Apetyt na brunatne bułeczki

 

Tekst poniższy ma swoją (krótką) historię. „Odbił” się mianowicie od kilku mediów liberalnych. Jedno z nich uzasadniło nawet swoją decyzję o odmowie druku: absolutnie nie do przyjęcia był dla jego redakcji sposób, w jaki piszę o imigracji muzułmańskiej.

Właściwie jako autor powinienem być wdzięczny, bo nic chyba lepiej nie potwierdza jednej z zasadniczych tez niniejszego szkicu: tej mianowicie, że polskie środowiska liberalne są całkowicie niezdolne do dyskusji wokół jednego z najbardziej palących problemów europejskiej współczesności. Dlatego zwycięstwo „rewolucji konserwatywnej”, czyli współczesnej postaci faszyzmu wydaje się nieuchronne. Stomil nie zmieni swojego sposobu myślenia, a Edka nie da się powstrzymać.

By wyjaśnić nieco szerzej mechanizm nieuchronnego powstawania agresywnych reakcji społecznych na gwałtowny napływ przedstawicieli etni obcych kulturowo, załączam tu link do pełnej wersji mojego artykułu opublikowanego w „Przeglądzie” w grudniu 2012 roku. 

https://www.brulionbezlinii.net/2026/05/o-potrzebie-trzeciej-drogi-w-debacie.html

Choć minęło  piętnaście lat, tekst ten chyba się nie zestarzał.

 

Apetyt na brunatne bułeczki

Czy Edka da się zatrzymać?

 

Sławomir Mrożek, Tango,  Teatr Współczesny w Warszawie, reżyseria: Maciej Englert (premiera 1997, realizacja TV 1999).Danuta Szaflarska (Eugenia), Wiesław Michnikowski (Eugeniusz), Krzysztof Kowalewski (Edek), Piotr Adamczyk (Artur), Ewa Gawryluk (Ala), Marta Lipińska (Eleonora).


Optymistom może się wydawać, że węgierskie zwycięstwo sił demokratycznych wiele zmienia także w Polsce. I optymiści mogą mieć rację. Ale… Lepiej byłoby, żebyśmy nie upili się zdalnie szampanem, którym młodzi ludzie raczyli się w niedzielę 12 kwietnia na ulicach Budapesztu.

 

 

Tomorrow belongs to me.

https://www.youtube.com/watch?v=Sv7kbtQChJA&list=RDSv7kbtQChJA&start_radio=1

 

 

Czy to nie dziwne, że – o ile mi wiadomo – Tango Mrożka wystawia dziś w Polsce jeden jedyny teatr: im Solskiego w Tarnowie? Dziwne, bo Tango to opowieść o naszym czasie – nie wiem, czy „przedwojennym”, jak zapowiedział Premier, ale na pewno „przedfaszystowskim”, jeśli wierzyć proroctwu Mrożka: Tango to przecież opowieść o rozkochanym w tradycji młodzianku, pragnącym powrócić do dawnych „wartości”, który – niechcący – toruje drogę Edkowi. A Edek – wiadomo.

https://www.youtube.com/watch?v=M_OrXswb-f0

Z drugiej strony… Cóż tak naprawdę może teatr? W 1991 roku, pod wrażeniem sukcesów „Samoobrony”, Andrzej Wajda wystawił w Teatrze Telewizji adaptację powieści Juliusza Kadena-Bandrowskiego Bigda idzie. „I co? (By zacytować Klasyka). I nic”. Bigda doszedł, dokąd chciał dojść. A nawet – na swoje nieszczęście – kawałek dalej. Edek też dojdzie, dokąd będzie chciał. A może nawet kawałek dalej.

Jakkolwiek by było, nasi konserwatywni młodziankowie – młodsi i starsi, bo konserwatywnym młodziankiem można być bez względu na PESEL – uczynią mądrze, jeśli Tango przeczytają sobie raz jeszcze. Najlepiej do końca i ze zrozumieniem. Bo to także przestroga dla nich.

 

Faszyzm bez „kwadratowego wąsika”

 

Żeby było jasne: pisząc tu o „faszyzmie” nie mam na myśli żadnej z określanych tym mianem formacji historycznych. To prawda: mają one, zwłaszcza faszyzm pierwszy, włoski, swoich zaprzysięgłych miłośników i u nas. Ale na ogół współcześni faszyści bardzo nie lubią, gdy nazywa się ich faszystami, a antysemici gotowi zawlec do sądu każdego, kto nazwie ich antysemitami – oni są przecież co najwyżej „judeosceptykami”. Nawet Grzegorz Braun zaklinał się, że nie jest brunatny. Takie czasy. Dlatego pewne określenia wypada uściślić: pojęciem „faszyzmu” będę się tu posługiwał w rozumieniu takim, jakie nadał mu Umberto Eco w swoim sławnym eseju o Wiecznym faszyzmie[1]

Umberto Eco 


Eco słusznie zauważa, że do dawnych faszyzmów nie ma już powrotu. Co nie znaczy, że sam „faszyzm” przepadł gdzie w pomroce dziejów. Trwa nadal: jako pewien „sposób myślenia i odczuwania, jakiś zespół nawyków kulturalnych, jakaś mgławica mrocznych instynktów i nieodgadnionych popędów”. Eco nazywa tę „mgławicę” „prafaszyzmem” albo „faszyzmem wiecznym”, za którego najważniejsze wyznaczniki uznaje „kult tradycji”, „odrzucenie modernizmu”, to znaczy oświecenia, postrzeganego „jako początek współczesnego zepsucia”, co prowadzi „wieczny faszyzm” ku „irracjonalizmowi”; „podejrzliwość wobec świata intelektualnego” („oficjalni intelektualiści faszystowscy zajmują się głównie oskarżaniem współczesnej kultury i liberalnej inteligencji o porzucenie tradycyjnych wartości”); nienawiść do „ducha krytycznego”; lęk przed wszelką innością, z którego wyrasta niekiedy rasizm; żerowanie na społecznych frustracjach; nacjonalizm; obsesje spiskowe; nieustanne poszukiwanie jakiegoś „wroga”, kult nieustającej „walki”; pogardę dla słabych, powiązaną niekiedy z budową nowych „elit”; maczyzm i poczucie wyższości wobec kobiet – maskujące często lęk przed nimi; populizm odwołujący się do jakiegoś wyobrażenia „ludu”, którego wolę wyraża przywódca; wreszcie próby tworzenia nowego języka, „nowomowy”, w której często pojęcia nabierają znaczeń dokładnie przeciwnych do pierwotnych: „prawdziwa wolność”, propagowana przez „obrońców wartości”, z wolnością bezprzymiotnikową ma zwykle wspólnego tyle samo, ile „demokracja socjalistyczna” z demokracją, a krzesło elektryczne z krzesłem.  Właśnie o tak opisywanym faszyzmie będzie tu mowa, o faszyzmie zatem, który jest nie tyle ideologią – faszyzmy posługują się różnymi ideologiami – ile pewną praktyką polityczną, czy inaczej: technologią rządzenia wielkimi masami ludzkimi, a raczej ich dyscyplinowania. By powrócić do Tanga: współczesny Edek wcale nie musi mieć – jak u Mrożka – „małego kwadratowego wąsika”, nie musi poprawiać spodni ani drapać się po brzuchu, ba, może mieć nawet doktorat.

 

Niezrównany smak brunatnych bułeczek

 

Przyzwyczailiśmy się do wyobrażenia, że młodzieńczy bunt jest buntem wobec jakiejś opresji. Młody człowiek buntuje się przeciwko autorytetowi rodziców wyznających tradycyjne wartości, potem przeciwko autorytarnemu systemowi szkolnemu – bo to pierwsze jego zetknięcie z władzą „jako taką”. A ten system szkolny wyobrażamy sobie trochę na wzór strasznego dawnego gimnazjum, przypominającego pruskie koszary – jak ze Wspomnień niebieskiego mundurka, Profesora Unrata, Buddenbrooków, Przebudzenia wiosny czy Nieba w płomieniach – tłamszącego indywidualność, w którym o jej zachowanie trzeba walczyć. Taka walka trochę kosztuje, ale buntownik nie jest bez szans.

Mrożek pokazał, że młodzieńczy bunt może się rządzić całkiem innymi prawami. Bo co, jeśli młody człowiek dostaje tę wolność gotową, niejako na talerzu? Wywalczył ją Stomil dla Artura, ale Artur wcale nie jest mu bardzo za to wdzięczny: „Zatruliście tą swoją wolnością pokolenia w przód i wstecz”. Nie cenimy przesadnie tego, co dostajemy za darmo. Ujawnia się tu pewien mechanizm, który odkrył Goethe:

 

Tę myśl rozważań wciąż poddaję probie

I w niej mądrości widzę rdzeń:

Życia w wolności wart tylko, kto sobie

Wywalczać musi je na każdy dzień.[2]

 

Faust (i Goethe) rozumie co prawda tę wolność po swojemu, ale samą zasadę formułuje prawidłowo.

Dziś wszystko uległo odwróceniu. We współczesnej szkole to raczej nauczyciel ma prawo czuć się stłamszony i sterroryzowany – uczniowie mogą mu nawymyślać, wsadzić na głowę kosz na odpadki, wszystko to sfilmować i film umieścić w Sieci, a gdyby się próbował bronić, napiszą na niego donos do kuratorium, oskarżając go o „naruszenie nietykalności fizycznej” i „przemoc psychiczną”. Ale zasadniczy podział ról pozostaje bez zmian: młody ma się zbuntować przeciwko starym, przeciwko „zastanemu światu”. Nawet w tej wolnej już szkole prędzej czy później – natura ma swoje prawa – zbudzi się w nim ów młodzieńczy instynkt, nakazujący sprzeciwić się próbom prowadzenia go na smyczy i wskazywania drogi, nieufność „poszukującego” wobec kurateli, narzucającej gotowe dogmaty. Artur nie ma wyjścia: zbuntować się musi.

Ale przeciwko czemu, skoro opresji już nie ma? Jest wolność. Zbuntuje się zatem przeciwko wolności. A przyjdzie mu to tym łatwiej, że – po pierwsze – taki bunt kosztuje znacznie mniej niż bunt przeciwko gimnazjum, którym zarządza Wedekindowski dyrektor Wybijząb z Przebudzenia wiosny, a – po drugie – ta wolność w naszych czasach nie jest bardzo sexy. Spala się w formułowaniu przedziwnych zakazów: Nie wolno na przykład mówić „Murzyn” ani „Eskimos”, za to należy mówić „gościni”, „poruczniczka” i „chirurżka”. (Znamienne skądinąd, że panie, które legitymują się tytułem profesorskim, wolą, by zwracać się do nich per „pani profesor” niż „pani profesorko”).  Nie wolno wzruszać się przygodami Stasia i Nel, bo to okrutni kolonizatorzy, trzeba poprawić Przygody Tomka Sawyera, bo negatywnym bohaterem jest Indianin, i Lalkę, bo dobrze pisze się w niej o „stalkerze”, a źle o żydowskich kupcach. Współczesnemu Arturowi nie wolno też być dumnym z jego europejskości, choć to Europejczycy wynaleźli oświecenie i demokrację liberalną. Ma się bić w piersi za „kolonializm”, choć jego europejscy przodkowie traktowani byli we własnych ojczyznach nie lepiej niż obywatele kolonii. I cieszyć z „bogactwa”, jakie sobie – zdaniem Progresywnej Noblistki – „Szwecja przygarnęła wraz z imigrantami”, z owego, najczęściej islamskiego „potencjału różnych sposobów myślenia” i „wrażliwości”, choć nawet krótki spacer po przedmieściach Sztokholmu, Brukseli czy Strassburga tej radości wcale mu nie ułatwia, podobnie jak wiadomość, że liczby „zabójstw honorowych” w zachodniej Europie nie sposób ustalić precyzyjnie. Doszło nawet do tego, że laiccy liberałowie, sami już dość odlegli od chrześcijaństwa, próbują zawstydzać wciąż jeszcze religijnych rodaków, tłumacząc im, że ich wroga wobec muzułmańskich przybyszów postawa, całkowicie jest sprzeczna z nauczaniem Chrystusa. Tymczasem okoliczność, że Europa w ogóle masowo przyjmuje muzułmańskich imigrantów, to przecież następstwo jej dechrystianizacji – gdyby pozostała chrześcijańska, to pewnie nie byłoby mowy o wznoszeniu meczetów w Rzymie czy Paryżu, a syryjskich „lekarzy i inżynierów” potraktowano by jak najeźdźców. „Innowiercy” mogli liczyć na gościnne „wir-schaffen-das” Angeli Merkel tylko dlatego, że Europejczycy – nie wyłączając chrześcijańskich demokratów – stali się w istocie indyferentni wyznaniowo, przeistoczyli się z chrześcijan w świeckich humanistów. To dlatego współczesny, „zbuntowany” Artur – trochę inaczej niż u Mrożka – z takim zapałem manifestuje swoją wierność „religii przodków”.

Oczywiście tęsknota za dawnym chrześcijaństwem byłaby nie na miejscu. Rozluźnieniu związków z religią Europa zawdzięcza demokrację i prawa człowieka. Nieszczęście polega na tym, że ten racjonalny świecki humanizm jest bezbronny w starciu z naładowanym emocjonalnie fanatyzmem religijnym. Jego jedynym ratunkiem byłoby unikanie takiego starcia, to znaczy trzymanie owego fanatyzmu na dystans. Ale na to jest już chyba tu i ówdzie za późno.

Na domiar złego Stomilowa wolność domaga się przyjęcia „do wierzenia” wszystkich tych głoszonych przez siebie niedorzeczności nader energicznie i stanowczo, wytwarzając tu i ówdzie wcale udatnie nową opresję – nieporównywalną co prawda z dawną – która buntowi konserwatywnie zrewolucjonizowanych młodzianków nadaje pozory pewnego autentyzmu, a nawet pozwala im nazywać się „wolnościowcami”. Jakby tego było mało, na każdym kroku ośmiesza się swoją kabaretową „poprawnością polityczną”, młody człowiek zaś niczego nie lęka się tak jak „obciachu”.

Nie sposób co prawda zaprzeczyć jednemu: Współczesna zachodnia kultura polityczna ma bez wątpienia jak najlepsze chęci: nawołuje w swym laicko humanistycznym i humanitarnym zapamiętaniu, by brać w obronę słabszych, na przykład dyskryminowane kobiety. Ma tu oczywiście sporo racji, ale w pewnym momencie może się zdarzyć, że ów tak energicznie broniony „słabszy” zaczyna zyskiwać dominację: To dlatego Artur w każdy weekend dowiaduje się z największej gazety liberalnej, że jeśli nie wychodzi mu z Alą, to winna temu jest – i to wyłącznie – jego „toksyczna męskość”.

Długiej mowy krótki sens: Wiedziony owymi dobrymi chęciami progresywny liberalizm chce przytulić do serca wszystkich, których cechuje jakaś „odmienność”: na przykład są muzułmańskimi imigrantami, wykazują „nieheteronormatywność” albo reprezentują jakąś „trzecią płeć” (a przecież: „wszak każdy wie, że pucie są dwie”), bo chce, by wszyscy poczuli się w Europie dobrze i u siebie, by zanikły konflikty i wraz z Liberté i Égalité nastała także Fraternité, powszechne „kochajmy się”.

To dlatego oficjalne przesłanie liberalnej Europy zrobiło się dziwnie słodkie. Do omdlenia. Ludzka natura nie jest jednak tak prosta, jak to się czasem wydaje postoświeceniowym andragogom i na nadmiar „odmienności” – zwłaszcza rasowej i kulturowej – reaguje zwykle dość nerwowo. Nie dlatego, że ludzie są źli i wystarczy ich stosownie wychować, lecz dlatego, że tak ich zaprogramowała w toku ewolucji Matka-Natura. Już w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku etologowie – uczeni badający zachowania zwierząt, a więc także ludzi – przestrzegali, że próba takiego „przytulenia” całego świata nie może się skończyć dobrze, bo każdy gatunek z pewnych względów broni się przed homogenizacją, co sprawia, że etnia zajmująca jakiś obszar reaguje agresją, gdy na jej terytorium gwałtownie napływa zbyt wielu reprezentantów etni bardzo odmiennej. Jest to mechanizm podświadomy, biologiczny, uruchamiający się automatycznie i nie da się go wyłączyć na zawołanie jak telewizor pokazujący jakiś nie bardzo nam odpowiadający program. Co więcej: ma swój głęboki sens, bo gatunki wykazujące różnorodność genetyczną zachowują większą szansę na przetrwanie – pomysł późnego Arnolda Toynbee’ego, by poprzez małżeństwa wymieszać rasy i ujednolicić ludzkość nie był chyba pomysłem zgodnym z tymi mechanizmami ewolucji. Sprzeciw wobec masowej imigracji z regionów bardzo odmiennych kulturowo – imigracja z krajów o kulturze zbliżonej nie stanowi tak wielkiego problemu – oficjalnie akceptowanej, a wręcz zalecanej przez środowiska liberalne, był więc sprzeciwem niejako naturalnym. I nieuchronnym.

Środowiska liberalne ów sprzeciw całkowicie ignorowały, i to w sposób czasem ostentacyjnie arogancki. Nie wolno było pytać o imiona „sześciu szwedzkich mężczyzn”, którzy na jakimś promie zgwałcili szesnastolatkę, długo też – acz nieudolnie – próbowano ukrywać prawdę o tym, co rzeczywiście wydarzyło się na placu przed katedrą kolońską w noc sylwestrową 2015 roku. Uczeni ekonomiści nie ustawali za to w prezentowaniu efektownych „naukowych” wyliczeń, dowodzących niezmierzonych wprost korzyści, jakie odniosą gospodarki europejskie z obecności przybyszów z Afryki, ponoć znakomicie wykształconych, a pewan Progresywna Reżyserka nakręciła film ukazujący muzułmańskich imigrantów, których jedyną „winą” jest „poszukiwanie lepszego życia”, jako ludzi takich samych jak my, bo przecież śpiewają te same piosenki. Nie trzeba chyba dodawać, że w tej liberalnej debacie wokół imigracji nie było raczej miejsca na refleksję, że to, co u nas jest „i-migracją”, gdzie indziej oznacza „e-migrację”, a więc odpływ ludzi najbardziej przedsiębiorczych, oraz że jeśli rację mają owi uczeni ekonomiści, to gościnne przyjmowanie „inżynierów i lekarzy” byłoby kontynuacją iście kolonialnej eksploatacji Południa, tym razem kadrowej. Nie było zatem miejsca i na pytanie, czy aby zrujnowana Syria nie potrzebuje tychże „inżynierów i lekarzy” bardziej niż syta Europa i czy nie byłoby lepiej, gdyby „lepsze życie” zbudowali oni sobie – i swoim współobywatelom – we własnej ojczyźnie. Dość szybko zapomniano, że Polskę po roku 1989 odbudowali nie ci, którzy z niej uciekli w poszukiwaniu „lepszego życia”, ale którzy w niej na dobre i złe pozostali.  Raczej nie należało się też zastanawiać nad kwestią, ilu imigrantów Europa jest jeszcze w stanie przyjąć i co powiemy tym, którzy się w tej liczbie nie zmieszczą. Kto takie problemy ośmielał się formułować, szufladkowany był jako „faszysta”, nawet gdy – jak Oriana Fallaci – miał na swoim koncie uczestnictwo w ruchu oporu przeciwko faszystom prawdziwym. Nieco bardziej krytycznie myślący Europejczyk, niezadowalający się powtarzaniem poprawnych politycznie komunałów, mógł słusznie nabrać wrażenia, że liberalni demokraci w sprawie imigracji – a przecież to od sprzeciwu wobec niej zaczął się współczesny marsz europejskich faszystów – nie tylko popełniają historyczny błąd, który w następnych pokoleniach może mieć przerażające następstwa („wojna kołysek”!), ale na dodatek próbują zrobić z niego idiotę.

Nadmiar słodyczy wywołuje czasem nudności. Z dzieciństwa zapamiętałem baśń o nadwornym cukierniku. Cukiernik ów dostarczał ciasta dzieciom królewskim, które jednak pewnego dnia zaczęły okrutnie grymasić. Nieszczęsny dostawca dworu dwoił się i troił, wymyślając wciąż nowe przepisy na torty, ptysie i kremówki. Nic nie pomagało. Wreszcie król zagroził, że jeśli sytuacja nie ulegnie zmianie, każe cukiernikowi uciąć głowę i poszuka sobie nowego. Wówczas do akcji wkroczyła mądra sąsiadka rzemieślnika. Wygoniła go z piekarni, zakasała rękawy i po paru godzinach wysłała na zamek kolejną dostawę. Jeszcze tego samego popołudnia z dworu przybył posłaniec z sakiewką dukatów od wdzięcznego władcy – młódź królewska głośno manifestowała swój zachwyt najnowszym smakołykiem.  „Co wyście im upiekli, kumo?”, zapytał sąsiadkę uradowany cukiernik. Wtedy ta zdjęła serwetę zakrywającą leżące jeszcze na cukierniczym stole ciasta: chrupiące bułeczki z razowej mąki, bez grama cukru, surowe i ciemne – no właśnie: brunatne.

Takich to bułeczek zapragnął, jak się wydaje, i nasz mocno już przejedzony słodkimi bezami Artur.

 

Czy Artura Ui da się zatrzymać?

 

Żaden polski teatr – o ile mi wiadomo – nie wystawia dziś opowieści o innym Arturze, dramatu Bertolta Brechta Kariera Artura Ui. Nie ubolewałbym z tego powodu. Dramat Brechta nijak się ma do naszej współczesności, gorzej: nijak się miał – wbrew pozorom – do współczesności autora. „Kariera” Artura Ui to efekt zakulisowych machinacji i intryg uknutych przez wielkich posiadaczy, swoistej „wojny na górze”. Zauważono to już wcześnie. Lothar Kusche, który miał sposobność zapoznać się z manuskryptem Brechta jeszcze przed jego publikacją w 1957 roku (już po śmierci autora), pisał w styczniu 1954 roku do redaktora wschodnioberlińskiego Aufbau-Verlag: „Trzeba tu zapytać: Gdzie jest lud?”. I powoływał się na słowa samego Brechta, wypowiedziane przy innej okazji: „Koncepcja, w której niemiecka historia jest tylko katastrofą i w której brakuje ludu jako twórczej mocy, nie jest prawdziwa”.


Tadeusz Łomnicki jako Arturo Ui, reżyseria Erwin Axer, Teatr Współczesny, Warszawa 1962

Te uwagi należy czytać bardzo ostrożnie: przez „twórczą moc ludu” rozumie się tu moc „klasy robotniczej”, która zapewne miała ochotę przeciwstawić się nazizmowi – w oczach komunizującego pisarza „lud” mógł być nośnikiem tylko mądrości i dobra. To oczywiście spore uproszczenie, ale fakt jest faktem: W Karierze „lud” jest prawie nieobecny: o zdanie pyta się go tylko raz, gdy mieszkańcy Cicero mają zdecydować o poddaniu się władzy Artura i jego ludzi. Ale nie są to wolne wybory, głosujący zostają sterroryzowani, a ci którzy się opierają, padają ofiarą skrytobójczych mordów. Lud jest tu wyłącznie bierną ofiarą, nie sprawczym podmiotem. Wbrew historii i wbrew współczesności.

Mimo to dramatowi Brechta warto uważnie się przyjrzeć. A to z powodu dwóch najważniejszych w nim zdań: pierwszego i ostatniego. Zacznijmy od tego drugiego. To epilog dodany przez autora już po zakończeniu wojny i upadku reżimu nazistowskiego.

 

[…] niechaj do głowy

Triumf przedwczesny ludom nie uderza –

Płodne wciąż łono, co wydało zwierza[3].

 

To ostrzeżenie doskonale współgra z diagnozami Umberto Eco. I warto potraktować je poważnie.

Zdanie pierwsze to… tytuł. W oryginale brzmi: Der aufhaltsame Aufstieg des Arturo Ui, czyli dosłownie: Dający się powstrzymać wzlot Artura Ui. Przymiotnik aufhaltsam sprawia polskiemu tłumaczowi pewne trudności, bo w przekładzie tytułu jest dość kłopotliwy: „barokizuje” go niezręcznie, burzy rytm frazy. Co więcej: właściwie zaskakuje. Odbiorca spodziewa się w tym miejscu zupełnie innego sygnału – komunikatu, że ten „wzlot” bohatera jest właśnie „nie do zatrzymania”.  I co rusz zdarzają się tu iście „freudowskie” pomyłki. Na przykład na stronie warszawskiego Teatru Współczesnego w opisie inscenizacji dramatu z 1962 roku jako tytuł oryginału podano „Der unaufhaltsame Aufstieg des Arturo Ui” (https://www.facebook.com/TeatrWspolczesny/posts/-z-archiwum-wsp%C3%B3%C5%82czesnego-kariera-artura-ui-der-unaufhaltsame-aufstieg-des-artur/1134880845345598/). Teatr Współczesny nie jest jedyny: podobny błąd znalazł się nawet w jednym z odnośników niemieckiego artykułu Wikipedii, poświęconego Karierze i w opisie sztuki na Amazonie (by pozostać tylko przy tych kilku przykładach, bo da się ich w samej Sieci znaleźć bez liku). Jest najwyraźniej coś nienaturalnego w tytule tak akurat sformułowanym, co skłania do jego podświadomej „korekty”. Zresztą sam Brecht nie był tu wolny od wahań: przymiotnik aufhaltsam w tytule sztuki pojawia się w niektórych wersjach manuskryptu, w innych nie. Nad tymi bezwiednymi „korektami” warto się tu jednak poważnie zastanowić.

Co by w ogóle miała oznaczać ta autorska sugestia, że „wzlot” Artura Ui był „możliwy do zatrzymania”. Sam Brecht na ten temat chyba się nie wypowiedział. Zdani tu więc jesteśmy na spekulacje. Czy może ona mieć jakiś związek właśnie z interpretacją tej jego „kariery” jako ciągu zakulisowych intryg, dającego się w którymś momencie przerwać stosowną kontr-intrygą?

W political fiction Guido Morsellego, Contro-passato prossimo, powieści rozgrywającej się po I wojnie światowej, wygranej przez państwa centralne, budujące w zgodzie z sąsiadami pokojową, zjednoczoną i oświeconą Europę, niejaki Adolf Hitler, przypadkiem spotkany w pociągu przez jednego z bohaterów, jest średnio uzdolnionym malarzem, który swoje rasistowskie obsesje usiłuje wyrażać w marnej klasy obrazach. Mieszaniną kompleksów i fobii, odpychającą, ale w gruncie rzeczy bardziej śmieszną niż straszną. Nieudolnie próbując ukryć prowincjonalny akcent, mówi „żywo” i „sugestywnie”, najchętniej „o sobie”. Ale jego „patriotyczne”, pangermańskie i rasistowskie rojenia, rozmówca trafnie sprowadza do właściwych proporcji: „Przypuszczam, że w Braunau w podobny sposób wypowiadają się handlarze bydłem”. Największy w dziejach zbrodniarz pozbawiony wsparcia „ludu” ma w sobie akurat tyle demonizmu, ile się kryje – jak to w Lalce wyraża przy podobnej sposobności Wokulski – „trucizny w zapałce”. A co, jeśli „lud” jednak wmiesza się w bieg dziejów? Czy i wówczas Artura Ui da się „zatrzymać”?

 

Stomil czy Edek?

 

Zauważmy: Żadnego „ludu” nie ma i u Mrożka. Nie wiemy, jak zagłosowaliby mieszkańcy kamienicy, gdyby mieli zdecydować w wolnych wyborach, kto winien zostać „gospodarzem” ich domu: Stomil czy Edek. Od trzech kwartałów możemy się co prawda tego domyślać, a domysły te uznać za dość prawdopodobne: głosy rozłożyłyby się mniej więcej po równo, ze wskazaniem jednak na Edka, co pewnie niejednego lokatora wprawiłoby w zdziwienie, ale czy słusznie?


Zbigniew Zapasiewicz jako Stomil (Teatr Współczesny w Warszawie, reżyseria: Maciej Englert, premiera 1997, realizacja TV 1999).

Bo i cóż z tego, że po jednej stronie byłaby obietnica „wolności” i „postępu”, po drugiej zaś perspektywa tępego zamordyzmu w wykonaniu nieprzesadnie rozgarniętego osiłka? W takich momentach decyzjami przynajmniej części wyborców rządzi nie racjonalna kalkulacja, lecz – paradoksalnie – swoista bardzo emocjonalna estetyka, odległa jednak od obiegowych standardów liberalnych. I w konfrontacji tych dwóch ponadczasowych postaci oraz ich pomysłów na siebie i świat zwycięstwo wcale nie jest takie oczywiste. Bo rozmamłany Stomil ciągle potyka się o własne nogi. Już zrozumiał, że nadmiar gości z Południa niesie ze sobą poważne zagrożenia, ale przecież jeśli zbuduje mur na granicy, zaprzeczy własnemu oświeceniowemu ideałowi Fraternité. Chciałby „przywrócić praworządność”, ale czuje się zobowiązany przestrzegać bezprawnego prawa, zabetonowanego przez poprzedników, a „wolne media” w imię „pluralizmu opinii” z masochistyczną rozkoszą pokazują nieustannie Omszałego Kauzyperdę, wytykającego mu „niekonstytucyjność” co śmielszych jego poczynań.  Buńczucznie opowiada o „demokracji walczącej”, co budzi nadzieję, że wśród jego lektur znalazły się pisma Karla Loewensteina, by za chwilę dać się sfotografować z książką Carla Schmitta w dłoni – myśliciela popularnego raczej wśród adherentów Edka. Obiecuje gromko „rozliczenia”, ale przez dwa lata nie potrafi przed sądem postawić nawet chuligana, który w budynku Sejmu za pomocą gaśnicy wywołał sytuację groźną dla bezpieczeństwa ludzi, a teraz kpi sobie z niego składając na podobnych gaśnicach autografy. Stomil chciałby może wprowadzić jakieś bardziej liberalne regulacje prawne w dziedzinie prawa rodzinnego, ale czuje atawistyczny lęk przed własnym proboszczem, a widok biskupa przyprawia go o mistyczny dreszcz.

Krótko mówiąc: Stomil nie ma w sobie ani odwagi, ani determinacji, żeby tej wywalczonej przez siebie – bezprzymiotnikowej – wolności bronić, a przy tym jeszcze boi się, że nadmiar takiej determinacji mógłby urazić „przywiązanego do tradycji człowieka prostego”, któremu dość sugestywnie wmówiono, że ta Stomilowa „wolność” jest sprzeczna z „religią jego przodków” – zresztą trochę racji w tym twierdzeniu jest. Jak pewien apostoł marzy, by być „wszystkim dla wszystkich”. Dlatego raz opowiada, że czyta Spinozę, to znów, gdy temperatura rośnie, zaklina się, że jest „rzymskim katolikiem”, a żeby tego dowieść, pielgrzymuje pokornie do muzeum pewnego księdza, bez sprzeciwu też przyłączy się do uchwały sławiącej nacjonalistyczne siły zbrojne. Krótko mówiąc, udaje, że właściwie niczym nie różni się od Edka: słucha nawet tej samej muzyki.

Kłopot w tym, że „lud” na taki teatr nabrać niełatwo. „Lud” może nie wiedzieć, kto to taki „Spinoza” (choć domyśla się, że „nie imię to dziewczyny”), ale tego „rzymskiego katolika” nie „kupi” ot tak, na zawołanie. Nie przekona go także nagła miłość Stomila do disco polo. Wyczuwa w tym słusznie jakąś – skądinąd bardzo nieporadną – grę, próbę zrobienia mu wody z mózgu, mało tego, jakąś ledwie skrywaną pogardę. A przy tym i tak instynktownie przedkłada oryginał nad podróbkę.


Krzysztof Kowalewski jako Edek (Teatr Współczesny w Warszawie, reżyseria: Maciej Englert, premiera 1997, realizacja TV 1999).

Dość to paradoksalne: Stomil – w przeciwieństwie do Edka – jest „kimś”, więc, zgodnie z definicją Stanisława Jerzego Leca („żeby być sobą, trzeba być kimś”) mógłby być „sobą”, ale – również w przeciwieństwie do Edka – nie ma na to dość odwagi. Tymczasem Edek ani myśli udawać, że jest kimś innym, niż jest, i dumnie prezentuje swoje tatuaże. A „bycie sobą”, zawsze na forum publicznym wygląda lepiej niż marne aktorstwo, wynikające na dodatek ze Stomilowego rozmamłania, z braku wiary w siebie i własną „sprawę”, z niedostatku determinacji, wreszcie z łatwego do wyczucia tchórzostwa – a lepiej, by „gospodarz domu” nie był dającym się ugniatać jak plastelina „miękiszonem”, zwłaszcza w czasach, gdy sąsiedzi paskudnie śmiecą na schodach i sikają w bramie. Edek jaki jest, każdy widzi, ale jego autentyczność ma swoich koneserów. I koneserki: „Jak on cudownie poprawia sobie spodnie. W tym geście jest po prostu królewski” – Eleonora i Ala, choć „wyzwolone”, wiedzione odwiecznym kobiecym instynktem, rozstrzygną swój wyborczy dylemat dość jednoznacznie („brutalny, ale w tym właśnie jego wdzięk”) na korzyść Edka – choć de facto akurat im jego rządy nie przyniosą wiele dobrego.

Nietrudno więc sobie wyobrazić, że niektórzy spośród lokatorów – notabene to oni właśnie mogliby przeważyć szalę – uznają, że usiłujący spodobać się wszystkim Stomil i tak nie znajdzie w sobie dość siły, odwagi i zdecydowania, by bronić ich interesów i ideałów. A ukarać go za zawód, który im sprawił, mogą tylko w jeden sposób: w dniu głosowania, zniechęceni, zrezygnowani, a przede wszystkim zbrzydzeni, zostaną w domu, by w spokoju poczytać sobie Joyce’a albo posłuchać Mozarta.

Wielu spośród ich sąsiadów uczyni jednak inaczej. Choć dokładnie poinformowani o różnych ciemnych sprawkach Edka, uznają go oni przecież za posłańca Niebios, który ma za zadanie powstrzymać falę „antychrystianizmu” i umacniać „wartości chrześcijańskie” – ścieżki Boga są wszak niezbadane. Tu Sławomira Mrożka dar wieszczy chyba nieco zawiódł i tak jak czytelnik Brechta może zapytać „gdzie jest lud?”, tak widz Tanga ma prawo się zdziwić: „gdzie jest kler?”. Cóż, w tamtych czasach wprowadzenie duchowieństwa do gry po stronie Edka przyjęto by chyba ze zdziwieniem – wtedy Kościół tworzył wszak „przestrzeń wolności”, przynajmniej po naszej stronie „żelaznej kurtyny”, bo po tamtej bywało różnie. W Tangu religia jest właściwie nieobecna. Więcej przenikliwości wykazał tu chyba Brecht: Gdy Betty pyta Artura Ui niczym Małgosia Fausta: „A co z religią, jak tam sprawy boże?”, ten odpowiada bez wahania: „Po chrześcijańsku. To starczy”. Betty jest jednak dociekliwa: „Być może, ale praktycznie, jak tam z Dziesięciorgiem?” Tu Arturo pozwala sobie na szczerość: „Na dzień powszedni niech je licho porwie”[4]. Choćby to jedno zdanie pozwala dostrzec, jakie lata świetlne dzielą mimo wszystko Karierę od realiów dzisiejszej Polski: nasz rodzimy Edek wyznałby raczej, że nad Dekalogiem zasypia, i to wcale nie z nudów, lecz utrudzony jego pilnym studiowaniem. A to przemawia do księży z parafii Eugeniusza, którzy mimo żałosnych umizgów Stomila nie polubili go ani trochę i gorąco będą namawiać wypasane i strzyżone przez siebie owieczki, by to Edka uczyniły swoim dozorcą. (To zresztą dość znamienne: Stomil biskupa po prostu się boi – co „widać, słychać i czuć” – i negocjując w postawie „na baczność”, naiwnie próbuje go jakoś ugłaskać; Edek pertraktuje z nim jak równy z równym, proponując transakcje win-win, a jeśli biskup za bardzo mu się rozbisurmani, potrafi go ostro przywołać do porządku, wyciągając z zakurzonych archiwów odpowiednią teczkę). 

Eugeniusza zaś i tak długo namawiać nie trzeba. Chętnie pójdzie z Edkiem w tany, nawet nie czekając na zaproszenie. Nie dlatego, że poczuł doń tak wielką sympatię. Nie, on raczej nienawidzi po cichu Stomila: „Między nami mówiąc, to hołota”, wyznaje u Mrożka. Bo jest i pragnie pozostać „niedzisiejszy”. „Dzisiejszość” wywołuje w nim uczucie wściekłości. A jeszcze większą wściekłość wywołują w nim sąsiedzi spod szóstki, którzy z tej dzisiejszości umieją zrobić użytek: czytają jakieś dziwne cudzoziemskie książki i gazety, podróżują nowym samochodem po Europie bez granic, żyją w „niemoralnych” wolnych związkach, podczas gdy on musi się zadowolić towarzystwem zrzędzącej Eugenii, a jakby tego było mało, nie chodzą do kościoła, nie przyjmują księdza po kolędzie, przeto zapewne gardzą tymi, którzy chodzą i przyjmują. – I tak oto ze wzburzonej i mętnej piany społecznych fermentów wyłania się „wściekły drobnomieszczanin”.

„Wściekłego drobnomieszczanina” wymyślił co prawda w Dziecięcej chorobie „lewicowości” w komunizmie Lenin, myśliciel niecieszący dziś wielką estymą wśród mieszkańców dorzecza Wisły, ale nad niektórymi elementami jego analizy warto się poważnie zastanowić, zwłaszcza nad diagnozowaną przezeń tegoż drobnomieszczanina „skłonnością do szybkiego przechodzenia do uległości, apatii, fantazjowania, nawet do «szalonego» entuzjazmowania się tym lub owym «modnym prądem»”. To określenie przyjęło się zresztą zastanawiająco dobrze w Niemczech lat dwudziestych i trzydziestych, kiedy to wielu obywateli z entuzjazmem powitało taki „modny prąd”: Tomasz Mann – który wyrósł tymczasem z młodziankowatości autora Rozważań człowieka niepolitycznego – w liście do Rudolfa Leonharda z 20 czerwca 1936 roku wyraża, skądinąd dość naiwną, wolę przekonania świata, że mimo wszystko w Niemczech „nie rządzą wściekli drobnomieszczanie, lecz Duch”.

Polska inkarnacja „wściekłego drobnomieszczanina” to przede wszystkim „wściekły emeryt”, gotów zaatakować parasolką dziennikarkę bluźnierczej stacji TV. Źródła tej jego wściekłości nie są łatwe do zdefiniowania. Niskie emerytury? Czas oczekiwania w kolejkach do lekarzy? „Wykluczenie komunikacyjne”? Demokraci biją się nieustannie w piersi i wyliczają swoje „zaniedbania”, bo demokraci myślą racjonalnie i dlatego doszukują się wszędzie racjonalnych pobudek. Niesłusznie. Ta wściekłość ma w sobie chyba więcej zawiści niż żalu, tajemnych kompleksów niż rachunku ekonomicznego, mniej nadziei na własne bogactwo, więcej na ruinę „tych spod szóstki”. Zresztą „wściekły drobnomieszczanin” często jest wcale zamożny, niejeden mógłby „progresywnych” sąsiadów kupić ze trzy razy i jeszcze by mu zostało. Jego deficyty są innej natury: „Śmierć wszystkim, którzy mówią według słownika Akademii”, woła jego paryski protoplasta w Dantonie Georga Büchnera. Bo ci którzy mówią tak „kaligraficznie”, do tego podejrzanie długimi zdaniami, prawdopodobnie gardzą „prostym człowiekiem” – znów ten lęk przed „pogardą”. Tymczasem „prosty człowiek”, gdyby zadał sobie więcej trudu, odkryłby ze zdumieniem, że najbardziej gardzą nim jego idole: to oni w końcu nazwali go „Ciemnym Ludem”. Liberalnemu demokracie takie słowa nie przeszłyby przez gardło – nawet jeśli przemknęłyby mu przez głowę. Stomil mozolnie wylicza w telewizorze korzyści, jakie przyniesie krajowi gigantyczna pożyczka na zbrojenia, bo zakłada, że jego rozumny wyborca też umie sobie to policzyć. Edek swojemu pokazuje z daleka sztaby złota i obiecuje, że kupi mu za nie w Ameryce mnóstwo armat, do tego tak sprytnie, że zasoby owego złota nie ulegną uszczupleniu ani o gram. Stomil przekonuje, że wydobywanie węgla za pieniądze większe niż tegoż węgla rynkowa wartość i wdychanie potem produktów jego spalania nie ma ekonomicznego ani społecznego sensu. Edek obrzuca „defekatywami” – to neologizm, ale bardzo przydatny:  https://studioopinii.pl/archiwa/249368– ekologiczną instalację na własnym dachu, zakupioną z dotacji unijnych, bo wyobraża sobie swojego słuchacza jako kogoś, kto sam takich właśnie „defekatywów” używa na co dzień, a nadto nie dostrzeże w jego wywodzie najmniejszej logicznej sprzeczności. Co ciekawe i również niezbyt logiczne: Edkowi Eugeniusz wybaczy nawet stopień naukowy, bo to stopień niejako „z awansu”, wyszarpany przez swojskiego „chłopaka z podwórka”, podczas gdy ten sam stopień Stomila to niejako godność dziedziczna, należna dystyngowanemu młodzieńcowi wychowanemu wśród książek i dźwięków muzyki klasycznej. Który dlatego pewnie „gardzi” itd. Dawno temu Poeta brał w obronę krzywdzonego „człowieka prostego”, przyrzekając, że o tej jego krzywdzie będzie „pamiętał”. Ale i ów „człowiek prosty”, gdy się wścieknie, potrafi dać nieźle popalić.

Działa tu stara i powszechna zasada: łatwiej wzbudzić lęk niż nadzieję, nienawiść łatwiej niż miłość. Zwłaszcza w umysłach ludzi wychowanych w kulturze nieustannego strachu przed „lwem ryczącym”, który „krąży szukając kogo pożreć”. Im znacznie łatwiej wskazać jakiegoś WROGA, bo oni już wszędzie go wypatrują i z ulgą wręcz przyjmą jego wyraźne zdefiniowanie: wreszcie mają przeciwko komu obrócić swoją wściekłość.  Bez wroga ani do proga.


Wiesław Michnikowski jako Eugeniusz i Piotr Adamczyk jako Artur), (Teatr Współczesny w Warszawie, reżyseria: Maciej Englert, premiera 1997, realizacja TV 1999).

Artur z pozoru niewiele ma wspólnego z Eugeniuszem i po cichu podśmiechuje się nawet z jego staromodnych bryczesów. Ale znudzony „wolnością” Stomila, zniesmaczony nim samym i jego dekadentyzmem, dostrzeże w tryskającym witalnością Edku „majową jutrzenkę” zmian, powrotu do „dawnych wartości”, które w jego oczach wcale nie są zeszłorocznym śniegiem tylko kwieciem nowej wiosny. A Edek jest jej jaskółką, skowronkiem i bocianem. Wszak i w samym Arturze też jest młodzieńcza witalność, „wiosna piękna”, która niesie „zbawienie wolności”: Giovinezza, giovinezza primavera di bellezza, nel fascismo è la salvezza della nostra libertà.  Na dodatek wolność Stomila bezgranicznie go nudzi: jest pozbawiona metafizycznej i egzystencjalnej „głębi”, a przez to do bólu banalna – tak jak istnieje „banalność zła”, tak istnieje i „banalność dobra”. Oczywiście: Artura, pięknodusznego absolwenta trzech fakultetów („razem z filozofią”), który po nocach czyta w oryginale „poetów i myślicieli”, czasem ździebko drażni przaśność nowego sojusznika, ale przecież imponuje mu skrycie jego „dobry cios” i to, że „w razie czego” umiałby…  Tu Artur „przeciąga palcem po gardle”. On sam ani chybi zemdlałby na widok krwi, czyni przeto Edka – tak mu się przynajmniej zdaje – „ramieniem swojego ducha” i „ciałem swojego słowa”. Takie „ramię ducha”, mocne, a jednocześnie posłuszne, to odwieczne marzenie rewolucyjnych intelektualistów, którzy bez wytchnienia dyskutują po jakichś klubach „służących integralnemu rozwojowi człowieka”, śniąc o tym, by – by jak mawiał inny myśliciel mało dziś popularny nad Wisłą – świat nie tylko interpretować, ale i zmieniać.

 

„…co to będzie, co to będzie?”

 

Nie łudźmy się: Rewolucja konserwatywna ma szanse zwyciężyć. I to szanse niemałe. Jeśli spragniony powrotu do tradycji i poszukujący wyższych „sensów” Artur sprzymierzy się z „wściekłym” Eugeniuszem, jeśli po kryjomu wesprze ich płowowłosa Ala i źle się starzejąca Eleonora, Edka może być bardzo trudno „zatrzymać”. Zaistnieje wówczas bowiem pewna „masa krytyczna”, która nie zniknie z sondażu na sondaż, ponieważ kto raz opowiedział się za Edkiem, jest prawdopodobnie dla demokracji Stomila stracony bezpowrotnie. Od dobrych paru miesięcy wiadomo, że ta masa krytyczna zaistniała także u nas. I czeka, by przemówić ponownie. Dlatego i zakończenie naszego narodowego Tanga może nie być wesołe: wciśnięty w swój śmieszny gorset – który inaczej niż u Mrożka założył z własnej woli – Stomil zejdzie ze sceny żegnany salwami śmiechu. Współczucia nie okaże mu nikt, nawet „ci spod szóstki”.

A wtedy… Eugeniusz przeżyje wzniosłe chwile. Nie będzie już musiał walczyć parasolką, otrzyma – jak u Mrożka – prawdziwy rewolwer, bo posiadanie broni będzie realizacją jednego z „wolnościowych” postulatów nowej władzy (oczywiście taki rewolwer będą mogli dostać tylko sprawdzeni „patrioci”). I na imieninach Eugenii będzie wyjaśniał gościom wielkość nowej Dobrej Zmiany, tłumacząc im, że dopiero teraz nastała „wolność prawdziwa”, w której nadal wolno wszak mieć „własne zdanie”, „oczywiście, jeżeli tylko zgadza się z naszym zdaniem”.

Za to Artura czeka niejedno bolesne rozczarowanie. Szybko odkryje, że to nie Edek był jego narzędziem, lecz odwrotnie: on narzędziem Edka. I że Edek nie przepada za jajogłowymi oraz że potrzebuje nie tyle młodzianków po trzech fakultetach („razem z filozofią”), ile raczej tych krótko ostrzyżonych, częściej odwiedzających siłownie niż biblioteki. Ale już będzie za późno. Każda rewolucja pożera własne dzieci i nie bardzo wiadomo, dlaczego „rewolucja konserwatywna” miałaby być wyjątkiem. Pożarty zostanie i Artur: „Edek zakrada się do niego od tyłu, wyjmuje z zanadrza rewolwer i kolbą z rozmachem uderza Artura w kark”. No, chyba że wyleczy się ze swych ideałów i przejdzie na pozycje Realpolitik. Wtedy będzie się miał jak pączek w maśle. W końcu każdy Edek potrzebuje też paru bystrzaków, którzy fachowo i „według słownika Akademii” zajmą się „oskarżaniem współczesnej kultury i liberalnej inteligencji o porzucenie tradycyjnych wartości”. Arturowi ta przemiana nie przyjdzie zapewne z wielkim trudem: przecież popiera rządy twardej ręki nie po to, by samemu trafić do kamieniołomu, lecz by zająć należne mu miejsce wśród „nowej elity”.

Wszystko tak naprawdę sprowadza się do zasadniczego pytania: Czy to, co stało się w Europie i Ameryce Północnej po czasach oświecenia, mozolna budowa pierwszej w dziejach społeczności wyzwolonej spod władzy opresyjnej religii i rządzącej się zasadami demokracji liberalnej, europejskiej unii wolnych narodów, było naturalnym etapem ewolucji rodzaju ludzkiego czy raczej tej ewolucji ślepym zaułkiem, z którego właśnie się wycofujemy, by powrócić na utarty, dobrze znany szlak?

Jakkolwiek by było: „Gazeta Wyborcza” zrobi mądrze, zastępując cykl Jak walczyć z faszyzacją Polski cyklem zatytułowanym Jak przetrwać rządy faszystowskie w Polsce. Łatwo nie będzie.

Co prawda od niedzieli 12 kwietnia wolno mieć nadzieję, że wszystko może się potoczyć inaczej – bezsilna wściekłość POTUS-a i widoczne skonfundowanie Edka napawają pewnym optymizmem.

Nauczyliśmy się przy tej sposobności jednego zdania po węgiersku: „Ruszkik haza!”. Czas nauczyć się jeszcze jednego: „Fasiszták haza”. Może za półtora roku nad Wisłą okaże się zaklęciem równie skutecznym jak tamto w niedzielę nad Dunajem.

Może…

W każdym razie:

niechaj do głowy

Triumf przedwczesny ludom nie uderza –

Szampana zostawmy na razie Węgrom.



[1] Umberto Eco, Wieczny faszyzm, w: tenże, Pięć pism moralnych, przeł. Ireneusz Kania, Kraków 1999, s. 23–42.

[2] Tłum. Feliks Konopka.

[3] Bertolt Brecht, Kariera Arturo Ui, tłum. Roman Szydłowski i Witold Wirpsza w: tenże, Dramaty, t. III, PIW 1962.

[4] Brecht, Kariera Arturo Ui.  

Komentarze

Popularne posty