O potrzebie „trzeciej drogi” w debacie wokół imigracji
Tekst poniższy ukazał się w tygodniku „Przegląd” w
grudniu 2012 roku. Publikuję go tu ponownie jako uzupełnienie do nowego postu
zatytułowanego Apetyt na brunatne
bułeczki. Nie mam przy tym wrażenia, by sam tekst bardzo się
zdezaktualizował.
Ani „ciapaci”, ani „mile widziani”
O potrzebie „trzeciej drogi” w debacie
wokół imigracji
I My pozwolimy tego Dnia,
iż wzburzą się jedni przeciw drugim jak fale.
I zadmą w trąbę.
Wtedy My zbierzemy ich wszystkich razem.
I przedstawimy tego Dnia Gehennę
dla niewiernych szeroko otwartą;
dla tych, których oczy były przesłonięte…
Koran XVIII, 99–101
Dziś już wiadomo: uchodźcy do nas nie przyjadą. Przynajmniej nie teraz. Nie znaczy to, że sprawę wolno odłożyć ad acta. Chwilowe odprężenie można jednak wykorzystać, by spokojniej przedyskutować pytania, które przecież – to więcej niż pewne – powrócą. Zresztą niezmiennie palący pozostaje problem talibów rodzimego chowu, naszych, swojskich i katolickich, którym wiatru w żagle napędza lęk przed „islamistami” – lęk wcale nie tak irracjonalny, jak się to nam czasem usiłuje wmówić. Warto też zastanowić się nad językiem, którym należy o rozmawiać o imigracji muzułmańskiej. Językiem, który winien unikać zarówno wulgarności faszyzujących nacjonalistów, jak i naiwności pięknoduchów upojonych własną szlachetnością.
Między frontami
Kierunek dyskusji wokół imigracji muzułmańskiej wyznaczają w
Polsce dwa skrajne trendy: jeden budzi
odrazę, drugi raczej irytację, chwilami wesołość. Na prawym biegunie tej debaty
można się dowiedzieć, że imigrantów podsyła nam masoneria oraz że niechybnie zarazimy się od nich egzotycznymi pasożytami. Trudno nie dostrzec tu podobieństwa z
plakatami, które Niemcy rozpowszechniali
w okupowanej Polsce, ostrzegającymi przed demonicznym Żydem jako nosicielem
wszy i tyfusu. Co pobożniejsi prawicowcy, nierzadko stanu duchownego, mówią też
chętnie o zagrożeniu wiary katolickiej, przypominając wydawane rzeczywiście tu
i ówdzie przez władze miejskie w krajach zachodnich zakazy publicznego
prezentowania szopek bożonarodzeniowych czy podawania wieprzowiny w stołówkach
szkolnych, co mogłoby zdaniem owych władz urazić muzułmanów (niechęć do
spożywania kiełbasy została zresztą uznana ostatnio także przez jednego z
ministrów za przejaw wrogości wobec Narodu Polskiego i jego tradycji religijno-kulturowej). Po drugiej stronie owej barykady, w mediach –
nazwijmy je tak – „liberalnych”, uczeni ekonomiści ze swadą opisują dobrodziejstwa,
jakie na nas spłyną, gdy na polskiej ziemi osiądą dziesiątki tysięcy świetnie
wykształconych syryjskich inżynierów i lekarzy, choć zarazem nie kryją
zatroskania, że zrażeni niegościnnością miejscowego ludu oraz marnymi
zarobkami, szczęśliwie przez nas już pozyskani imigranci, zamiast pomnażać nasz
PKB, powędrują sobie dalej w poszukiwaniu przyjaźniejszych (i zasobniejszych) nacji.
Także wśród komentatorów poprawnych politycznie nie brak dobrych chrześcijan,
którzy wcale nie lękają się wyznawców Allacha, a wręcz przeciwnie: łączą z ich
przyjazdem nadzieję na powszechne
ożywienie religijne i już cieszą się na wspólne modlitwy z braćmi muzułmanami.
Powołują się przy tym na przykład dobrego papieża Franciszka, który ponoć – jak
tryumfalnie obwieścił portal gazeta.pl –
„zawstydził całą Europę”, zabierając z greckiej wyspy Lesbos na pokład swojego
samolotu trzy rodziny syryjskie. Zachwyt nad wielkodusznością Franciszka był
tak wielki i powszechny, że nikt już nie ośmielił się nawet zapytać, kogóż to
konkretnie „zawstydził” dobry papież: Niemców borykających się z prawie
milionem uchodźców? Czy może Francuzów bezradnie przypatrujących się
poczynaniom mieszkańców „dżungli” pod Calais? Na dodatek okazało się wkrótce,
że zabranych przez papieża Syryjczyków umieszczono w kościelnych budynkach w
miejscowości Sant’Egidio, a więc poza obszarem
Watykanu, gdzie mają oczekiwać na rozpatrzenie swoich wniosków o azyl w…
Republice Włoskiej. Wielkoduszność często rzeczywiście zawstydza małodusznych, ale
gdy jest wielkodusznością na rachunek sąsiada, zawstydza jakby nieco mniej.
Po czyjej stronie ma się opowiedzieć obywatel RP, którego
elementarna przyzwoitość uodparnia na faszyzującą propagandę prawicy, ale który ma zarazem zbyt
wiele rozsądku, by traktować poważnie nonsensy wygłaszane przez ekspertów prasy
„liberalnej”, często przywdziewane nieporadnie w szatę wywodów naukowych? Gdzieś
pośrodku sytuuje się samotnie mało znany portal internetowy Euroislam, założony
przez grupę socjologów z UW, skupionych wokół Grzegorza Lindenberga. Jak to się
często przydarza tym, którzy znajdą się między frontami, stowarzyszenie Europa
Przyszłości, deklarujące jako swój cel „powstrzymanie rozwoju islamizmu w
Europie, a w szczególności w Polsce”, ale występujące z pozycji oświeceniowych
w obronie liberalnych wartości kultury europejskiej, jest traktowane równie
wrogo przez prawicę, jak przez pryncypialnych
arbitrów poprawności politycznej: „Nie mamy w Polsce zbyt wielu sojuszników –
mówił rok temu Piotr Ślusarczyk, jeden z założycieli Stowarzyszenia, w rozmowie
z Piotrem Ibrahimem Kalwasem w GW. – Prawica uważa, że my jako ludzie o
liberalnych poglądach jesteśmy częścią tego zepsutego świata, który m.in.
wspiera alians feministek z gejami, a lewica ma nas za podłych rasistów”. W
publicystyce Euroislamu da się jednak zauważyć brak jakiejś metody, która
systematyzowałaby argumentację i pozwalała lepiej uzasadnić zasadniczy sprzeciw
wobec postulatów osiedlania imigrantów muzułmańskich w Europie. Portal wypełnia
za to lukę pozostawioną przez GW czy „Politykę”, które operują zazwyczaj na
wyżynach moralnej abstrakcji i konkretyzują swoje przesłanie co najwyżej
wstrząsającymi relacjami z bombardowanego Aleppo: opisuje rzeczywistość dnia
codziennego w krajach, które doświadczają dziś masowej imigracji muzułmańskiej.
A to również rzadko obraz krzepiący.
Ksenofobia – dobroczynny
wynalazek ewolucji
Spór wokół imigracji
muzułmańskiej nie jest w Europie zjawiskiem nowym. W 1981 roku grupa
uczonych niemieckich wydała tzw. Manifest Heidelberski, w którym wyraziła
zaniepokojenie skalą zjawiska (nieporównywalną przecież z tym, co dzieje się
dziś). Ich wystąpienie wywołało wówczas reakcję wręcz histeryczną: mówiono o „akademickim
wsparciu dla koncepcji rasowych”, nawet wyważony zwykle „Die Zeit” pisał o
„rasistowskich tonach”. Rzeczywiście już w pierwszych linijkach Manifestu była
mowa o „infiltracji” (Unterwanderung) narodu niemieckiego przez napływ milionów
cudzoziemców” i o „naporze obcego żywiołu na nasz język, naszą kulturę, naszą
narodowość”. Padło też źle się kojarzące słowo „Volkstum” (narodowość,
ludowość, rodzimość), często używane w języku Trzeciej Rzeszy. Ale zasadniczy
tenor dokumentu był raczej spokojny i rzeczowy, a jego sygnatariusze deklarowali wyraźnie, że
„stojąc na gruncie Konstytucji”, przeciwstawiają się „ideologicznemu
nacjonalizmowi, rasizmowi oraz ekstremizmowi prawicowemu i lewicowemu”.
Przestrzegali jednak otwarcie: „Integracja wielkich mas nieniemieckich
cudzoziemców jest […] niemożliwa przy jednoczesnym zachowaniu naszego narodu, a
to może doprowadzić do katastrofy etnicznej, w rodzaju tych, jakie obserwowano w społeczeństwach multikulturowych”. Posłańców
przynoszących złe wieści rzadko wita się chlebem i solą.
Manifestu Heidelberskiego nie podpisał człowiek, o którym
twierdzono później, że wyrażał treści bliskie jego autorom, Irenäus Eibl-Eibesfeldt, pochodzący z
Wiednia, uczeń Konrada Lorenza, wieloletni profesor w Instytucie Fizjologii
Zachowania im. Maxa Plancka i jeden z twórców etologii. To powinowactwo było
jednak pozorne. Sygnatariusze Manifestu występowali z zasadniczo
konserwatywnych pozycji obrony „dziedzictwa chrześcijańsko-zachodniego”, nie
ustrzegli się też chyba pewnej nieporadności stylistycznej i myślowej,
wynikającej zapewne z braku wyraźnie zarysowanych założeń ideowych czy metody
pozwalającej poddać zjawisko rzeczowej
analizie. Tymczasem Eibl-Eibesfeldt podjął próbę właśnie takiej rzeczowej jego
analizy, opisując je w kategoriach nauki o zachowaniach zwierzęcych (a więc i
ludzkich). Warto przyjrzeć się jego argumentacji, bo pozwala ona lepiej zrozumieć
procesy migracyjne, a przede wszystkim nieuchronność
ich następstw. Dziś zresztą wyraźniej niż ćwierć wieku temu widać, że
formułowane przezeń prognozy nie były odległe od prawdy – historia często mści
odrzuconych proroków w najbardziej banalny sposób: pozwala urzeczywistnić się
ich przepowiedniom.
Lektura Eibl-Eibesfeldta wymaga zasadniczego przewartościowania
niektórych pojęć. Zaskakujące jest już to, że ksenofobię, a więc lęk przed
obcym, uznaje on za cechę nie tylko wrodzoną – obserwuje się ją już u niemowląt
– i naturalną, lecz także z ewolucyjnego punktu widzenia… pożyteczną. Trzeba
się tu oswoić z pewnym paradoksem. Różnorodność – której największym wrogiem
wydaje się na pierwszy rzut oka właśnie ksenofobia – jest bowiem ewolucyjnie
zjawiskiem ze wszech miar pożądanym: to dzięki zróżnicowaniu genetycznemu w
razie gwałtownej zmiany warunków zewnętrznych przynajmniej część gatunku,
wykazująca nieco inne właściwości, często ukryte, jest w stanie zmianę taką
przetrwać. Nie jest więc korzystne zacieranie tych różnic przez na przykład
małżeństwa między reprezentantami różnych etni (takie rozwiązanie konfliktów
rasowych w USA sugerował swego czasu Arnold Toynbee, marzący o zjednoczonej
ludzkości, zgodnie współdziałającej pod władzą jakiegoś rządu światowego). To dlatego ewolucja wypracowała mechanizmy zapobiegające
procesom unifikacyjnym. Zostają one uruchomione w momencie, w którym
różnorodność może być zagrożona przed nadmierną bliskość fizyczną różnych
odmian gatunkowych: „Jeśli przez imigrację buduje się społeczeństwo
wielokulturowe, wówczas wyzwala się zarówno terytorialne reakcje obronne, jak i
wzorce zachowań ułatwiające rozgraniczenie, obronę i podkreślanie kontrastów,
które powstawały wraz z rozwojem wielorakości etnicznej, by ją uchronić przez
unicestwieniem. Już w świecie zwierząt życie zapewnia sobie różnorodność, a
człowiek postępuje w sferze kultury zgodnie z tą samą strategią. Tu i tam
odnajdujemy bardzo podobne mechanizmy, służące zachowaniu rozwiniętej
każdorazowo odrębności gatunkowej”.
W wypadku masowej imigracji mechanizm ten musi prędzej czy później doprowadzić do
gwałtownych konfliktów. Eibl-Eibesfeldt dokonuje tu ważnego rozróżnienia: im
bliższe sobie są nawzajem kultura gospodarzy i przybyszów oraz ich wyposażenie
genetyczne, tym łatwiej konflikt ów złagodzić, ponieważ proces integrowania się
obu grup przebiega szybko i bez większych zakłóceń. Jako przykłady udanych
procesów integracyjnych uczony podaje hugonotów osiadłych w Berlinie czy…
polskich górników masowo przybywających swego
czasu do Westfalii (ostatnie napaści na Polaków w Wielkiej Brytanii każą się co
prawda zastanowić, czy to rozumowanie jest zawsze słuszne). Inaczej rzecz się
ma z imigrantami pochodzącymi z zupełnie
innych kręgów kulturowych. W takich wypadkach szanse integracji są praktycznie zerowe,
zwłaszcza gdy liczba obcych jest na tyle wysoka, że mogą się oni skupiać w
osobnych gettach, pozostających w na ogół mało przyjaznej izolacji od
otoczenia. Przyjęcie imigrantów oznacza wówczas de facto odstąpienie części terytorium oraz – co bardzo istotne w wymiarze
biologicznym – ograniczenie możliwości reprodukcyjnych przez jedną etnię na
rzecz drugiej, ponieważ zasoby środowiska nie są przecież niewyczerpane. Co
więcej, różne etnie stosują różne strategie reprodukcyjne: znamienne jest przy
tym, że „goście” wykazują zazwyczaj znacznie wyższy wskaźnik urodzin niż
gospodarze, albowiem zasiedlanie nowego terytorium podnosi rozrodczość etni
kolonizującej dany obszar. „Na dłuższą metę może to spowodować wyparcie etni reprodukcyjnie
słabszej. Jest na to wiele przykładów w
historii, a to dostateczny powód, by nie ryzykować eksperymentów tego rodzaju”. Istotne jest i to, że za ową „wojną kołysek”
nie kryje się żaden demoniczny plan – procesy te przebiegają niejako samoczynnie,
bo są głęboko zakorzenione w ukształtowanej ewolucyjnie strukturze ludzkich
zachowań.
Podobny automatyzm daje się zauważyć i po drugiej stronie.
Akty agresji wobec obcych nie są wynikiem działalności demagogów i populistów,
lecz odbiciem autentycznych lęków, będących naturalną reakcją na taki bieg
wydarzeń. Strażnicy poprawności politycznej wzgardliwie opatrują te lęki
przymiotnikiem „irracjonalny”. Eibl-Eibesfeldt kwituje to gorzkim komentarzem:
„To, że u podstaw tego irracjonalizmu mogłaby kryć się jakaś ratio przeżycia, nie przychodzi im nawet
na myśl. Ci sami politycy akceptują wielomilionowe wydatki na cele obronne, by
nikt nie odebrał ich krajowi choćby piędzi ziemi, ale są gotowi tę ziemię oddać
z powodów altruistycznych”.
Tego lęku przed
obcymi, naturalnej i – jak się okazuje – na wskroś racjonalnej „kseno-fobii”,
nie należy mylić, podkreśla Eibl-Eibesfeldt, z nienawiścią wobec cudzoziemców, będącą produktem wychowania bądź
propagandy, ale także wynikiem lekceważenia owych naturalnych obaw przez
nieodpowiedzialnych polityków. Nie jest wcale tak, że narody są skazane na
wieczną wrogość. Tej wrogości da się wszelako uniknąć tylko pod jednym
warunkiem: „Różne etnie koegzystują ze sobą najlepiej, gdy każda dysponuje
własnym obszarem, na którym sama decyduje o swoim losie”. Konflikt wybucha, gdy
któraś poczuje się zagrożona w swojej integralności. Także tu samoczynnie
uruchamia się nieubłagany mechanizm: jeden obcy wywołuje na ogół życzliwe
zainteresowanie (dość tu wspomnieć o „szlachetnych dzikich”, goszczonych nader
chętnie na XVIII-wiecznych dworach europejskich), tysiąc budzi niepokój, setki
tysięcy – agresję. Jedynym sposobem jej uniknięcia jest zapobieganie
gwałtownemu mieszaniu się etni, zwłaszcza na drodze niekontrolowanej imigracji.
Trudno nie zapytać o motywacje, jakimi się kierują zwolennicy
szerokiego otwarcia granic dla imigrantów muzułmańskich. „To z pewnością
reakcja – stwierdza Eibl-Eibesfeldt – na
etnocentryzm epoki kolonialnej i nacjonalizm, który miał swoje apogeum w rasizmie
dziejów najnowszych, głoszącym pogardę dla człowieka”. Dawne metropolie czuły
się ponadto w jakiejś mierze odpowiedzialne za obywateli wyzwolonych kolonii,
stąd gotowość Francji czy Wielkiej Brytanii do przygarnięcia przybyszów z
Algierii czy Indii. Pewną rolę odgrywały także – na przykład w Niemczech –
kalkulacje ekonomiczne, naiwna nadzieja, że gastarbeiterzy tureccy posprzątają
niemieckie ulice, wywiozą niemieckie śmieci, umyją niemieckie patelnie i
zadowoleni wrócą do domów z paroma markami w kieszeni. Stało się coś zupełnie
innego: sprowadzili rodziny i krewnych, tworząc własną, odrębną społeczność,
rosnącą coraz bardziej w siłę. Ślady tych prostackich rachunków daje się
zauważyć jeszcze w prognozach współczesnych liberalnych ekspertów, liczących
rzekome korzyści gospodarcze masowej imigracji – rzecz jasna rachunki te nie
uwzględniają spadku liczby miejsc pracy na skutek postępującej mechanizacji i
automatyzacji, następstw gwałtownego wzrostu podaży taniej siły roboczej, co
musi prowadzić do obniżania wynagrodzeń, rozszerzenia szarej strefy, pojawienia
się nowych odmian zorganizowanej przestępczości itd. Ale najważniejszy jest chyba
inny czynnik: chęć odróżnienia się od faszyzującej prawicy, zbudowanie na
ostentacyjnym altruizmie własnej tożsamości grupowej – dokładnie tak samo jak
swoją tożsamość grupową na nienawiści rasowej budują formacje nacjonalistyczne – pokazanie: MY nie jesteśmy tacy, MY bronimy
wartości europejskiego humanizmu przed prawicowymi ekstremistami, MY z troską pochylamy
się nad losem tych, którzy znaleźli się „na samym dnie”, solidaryzujemy się z
nimi i pragniemy ulżyć ich doli, MY nie jesteśmy obojętni na zdjęcia martwych
dzieci wyrzucanych na włoskie plaże i wreszcie: MY nie podzielamy
„irracjonalnych” lęków, podsycanych przez szowinistów i krzewicieli nienawiści
rasowej, wczytujemy się w Ewangelię i wsłuchujemy w głos dobrego papieża
Franciszka. U korzeni tej postawy da się bez wątpienia znaleźć najszlachetniejsze
intencje, ale i sporą dawkę zaślepienia ideologicznego, swoistego dogmatyzmu, nieuleczalnie
głuchego – jak każdy dogmatyzm – na
fakty i racjonalne argumenty. A przez to autodestrukcyjnego. Ten mechanizm
opisał wnikliwie Michel Houellebecq w Uległości:
lewica w wyborach prezydenckich głosuje na muzułmanina, byle tylko nie poprzeć
prawicowej ekstremistki, bo to oznaczałoby pogrzebanie własnej tożsamości, spektakularną
kapitulację wobec bezpośredniego przeciwnika politycznego oraz konieczność
rewizji idei i pewników, wyznawanych bezrefleksyjnie jak dogmaty religijne. „Nauczyciele
wiary – pisał Georg Christoph Lichtenberg – bronią swych twierdzeń najczęściej
nie dlatego, że przekonani są o ich prawdziwości, lecz dlatego, że kiedyś
twierdzili, iż są one prawdziwe”.
Tu zresztą – zauważa Eibl-Eibesfeldt – w rozumowaniu ideologów
political correctness pojawia się osobliwa niespójność: podkreślają oni
wielokrotnie, że na społeczności międzynarodowej ciąży obowiązek podejmowania
działań mających na celu ochronę integralności kultur pierwotnych. Ci sami
ludzie wykazują zdumiewająco mało zainteresowania ocaleniem integralności
własnej kultury – choć to przecież cywilizacja europejska – jak zauważył Karl
R. Popper, najbardziej samokrytyczna i gotowa do reformowania samej siebie –
wytworzyła ów klimat otwarcia się na inne tradycje i poszanowania ich
odrębności. I to nie oglądając się na to, czy taka postawa ma szansę na
wzajemność. „Niewiele pomogłoby światu, gdyby przez hipertroficzny altruizm dokonały
samounicestwienia akurat te narody Zachodu, które wykreowały owe humanitarne
idee”.
Przeciwko wszystkim tego rodzaju obiekcjom podnosi się często
argument: przecież nie wszyscy muzułmanie to terroryści, a uchodźcy uciekają także przed
„islamistami”. Argument to dość
ryzykowny. Nie łudźmy, że „islamizm”, jak nazywa się muzułmański fanatyzm
religijny, to zjawisko marginalne, pozostające w opozycji do jakiegoś islamu
„prawdziwego”. „Większość meczetów na całym świecie to dziś meczety
konserwatywne czy wręcz fundamentalistyczne”. Zauważmy: nie mówi tego żaden
prawicowy ekstremista czy „islamofob”, lecz Seyran Ateş, wierząca turecka
muzułmanka, działająca na rzecz bardziej otwartego, pokojowego islamu. A
algierski pisarz Boualem Sansal, autor głośnej powieści 2084. Koniec świata,
stwierdza w rozmowie z Sigrid Brinkmann w Deutschlandradio: „Islam
radykalizuje się na całym świecie. Także w Europie z trudem znajdzie pani
umiarkowanych jego wyznawców”. Gdy w technikum handlowym w Varese chciano
uczcić minutą ciszy ofiary zamachów paryskich, kilka muzułmańskich nastolatek
spontanicznie odmówiło udziału w tym akcie. Z całą pewnością nie wszyscy
muzułmanie to terroryści, ale ilu z tych, którzy nimi nie są, szczerze potępia
swoich „islamistycznych” współwyznawców?
Co robić i jakim mówić
językiem?
Dziś wyraźniej niż kiedykolwiek widać totalne fiasko działań
na rzecz „integracji” europejskich muzułmanów – społeczeństwo „multi-kulti”
okazało się mrzonką. I nie powinno nas to właściwie dziwić. Przeprowadźmy
prosty eksperyment myślowy: wyobraźmy sobie, że sami musimy emigrować i z
jakichś powodów osiadamy w kraju ortodoksyjnie muzułmańskim. Czy będziemy
gotowi „zintegrować się” z jego mieszkańcami? Uznać, że chłosta za wypicie
piwa, obcinanie rąk za kradzież, dekapitacja za porzucenie religii,
kamienowanie za niewierność małżeńską, czy choćby tylko „zabójstwa honorowe” są OK? Wątpliwe. Bardziej prawdopodobne już
raczej, że będziemy w tym kraju wspierać wszelkie siły, dążące do zniesienia
barbarzyńskiego w naszym przekonaniu prawa i zaprowadzenia porządków zbliżonych
do tych, które sami uważamy za cywilizowane i moralnie akceptowalne. Może nie
będziemy podkładać bomb ani strzelać na oślep z kałasznikowa, ale przecież nasza
lojalność wobec gospodarzy będzie lojalnością bardzo względną. Nie liczmy więc
na to, że lojalność naszych gości, przeżywających analogiczny szok kulturowy,
będzie głębsza. Co więcej, ich przekonanie o własnych racjach, będzie mieć
fundament religijny, a więc znacznie solidniejszy i trudniejszy do przebudowy
niż nasz, czysto kulturowy i etyczny, kruchy fundament „świeckiego humanizmu”.
Co więc robić? Przede wszystkim trzeba jasno zdać sobie
sprawę, że masowa imigracja muzułmańska to nie droga do „wzbogacenia”
tetryczejącej kultury europejskiej – jak powiedziałby zwolennik lewicy – ani do
ożywienia ducha religijnego w zlaicyzowanych i bezbożnych społeczeństwach
Zachodu – jak sobie roją wyznawcy chrześcijaństwa „otwartego”. Przyzwolenie na
nią to gwarancja sporych kłopotów, prosta droga do katastrofy etnicznej, kto
wie, czy nie do nowego Holokaustu albo regularnej wojny między cywilizacjami,
bo mechanizmów kształtowanych przez ewolucję w ciągu milionów lat nie zmieni
się w miesiąc ani paroma artykułami w gazecie, ani dekretem rządowym, ani nawet
encykliką. Dlatego żądanie osiedlania w
Polsce imigrantów muzułmańskich powinno się spotkać ze stanowczym sprzeciwem
wszystkich sił politycznych, także – a może nawet przede wszystkim – tych,
które są gotowe, inaczej niż PiS, PO czy SLD, szczerze i zdecydowanie bronić
wartości europejskich. Nie wolno dać się tu zastraszyć perspektywą znalezienia
się w jednym szeregu z nacjonalistami i faszystami. Z całą pewnością nie była rasistką
ani szowinistką autorka głośnej Wściekłości
i dumy, Oriana Fallaci, która miała
pełne prawo pisać o sobie jako o „kobiecie przywykłej do walki z wszelkim faszyzmem
i nietolerancją” i która – może właśnie
dlatego – z taką pasją przestrzegała przed toczącą się już w Europie „wojną
religijną” oraz przed „krótkowzrocznością i głupotą Politycznie Poprawnych”.
Nie jest jednak obojętne, jak się ten sprzeciw uzasadni. Nie
wolno przy tym, rzecz jasna, posługiwać się językiem faszyzującej prawicy,
która wieszczy „koniec cywilizacji białego człowieka”, choć sama ze swymi
totalitarnymi ciągotami sytuuje się na jej dalekich peryferiach. Jawnym nonsensem
jest także argument „obrony cywilizacji chrześcijańskiej”. Europejscy
chrześcijanie nie mają wielu powodów do poczucia wyższości wobec muzułmanów. I
oni mieli swoje święte wojny, krucjaty – dziwne skądinąd, że dziś nikt nie
nazywa ich organizatorów i uczestników „chrystianistami” czy „katolicystami”.
Nawracali przemocą ludy Afryki i obu Ameryk. Zasłanianie twarzy przez kobiety
to praktyka doskonale znana w judaizmie,
przypomniana przez św. Pawła (1 Kor 11, 5), a św. Ambroży, zmarły w 397
roku Ojciec Kościoła pisał: „Kobieta winna zasłaniać oblicze, bowiem nie
zostało ono stworzone na obraz Boga”. Seks pozamałżeński jeszcze w Polsce XVII-
i XVIII-wiecznej karano chłostą albo i „gardłem”, Kazimierza Łyszczyńskiego
ścięto za ateizm w 1689 roku, a Konstytucja 3-go Maja, z której jesteśmy tak
dumni – chyba ponad miarę jej zasług – zakazywała przejścia „od wiary panującej
do jakiegokolwiek wyznania […] pod karami apostazji”. Europa okiełznała swoje religie – może kiedyś
zrobią to i kraje islamu, młodszego od chrześcijaństwa o 600 lat – ale nie uczynili tego ich kapłani,
lecz raczej ci, którzy byli gotowi się im sprzeciwić. W tych okolicznościach
przeciwstawianie „islamizmowi” jakiegoś chrześcijańskiego „humanizmu” to
sytuacja, w której jeden kocioł przygania drugiemu. Może więc warto odwołać się do języka i pojęć,
jakich dostarcza etologia, tłumacząca konflikty wyzwalane przez masową
imigrację jako zjawiska naturalne i umotywowane ewolucyjnie, co dyskusję nad
nimi uwalnia od nieznośnego napięcia moralnego i ideologicznego klinczu. Dystansująca
się przy tym zarówno od nienawiści rasowej, jak i od naiwnej – ale przecież nie
mniej groźnej, tak samo ślepej i zacietrzewionej – „poprawności politycznej”. Nie
dajmy się przy tym zwieść głosom dezawuującym ją jako wytwór pogrobowców
nazistowskiego darwinizmu społecznego. Genetykę uznano w ZSRR za burżuazyjną
pseudonaukę, a teorię względności w Trzeciej Rzeszy za „fizykę żydowską” – taki
już bywa los teorii ideologicznie niewygodnych.
Trzecia droga
Jest oczywiste, że na wszystkich krajach UE – także na Polsce, kraju coraz zamożniejszym –ciąży
obowiązek udzielania pomocy ofiarom wojen, ale nie może to oznaczać obowiązkowej zgody na ich zamieszkanie w
Europie. Ci, którzy ośmielą się wygłosić taki pogląd, będą się musieli co
prawda zmierzyć ze swoistym szantażem moralnym: „Widok krwawiącego syryjskiego
chłopca – pisze Wojciech Tochman – wrażenia na nich nie robi? Fotografia
utopionego trzylatka wyrzuconego przez morze ich nie rusza?”. Rusza. Tak samo
jak „ruszałaby” fotografia trzylatka konającego na jakimś przedmieściu
indyjskim czy w południowoamerykańskiej faweli – takie obrazki jednak nie
pojawiają się dziś na ekranach telewizorów, bo te tematy chwilowo nie zajmują liberalnych
dziennikarzy tak żywo jak los muzułmańskich uciekinierów, przerzucanych masowo
przez zorganizowane gangi do Europy, nie tylko zresztą z ogarniętej wojną Syrii.
„Świeże groby zawsze wzruszą, niezależnie gdzie kopane”, śpiewał przed
laty Jacek Kleyff w prześmiewczej Balladzie o telewizji. Czy to wzruszenie
musi owocować żądaniem przygarnięcia
przez Europę wszystkich „skrzywdzonych i poniżonych” tego świata? Sam Tochman
pisze o 30 milionach uchodźców. Zadane przezeń pytanie można by więc
odwzajemnić równie subtelnym: przy którym ich milionie przekraczającym granice
UE uzna, że teraz także szalupa grozi zatonięciem? I jak uzasadni decyzję, że
pozostałych dwadzieścia, piętnaście czy dziesięć należy pozostawić za jej
burtą? Na Polsce ciąży oczywiście także obowiązek solidarności z resztą Europy,
co nie może być tożsame z powtarzaniem wszystkich popełnianych przez nią
głupstw, których konsekwencje widać już gołym okiem od Kolonii przez Paryż po
Calais.
Truizmem będzie chyba stwierdzenie, że degeneracja
postsolidarnościowych elit politycznych III RP osiągnęła poziom zatrważający.
Nie razi nas ona może tak, jak powinna, bo oswajaliśmy się nią przez ćwierć
wieku. Koniecznością staje się ich gruntowna, choćby i stopniowa, wymiana.
Nowych mogłyby dostarczyć – między innymi – dwa ugrupowania łączące w
sobie młodzieńczą energię i niebagatelne kompetencje: z jednej strony Nowoczesna,
z drugiej Partia Razem, które miałyby szanse stać się w ten sposób fundamentem
jakiegoś nowego ładu politycznego, „trzecią drogą”, wiodącą między obu
skrzydłami POPiS-u, dać początek nowej prawicy, wolnej od autorytaryzmu i
bigoterii formacji postsolidarnościowych, i nowej lewicy, wolnej od cynizmu i
bezideowości SLD. O tym jednak będą rozstrzygać wyborcy – bo PiS zapewne nie
uda się całkiem zlikwidować wolnych wyborów
– w ogromnej większości zdecydowanie niechętni imigracji muzułmańskiej. „Zawsze
wydawało mi się, że mam poglądy liberalne – pisze anonimowy czytelnik w
komentarzu zamieszczonym 8 stycznia 2016 roku na internetowej stronie ‘Polityki’
– zwalczałem prawicowe oszołomstwo, ale
NIGDY nie zagłosuję na żadną partię zgadzającą się na arabską imigrację... już
wolę Kurskiego w telewizji”. I nie jest to wcale głos odosobniony. Tego powszechnego sprzeciwu wobec
osiedlania w Polsce wyznawców islamu nie należy utożsamiać z nacjonalizmem,
faszyzmem i prawicowym ekstremizmem. Ani dezawuować jako wytworu
„irracjonalnych” lęków, rodzących się z ciemnoty, niedoinformowania i
manipulacji. Wręcz przeciwnie: ma on właśnie na wskroś racjonalne uzasadnienie
i jest całkowicie uprawniony także etycznie. Lekceważenie tych obaw w poczuciu
intelektualnej czy moralnej wyższości
oznacza zgodę na ich zagospodarowanie przez faszyzującą już otwarcie polską
prawicę.
Czyż to zresztą nie paradoks? Prawica wykorzystuje lęk przed
agresywną religią islamu do budowy własnego państwa, wyznaniowego, „katolickiego państwa Narodu Polskiego”,
mrugając porozumiewawczo do tej części społeczeństwa, która w normalnych
warunkach wcale nie byłaby jej naturalnym elektoratem: „Zgoda, my też jesteśmy
talibami, ale przecież nie takimi strasznymi jak tamci, więc jeśli nawet
sprzeniewierzysz się świętej wierze katolickiej, to najwyżej wyrzucimy cię z
pracy, w skrajnym wypadku może się zdarzyć, że jacyś ‘nieznani sprawcy’, ‘patriotyczni
kibice’, których nie będziemy tropić zbyt energicznie, wybiją ci zęby kastetem
poświęconym na Jasnej Górze, ale na pewno nie utniemy ci głowy ani nie
ukamienujemy córki, jeśli nie dochowa wierności mężowi – w końcu sami mamy różne słabostki i
przysięgi małżeńskiej nie traktujemy zbyt dosłownie”. Z kolei za osiedlaniem w
Polsce imigrantów muzułmańskich najgorliwiej optują ci, którzy zarazem
najbardziej zdecydowanie bronią swobód obywatelskich, wolności jednostki –
także wolności od religii – i praw kobiet, a więc tego wszystkiego, co w oczach
większości dzisiejszych wyznawców islamu jest horrorem jeszcze straszniejszym
niż w oczach biskupów katolickich.
Nie chciałbym być tu źle zrozumiany: nie chodzi o czysto
taktyczne dopasowanie się do nastrojów elektoratu kosztem własnych zasad – to
zawsze kończy się źle. Chodzi o zrozumienie, że moralny obowiązek udzielenia pomocy tym, którzy tej pomocy potrzebują,
nie musi oznaczać obowiązku podejmowania działań jawnie autodestrukcyjnych.
„Trzecia droga” winna być drogą pragmatyki, prowadzącą między ideologiami skostniałymi
w swym dogmatyzmie: między faszyzującym nacjonalizmem, szczującym na „ciapatych”, a bezrozumnym altruizmem „politycznej
poprawności”, wywieszającym radośnie transparent z napisem „Uchodźcy mile widziani”. Taka
deklaracja to nie tylko wyborcze samobójstwo. To w konsekwencji także placet na
bardzo długie rządy prawicy i na postępującą faszyzację Polski. Wybór między talibami
muzułmańskimi i katolickimi nie powinien być jedyną realną ofertą, dostępną na
polskim rynku politycznym.
Korzystałem m. in. z:
Irenäus Eibl-Eibesfeldt, Grundriß der
vergleichenden Verhaltensforschung, München 1972; Der Mensch – das riskierte Wesen. Zur Naturgeschichte menschlicher
Unvernunft, München 1988 (zwłaszcza
s. 184–202); Zur Problematik einer
multiethnischen Immigrationsgesellschaf. Überlegungen zu Xenophobie und
Territorialität, w: Wolfgang Ockenfels (Hrsg.), Problemfall Völkerwanderung. Migration–Asyl–Integration, Trier
1994, s. 37–61; Zur Problematik einer
multiethnischen Immigrationsgesellschaft: Anmerkungen zu Christoph Antweilers
Kommentar, „Zeitschrift für Ethnologie“ 115 (1990), s. 261–267.
Heidelberger Manifest (przedruk za: „Die Zeit“, 6/1982; w tym samym wydaniu
komentarz Hanno Kühnerta, Rassistische
Klänge).
Seyran Ateş, Gründet mir eine
liberale Moschee!, „Die Zeit“, 22/2016.
Berthold Löffler, Integration in
Deutschland, Walter de Gruyter 2011.
Ulrich Herbert, Geschichte der Ausländerpolitik
in Deutschland: Saisonarbeiter, Zwangsarbeiter, Gastarbeiter, Flüchtlinge,
C.H.Beck 2001.
Oriana Fallaci, Wściekłość i duma, tłum. Krzysztof
Hejwowski, Warszawa 2003.
Cytat z Koranu w przekładzie
Józefa Bielawskiego.






Komentarze
Prześlij komentarz