozorcą. (To
zresztą dość znamienne: Stomil biskupa po prostu się boi – co „widać, słychać i
czuć” – i negocjując w postawie „na baczność”, naiwnie próbuje go jakoś
ugłaskać; Edek pertraktuje z nim jak równy z równym, proponując transakcje win-win,
a jeśli biskup za bardzo mu się rozbisurmani, potrafi go ostro przywołać do
porządku, wyciągając z zakurzonych archiwów odpowiednią teczkę).
Eugeniusza
zaś i tak długo namawiać nie trzeba. Chętnie pójdzie z Edkiem w tany, nawet nie
czekając na zaproszenie. Nie dlatego, że poczuł doń tak wielką sympatię. Nie,
on raczej nienawidzi po cichu Stomila: „Między nami mówiąc, to hołota”, wyznaje
u Mrożka. Bo jest i pragnie pozostać „niedzisiejszy”. „Dzisiejszość” wywołuje w
nim uczucie wściekłości. A jeszcze większą wściekłość wywołują w nim sąsiedzi
spod szóstki, którzy z tej dzisiejszości umieją zrobić użytek: czytają jakieś
dziwne cudzoziemskie książki i gazety, podróżują nowym samochodem po Europie
bez granic, żyją w „niemoralnych” wolnych związkach, podczas gdy on musi się zadowolić
towarzystwem zrzędzącej Eugenii, a jakby tego było mało, nie chodzą do kościoła,
nie przyjmują księdza po kolędzie, przeto zapewne gardzą tymi, którzy chodzą i
przyjmują. – I tak oto ze wzburzonej i mętnej piany społecznych fermentów
wyłania się „wściekły drobnomieszczanin”.
„Wściekłego
drobnomieszczanina” wymyślił co prawda w Dziecięcej chorobie „lewicowości” w
komunizmie Lenin, myśliciel niecieszący dziś wielką estymą wśród
mieszkańców dorzecza Wisły, ale nad niektórymi elementami jego analizy warto się
poważnie zastanowić, zwłaszcza nad diagnozowaną przezeń tegoż
drobnomieszczanina „skłonnością do szybkiego przechodzenia do uległości,
apatii, fantazjowania, nawet do «szalonego» entuzjazmowania się tym lub owym
«modnym prądem»”. To określenie przyjęło się zresztą zastanawiająco dobrze w
Niemczech lat dwudziestych i trzydziestych, kiedy to wielu obywateli z
entuzjazmem powitało taki „modny prąd”: Tomasz Mann – który wyrósł tymczasem z
młodziankowatości autora Rozważań człowieka niepolitycznego – w liście do
Rudolfa Leonharda z 20 czerwca 1936 roku wyraża, skądinąd dość naiwną, wolę
przekonania świata, że mimo wszystko w Niemczech „nie rządzą wściekli
drobnomieszczanie, lecz Duch”.
Polska inkarnacja
„wściekłego drobnomieszczanina” to przede wszystkim „wściekły emeryt”, gotów
zaatakować parasolką dziennikarkę bluźnierczej stacji TV. Źródła tej jego
wściekłości nie są łatwe do zdefiniowania. Niskie emerytury? Czas oczekiwania w
kolejkach do lekarzy? „Wykluczenie komunikacyjne”? Demokraci biją się nieustannie
w piersi i wyliczają swoje „zaniedbania”, bo demokraci myślą racjonalnie i
dlatego doszukują się wszędzie racjonalnych pobudek. Niesłusznie. Ta wściekłość
ma w sobie chyba więcej zawiści niż żalu, tajemnych kompleksów niż rachunku
ekonomicznego, mniej nadziei na własne bogactwo, więcej na ruinę „tych spod szóstki”.
Zresztą „wściekły drobnomieszczanin” często jest wcale zamożny, niejeden mógłby
„progresywnych” sąsiadów kupić ze trzy razy i jeszcze by mu zostało. Jego deficyty
są innej natury: „Śmierć wszystkim, którzy mówią według słownika Akademii”,
woła jego paryski protoplasta w Dantonie Georga Büchnera. Bo ci którzy
mówią tak „kaligraficznie”, do tego podejrzanie długimi zdaniami,
prawdopodobnie gardzą „prostym człowiekiem” – znów ten lęk przed „pogardą”.
Tymczasem „prosty człowiek”, gdyby zadał sobie więcej trudu, odkryłby ze
zdumieniem, że najbardziej gardzą nim jego idole: to oni w końcu nazwali go
„Ciemnym Ludem”. Liberalnemu demokracie takie słowa nie przeszłyby przez gardło
– nawet jeśli przemknęłyby mu przez głowę. Stomil mozolnie wylicza w
telewizorze korzyści, jakie przyniesie krajowi gigantyczna pożyczka na
zbrojenia, bo zakłada, że jego rozumny wyborca też umie sobie to policzyć. Edek
swojemu pokazuje z daleka sztaby złota i obiecuje, że kupi mu za nie w Ameryce mnóstwo
armat, do tego tak sprytnie, że zasoby owego złota nie ulegną uszczupleniu ani
o gram. Stomil przekonuje, że wydobywanie węgla za pieniądze większe niż tegoż
węgla rynkowa wartość i wdychanie potem produktów jego spalania nie ma ekonomicznego
ani społecznego sensu. Edek obrzuca „defekatywami” – to neologizm, ale bardzo
przydatny: https://studioopinii.pl/archiwa/249368– ekologiczną instalację na własnym dachu, zakupioną z dotacji unijnych, bo
wyobraża sobie swojego słuchacza jako kogoś, kto sam takich właśnie „defekatywów”
używa na co dzień, a nadto nie dostrzeże w jego wywodzie najmniejszej logicznej
sprzeczności. Co ciekawe i również niezbyt logiczne: Edkowi Eugeniusz wybaczy
nawet stopień naukowy, bo to stopień niejako „z awansu”, wyszarpany przez
swojskiego „chłopaka z podwórka”, podczas gdy ten sam stopień Stomila to
niejako godność dziedziczna, należna dystyngowanemu młodzieńcowi wychowanemu
wśród książek i dźwięków muzyki klasycznej. Który dlatego pewnie „gardzi” itd. Dawno
temu Poeta brał w obronę krzywdzonego „człowieka prostego”, przyrzekając, że o
tej jego krzywdzie będzie „pamiętał”. Ale i ów „człowiek prosty”, gdy się wścieknie,
potrafi dać nieźle popalić.
Działa tu
stara i powszechna zasada: łatwiej wzbudzić lęk niż nadzieję, nienawiść łatwiej
niż miłość. Zwłaszcza w umysłach ludzi wychowanych w kulturze nieustannego strachu
przed „lwem ryczącym”, który „krąży szukając kogo pożreć”. Im znacznie łatwiej
wskazać jakiegoś WROGA, bo oni już wszędzie go wypatrują i z ulgą wręcz przyjmą
jego wyraźne zdefiniowanie: wreszcie mają przeciwko komu obrócić swoją
wściekłość. Bez wroga ani do proga.
Wiesław Michnikowski jako Eugeniusz i Piotr Adamczyk jako Artur),
(Teatr Współczesny w Warszawie, reżyseria: Maciej Englert, premiera 1997,
realizacja TV 1999).
Artur z
pozoru niewiele ma wspólnego z Eugeniuszem i po cichu podśmiechuje się nawet z
jego staromodnych bryczesów. Ale znudzony „wolnością” Stomila, zniesmaczony nim
samym i jego dekadentyzmem, dostrzeże w tryskającym witalnością Edku „majową
jutrzenkę” zmian, powrotu do „dawnych wartości”, które w jego oczach wcale nie
są zeszłorocznym śniegiem tylko kwieciem nowej wiosny. A Edek jest jej jaskółką,
skowronkiem i bocianem. Wszak i w samym Arturze też jest młodzieńcza witalność,
„wiosna piękna”, która niesie „zbawienie wolności”: Giovinezza, giovinezza
primavera di bellezza, nel fascismo è la salvezza della nostra libertà. Na dodatek wolność Stomila bezgranicznie
go nudzi: jest pozbawiona metafizycznej i egzystencjalnej „głębi”, a przez to
do bólu banalna – tak jak istnieje „banalność zła”, tak istnieje i „banalność
dobra”. Oczywiście: Artura, pięknodusznego absolwenta trzech fakultetów („razem
z filozofią”), który po nocach czyta w oryginale „poetów i myślicieli”, czasem
ździebko drażni przaśność nowego sojusznika, ale przecież imponuje mu skrycie
jego „dobry cios” i to, że „w razie czego” umiałby… Tu Artur „przeciąga palcem po gardle”. On sam
ani chybi zemdlałby na widok krwi, czyni przeto Edka – tak mu się przynajmniej
zdaje – „ramieniem swojego ducha” i „ciałem swojego słowa”. Takie „ramię
ducha”, mocne, a jednocześnie posłuszne, to odwieczne marzenie rewolucyjnych
intelektualistów, którzy bez wytchnienia dyskutują po jakichś klubach „służących
integralnemu rozwojowi człowieka”, śniąc o tym, by – by jak mawiał inny
myśliciel mało dziś popularny nad Wisłą – świat nie tylko interpretować, ale i
zmieniać.
„…co to
będzie, co to będzie?”
Nie łudźmy
się: Rewolucja konserwatywna ma szanse zwyciężyć. I to szanse niemałe. Jeśli spragniony
powrotu do tradycji i poszukujący wyższych „sensów” Artur sprzymierzy się z „wściekłym”
Eugeniuszem, jeśli po kryjomu wesprze ich płowowłosa Ala i źle się starzejąca
Eleonora, Edka może być bardzo trudno „zatrzymać”. Zaistnieje wówczas bowiem pewna
„masa krytyczna”, która nie zniknie z sondażu na sondaż, ponieważ kto raz
opowiedział się za Edkiem, jest prawdopodobnie dla demokracji Stomila stracony bezpowrotnie.
Od dobrych paru miesięcy wiadomo, że ta masa krytyczna zaistniała także u nas.
I czeka, by przemówić ponownie. Dlatego i zakończenie naszego narodowego Tanga
może nie być wesołe: wciśnięty w swój śmieszny gorset – który inaczej niż u
Mrożka założył z własnej woli – Stomil zejdzie ze sceny żegnany salwami
śmiechu. Współczucia nie okaże mu nikt, nawet „ci spod szóstki”.
A wtedy… Eugeniusz
przeżyje wzniosłe chwile. Nie będzie już musiał walczyć parasolką, otrzyma –
jak u Mrożka – prawdziwy rewolwer, bo posiadanie broni będzie realizacją
jednego z „wolnościowych” postulatów nowej władzy (oczywiście taki rewolwer
będą mogli dostać tylko sprawdzeni „patrioci”). I na imieninach Eugenii będzie
wyjaśniał gościom wielkość nowej Dobrej Zmiany, tłumacząc im, że dopiero teraz
nastała „wolność prawdziwa”, w której nadal wolno wszak mieć „własne zdanie”,
„oczywiście, jeżeli tylko zgadza się z naszym zdaniem”.
Za to Artura
czeka niejedno bolesne rozczarowanie. Szybko odkryje, że to nie Edek był jego
narzędziem, lecz odwrotnie: on narzędziem Edka. I że Edek nie przepada za
jajogłowymi oraz że potrzebuje nie tyle młodzianków po trzech fakultetach
(„razem z filozofią”), ile raczej tych krótko ostrzyżonych, częściej
odwiedzających siłownie niż biblioteki. Ale już będzie za późno. Każda
rewolucja pożera własne dzieci i nie bardzo wiadomo, dlaczego „rewolucja
konserwatywna” miałaby być wyjątkiem. Pożarty zostanie i Artur: „Edek
zakrada się do niego od tyłu, wyjmuje z zanadrza rewolwer i kolbą z rozmachem
uderza Artura w kark”. No, chyba że wyleczy się ze swych ideałów i
przejdzie na pozycje Realpolitik. Wtedy będzie się miał jak pączek w
maśle. W końcu każdy Edek potrzebuje też paru bystrzaków, którzy fachowo i „według
słownika Akademii” zajmą się „oskarżaniem współczesnej kultury i liberalnej
inteligencji o porzucenie tradycyjnych wartości”. Arturowi ta przemiana nie
przyjdzie zapewne z wielkim trudem: przecież popiera rządy twardej ręki nie po
to, by samemu trafić do kamieniołomu, lecz by zająć należne mu miejsce wśród
„nowej elity”.
Wszystko tak
naprawdę sprowadza się do zasadniczego pytania: Czy to, co stało się w Europie
i Ameryce Północnej po czasach oświecenia, mozolna budowa pierwszej w dziejach
społeczności wyzwolonej spod władzy opresyjnej religii i rządzącej się zasadami
demokracji liberalnej, europejskiej unii wolnych narodów, było naturalnym
etapem ewolucji rodzaju ludzkiego czy raczej tej ewolucji ślepym zaułkiem, z którego
właśnie się wycofujemy, by powrócić na utarty, dobrze znany szlak?
Jakkolwiek
by było: „Gazeta Wyborcza” zrobi mądrze, zastępując cykl Jak walczyć z
faszyzacją Polski cyklem zatytułowanym Jak przetrwać rządy faszystowskie
w Polsce. Łatwo nie będzie.
Co prawda od
niedzieli 12 kwietnia wolno mieć nadzieję, że wszystko może się potoczyć
inaczej – bezsilna wściekłość POTUS-a i widoczne skonfundowanie Edka napawają pewnym
optymizmem.
Nauczyliśmy
się przy tej sposobności jednego zdania po węgiersku: „Ruszkik haza!”. Czas
nauczyć się jeszcze jednego: „Fasiszták haza”. Może za półtora roku nad Wisłą
okaże się zaklęciem równie skutecznym jak tamto w niedzielę nad Dunajem.
Może…
W każdym
razie:
niechaj do głowy
Triumf przedwczesny ludom nie uderza –
Szampana
zostawmy na razie Węgrom.











Komentarze
Prześlij komentarz