Przekłady z szuflady IV: Svevo Opowiadania

 


Spis treści

I. Italo Svevo, Dwa opowiadania

            Wstęp tłumacza

            Pojedynek

Matka

II. Italo Svevo, Złe oko

Tadeusz Zatorski, Złe oko Vincenza Albagi, czyli studium niespełnienia

III. Aneks

            Tadeusz Zatorski, „W podróży…”. Wątki żydowskie w życiu i pisarstwie Italo Svevo

 

 

 

I.

Italo Svevo

Dwa opowiadania

 

Wstęp tłumacza

 

Italo Svevo, jeden z najwybitniejszych prozaików włoskich XX w., urodził się 19 grudnia 1861 w Trieście. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Ettore (Aron) Schmitz. Ojciec pisarza, Francesco, był Żydem przybyłym z Węgier, matka, Allegra Moravia, wywodziła się z rodziny  żydowskiej osiadłej w San Daniele we Friuli. W 1878 r. ukończył szkołę handlową w Segnitz pod Würzburgiem. W 1880 r. bankructwo ojca zmusiło go do podjęcia pracy w banku. Równocześnie podjął współpracę z wydawanym w Trieście czasopismem literackim „L’Indipendente”. Małżeństwo z kuzynką, Livią Veneziani, córką zamożnego przemysłowca i praca w firmie teścia, zakładach chemicznych, produkujących cenione w całej Europie lakiery okrętowe, dała mu niezależność finansową. Niespełnione pozostało jednak jego marzenie o sławie literackiej. Jego trzy powieści, Jedno życie (1893),  Starość (1898) i Zeno Cosini (1923), wydane własnym nakładem, zostały całkowicie zlekceważone przez krytykę. Dopiero gdy zaprzyjaźniony ze Svevem James Joyce zwracił nań uwagę krytyków francuskich, pisarz został zauważony i doceniony także we Włoszech. Zyskanym wreszcie uznaniem nie będzie mu jednak dane cieszyć się zbyt długo. 13 września 1928 r. zmarł w Motta di Livenza w następstwie obrażeń odniesionych w wypadku samochodowym.

Italo Svevo znany jest głównie jako autor wspomnianych trzech powieści. W ich cieniu znalazła się cała reszta jego twórczości: eseje, komedie i opowiadania. Większość z nich wydano dopiero po śmierci pisarza, spora część, zwłaszcza wśród opowiadań, to utwory niedokończone, bądź szkice, które weszłyby  prawdopodobnie w skład planowanej przez autora czwartej powieści, mającej być kontynuacją Zena Cosiniego.

Pojedynek to pierwszy opublikowany utwór prozatorski Sveva. Pierwodruk ukazał się na łamach „L’Indipendente” w wydaniu datowanym na 6–8 stycznia 1888 r. pod pseudonimem Ettore Samigli, którym posługiwał się wówczas autor. Opowiadanie posiada wszelkie cechy wczesnej prozy. „Temat wydaje się obowiązkowym hołdem złożonym kazuistyce miłości i eleganckiego świata, rozpowszechnionej wówczas w beletrystyce francuskiej, i to nie najlepszej” (Giacinto Spagnoletti). Także rysunek psychologiczny postaci jest jeszcze dość niedbały, a całość sprawia wrażenie niewyszukanej ilustracji chętnie powtarzanego niekiedy „darwinistycznego” przekonania (a Svevo faktycznie żywo interesował się teorią doboru naturalnego), że kobiety preferują raczej niezbyt intelektualnie wyrafinowanych osiłków niż wysubtelnionych słabeuszy. Ten pogląd najdowcipniej chyba sformułował sto lat wcześniej Georg Christoph Lichtenberg w „aforyzmie”, który mógłby stanowić również doskonałą pointę Pojedynku: „Dziewczęta chętnie się wam może przysłuchują, gdy wybrząkujecie na lutniach wasze fantazje, kiedy jednak idzie im o to, by zaprowadzić pokój między duchem i ciałem, nigdy nie wpuszczają was na kongres pokojowy”.

Jednak już w tej mało wyrafinowanej historyjce dostrzec można in nuce kilka ważnych wątków i motywów późniejszej prozy Sveva. Najistotniejszy z nich to zapewne konfrontacja dwóch przeciwstawnych typów osobowości: silnego człowieka, budzącego podziw otoczenia, twardo stojącego na gruncie rzeczywistości i świetnie sobie w niej radzącego ze słabeuszem i nieudacznikiem, lekceważonym przez wszystkich wokół, oderwanym od twardych realiów świata, rozdartym wewnętrznie i ogarniętym „chorobą woli” – innymi słowy starcie „króla życia” z osobnikiem przez to życie pokonanym. Znamienne, że niekiedy łączy ich przy tym swoista przyjaźń, naznaczona jednak, zwłaszcza po stronie słabszego z nich, wyraźną rywalizacją, a czasem wręcz podświadomą wrogością. Nie jest tu chyba bez znaczenia, że w tym samym czasie, gdy Svevo pracuje nad Pojedynkiem, poznaje jednego z najbliższych swych przyjaciół, Umberto Verudę, malarza i rzeźbiarza, gwiazdę triesteńskiej bohemy, który dziesięć lat później stanie się pierwowzorem Stefana Ballego ze Starości.  

Pary takich przyjaciół-rywali co rusz będą pojawiać się w twórczości Sveva: mecenas Macario i Alfonso Nitti w Jednym życiu, Stefano Balli i Emilio Brentani w Starości, wreszcie Guido Speier i tytułowy bohater Zeno Cosiniego. Zawsze też staje między nimi jakaś kobieta. Wynik każdego z tych pojedynków jest oczywiście łatwy do przewidzenia, ale relacja między nadczłowiekiem (skrojonym skądinąd na bardzo prowincjonalną miarę) a nadwrażliwcem ulega jednak bardzo subtelnej ewolucji. Alfonso Nitti kończy samobójstwem, przegrywa Emilio Brentani, choć jego rywal-przyjaciel, Stefano Balli, swojej przewagi lojalnie nie wykorzysta. Pozorną klęską Zena kończy się także jego rywalizacja z Guido o rękę pięknej Ady. Tyle, że tym razem ta klęska to dopiero początek, nie koniec całej historii. Ada bardzo szybko pożałuje swego wyboru, podziwiany Guido okaże się kompletnym nieudacznikiem i hochsztaplerem, a resztki roztrwonionego przezeń majątku jego i Ady ocali nie kto inny jak właśnie wzgardzony Zeno, który niespodziewanie odkryje w sobie nieznane nawet jemu samemu zasoby energii i zaradności. 

Ta dwoistość bohaterów Sveva widoczna jest już w Pojedynku. Jednak nie w postaci Artura. Ten jest w istocie charakterem dość jednowymiarowym, który nie zaskoczy niczym czytelnika, ani nawet nie wzbudzi jego współczucia. Nie przypadkiem też jest poetą. Svevo poetów i poezji nie lubi i nie ceni. „Wierszowanie nie jest sztuką”, zauważy cytując Balzaka w swym eseju O uczuciu w sztuce. Wyjątek czyni jedynie dla poetyckich wprawek córki Letycji, „wszyscy inni” poeci, wyzna jej,  są w jego oczach „antypatyczni”. Antypatyczny jest i Arturo, który nawiązując znajomość z Rosiną, chce się wyłącznie „zabawić”, nadrobić stracony czas młodości poświęcony „lekturze i pisaniu” – podobnie jak później Brentani ze Starości. I jak on zaryzykuje przygodę, która może się dlań skończyć wyłącznie żałosną klęską, bo w związku, który sobie roi, jest partnerem oczywiście słabszym.

Ale i jego rywal niewielki wzbudza szacunek. Tępawy osiłek o „zardzewiałym mózgu”, niepanujący nad emocjami, zdolny zaimponować swą krzepą co najwyżej małomiasteczkowej „wyzwolonej” ślicznotce (dość podejrzanej skądinąd konduity), wygrywa siłowy pojedynek, a właściwie bójkę, w której przegrać nie może, bo siłą fizyczną wielokrotnie góruje nad przeciwnikiem, uderzając przy tym w mało rycerski sposób już właściwie obezwładnionego rywala. I tacy właśnie będą sveviańscy „nadludzie”: wielkości na skalę lokalną, imponujące jedynie tym, którym zaimponować nietrudno, pokrywający słabość umysłu i charakteru pozorami siły i pewności siebie – karykatury nietzescheańskiego Übermenscha, odsłaniające nie tyle mroczne co mętne źródła „śmiesznej”, jak się wyrazi w jednym z listów sam Svevo, koncepcji nadczłowieka.

O ile Pojedynek daje się dość łatwo wpisać w krąg motywów i wątków (także biograficznych) prozy Sveva, o tyle Matka pozostaje niezmiennie zagadką dla interpretatorów jego dzieła. Zgodnie ze świadectwem żony pisarza, Livii Veneziani, pierwsza wersja opowiadania powstała w 1910 r., jednak  ostateczny kształt autor nadał mu piętnaście lat później. W styczniu 1927 r. Svevo przesłał tekst Enzo Ferrieriemu, wydawcy ukazującego się w Mediolanie pisma „Il Convegno” (po raz pierwszy opublikowany zostanie on jednak dopiero w zbiorze opowiadań wydanych w 1929 r. już po śmierci autora).

W twórczości Sveva nie brak parabol tego rodzaju. Pisywał je dla córki Letycji, gęsto przesiał nimi tekst Udanego żartu, a w Zeno Cosinim tytułowy bohater rywalizuje z Guido także jako autor podobnych, improwizowanych przypowiastek. W wypadku Matki czytelnik ma jednak do czynienia z szyfrem wyjątkowo trudnym. Nie w pełni przekonują jego interpretacje alegoryczne. Wedle nich opowiadanie miałoby wyrażać „poczucie izolacji w stosunku do świata literatury narodowej, które  to poczucie było źródłem wielu cierpień Sveva, oraz bolesne przekonanie, o niezrozumieniu i zlekceważeniu przez krytykę, które nie opuściło go całkowicie nawet po ‘odkryciu’ go w 1925 r.” (Bruno Maier).

Być może należałoby raczej odczytywać tę przypowieść poprzez ówczesną, fascynację Sveva psychoanalizą. Svevo nie był bezkrytycznym czytelnikiem Freuda – bardzo sceptycznie odnosił się zwłaszcza do skuteczności jego metod terapeutycznych – ale teorie wiedeńskiego psychiatry pozostawiły bardzo wyraźne ślady w jego twórczości. To Freud był niejako „ojcem chrzestnym” Zena Cosiniego, powieści mającej postać pamiętnika pisanego na potrzeby psychoterapii. Badacze prozy Sveva zwracają też niekiedy uwagę na fakt, że w tym samym czasie, być może pod wpływem podobnych lektur i fascynacji inny triesteńczyk, Umberto Saba, pisze swe opowiadanie La gallina (‘Kura’), obracające się w kręgu podobnych motywów i pytań. Nie sposób nie zauważyć, że postacie matek w prozie Sveva istotnie znamionuje czasem szczególna ambiwalencja, przypisana niejako do roli matki w ogóle, będącej zarówno ucieleśnieniem miłości, łagodności i ciepła – przeradzających się niekiedy w zaborczość – oraz troski – przybierającej wobec obcych postać agresji. Wnikliwym psychologicznie studium tej ambiwalencji jest niedokończone niestety opowiadanie Znakomita matka. Na tym zapewne nie wyczerpuje się ładunek znaczeń zawarty w tej krótkiej paraboli. Trudno przecież nie dostrzec innych obrazów i symboli, nieprzypadkowo chyba tu użytych, jak choćby zastanawiającego podobieństwa obu gospodarstw. Trzeba jednak prawdopodobnie pogodzić się z tym, że Matka pozostanie przynajmniej w części zagadką, która, jak pisał Alberto Cavaglion, „każe przypuszczać, że Svevo w swych dziełach wyrażał niekiedy lęk przed rzeczami, które był w stanie dostrzec jedynie w niewyraźnych zarysach”.

Tadeusz Zatorski

 

 

Pojedynek

 

Kobieta, która żyje samotnie i swobodnie przyjmuje mężczyzn w domu,  należy do tego, kto zechce ją wziąć. Tak przynajmniej sądzili Arturo Marchetti i Ariodante Chigi, pierwszy – sławny w N. poeta, drugi – równie sławny jako aktor, szermierz i miłośnik sportu. Ściśle mówiąc, sądzili tak pierwszego wieczoru, którego zostali przyjęci w domu Rosiny, pięknej blondynki, przybyłej niedawno do N. Miała to być łatwa zdobycz, ale obu naszym sławom utrudnił ją fakt, że na miejscu zjawili się jednocześnie.

Rosina już tego pierwszego wieczoru zachowywała się w taki sposób, by w niczym nie uchybić żadnemu z nich. Bez wątpienia zauważyła potoczystość i sugestywność słów poety, głębię jego ducha, piękno twarzy, pozbawionej – niestety – zarostu, za to obdarzonej parą niebieskich oczu, równie ekspresywnych jak jego wymowa. Ale wrażenie wywarła na niej także męska uroda ciemnowłosego Ariodante, jego sposób poruszania się, spokojny, lecz czasem energiczny, jego głos, zdrowy i dźwięczny. Zalety jednego odbierały blask cnotom drugiego.

Wyszli z mieszkania Rosiny równocześnie i na ulicy, zanim się rozstali, poeta, nie umiejąc oprzeć się pokusie wybadania zamiarów potężnego rywala, zapytał:

– Sympatyczna, nieprawdaż?

– Sympatyczna – odpowiedział Ariodante z obojętnością. – Chodzi jednak trochę zgarbiona, a szkoda. Gdyby swoją blond główkę nosiła nieco wyżej, wyglądałaby lepiej.

Ta krytyczna uwaga uradowała Artura. „Chyba mu się nie podoba. Uwiódł w końcu tyle kobiet, że jedna więcej, jedna mniej nie robi mu różnicy.”

Biedny Arturo pędził swój żywot na lekturze i pisaniu. Jego młodość umierała przez trzydzieści pięć lat i teraz z trudem podjął postanowienie, by w swoje życie wprowadzić nowy element – kobietę. Do tej pory śnił o kobiecie jako o ideale, celu życia, i z myślą o tym celu oszczędzał się, by móc ofiarować swej wybrance serce młodzieńcze i nieskalane. Ta kobieta, o której marzył i marzył jako o swojej miała być istotą pod każdym względem nadzwyczajną i godną nosić wieniec laurowy, jaki pragnął założyć jej na głowę. Ale kobieta taka nie zjawiała się, a kiedy wydawało mu się, że ją znalazł, odrzucała ofiarowany jej wieniec, wybierając raczej sztuczne kwiaty z metalu albo czysty, skrystalizowany węgiel. Był już zmęczony czekaniem i do Rosiny zbliżył się myśląc: „Przynajmniej się zabawię, kiedy znajdę coś lepszego, zostawię ją, a jeśli nie, zrobię z tego powieść mojego życia.”

Ku swojemu zaskoczeniu także następnego dnia zastał u Rosiny Ariodante. Wydawało się, że olbrzym nie był niczym szczególnie zajęty, skoro poświęcał swój czas kobiecie, która tak kiepsko się poruszała.

Arturo zdołał znaleźć sprzyjający moment, by wyrzucić z siebie stosowne wyznanie; chciał uprzedzić Ariodante. Jego słowa miały w sobie żar długoletniej pasji, skierowane były zaś do kobiety, którą poznał dzień wcześniej, ale to nie owa kobieta stworzyła w nim tę miłość, to starej daty miłość zwróciła się ku pewnej kobiecie.

Ta zaś wydawała się poruszona. Gdy już dała się przekonać elokwentnemu Arturowi, że miłość może narodzić się, dojrzeć i przybrać tak gigantyczną postać w ciągu dwudziestu czterech godzin, okazała się jednak na tyle wulgarna, by przerwać poecie i, wskazując na Ariodante, powiedzieć:

        Także on mówił mi dzisiaj prawie to samo.

Rzecz nie mogła zostać wyłożona jaśniej. To tak, jak gdyby powiedziała: „Kocham pana, ale i on mnie kocha”.

            Arturo zaczerwienił się i trzeba tu powiedzieć, że najsilniejszym uczuciem, jakie wówczas odczuwał, było przerażenie. Wiedział, że Ariodante był człowiekiem, który swą wielką pięścią byłby w stanie rozgnieść go na miazgę tak, że jedynym śladem jego ziemskiej wędrówki pozostałyby wydane i niewydane wiersze. Przez cały wieczór zachowywał się bardzo powściągliwie, a Rosina, która to zauważyła, tym większą okazywała mu słodycz, obawiając się, że go uraziła. Przyjmował te uprzejmości z zakłopotaniem, nie spuszczając z oka Ariodante, by zapobiec nieoczekiwanej napaści. Ale Ariodante nawet się nie poruszył, gawędził beztrosko, spoglądając na oboje młodych z życzliwością wielkiego psa, który pozwala się szarpać za uszy dzieciom, wiedząc, że nie mogą wyrządzić mu wielkiej krzywdy.

            Znów znaleźli się razem na ulicy. Arturo tak drżał w ciemności, że Ariodante to zauważył. Zapytał życzliwie, czy aby nie cierpi na nerwy, a odchodząc doradził mu, by pił dużo wina i jeździł konno. Arturo uspokoił się. „Jest bardzo silny”, pomyślał, „ale niezbyt skory do bójki”.

            Nie słyszał nigdy, by Ariodante  kogoś pobił, ale gdy następnego dnia zasięgnął wiadomości w tej materii, dowiedział się o wymierzonym przezeń policzku, który spoliczkowanego przyprawił o trwającą miesiąc chorobę. Opowiedziano mu, że Ariodante stłukł sobie stopę i to na tę właśnie stopę nadepnął przez nieostrożność pewien jego przyjaciel, który przy kolacji pragnął trącić się z nim kieliszkiem. Porażony bólem, Ariodante najpierw chlusnął mu w twarz resztką zawartości swojego kieliszka, potem rzucił weń samym kieliszkiem, a wreszcie wymierzył mu ów sławny policzek.

            „Trzeba się trzymać z dala od tych stóp”, pomyślał poeta i uznał, że może odrzucić wszystkie inne względy. Wiedział teoretycznie, że w miłości głównym warunkiem sukcesu jest odwaga i że jakiekolwiek wahanie równa się rezygnacji.

            Kilka razy dziennie odwiedzał Rosinę i prawie zawsze zastawał tam Ariodante, tak że nie miał już odwagi pytać go, jak mu się ona podoba. Atleta zawsze był dlań bardzo uprzejmy, pozwalał mu mówić i do słuchania zachęcał także Rosinę. Chciał jednak w zamian tego, co i jemu się należało, więc i Arturo musiał słuchać z podziwem o bohaterskich czynach, forsownych marszach, dowodach siły jego muskułów. Czynił to z całym swym wdziękiem z wrodzonej uprzejmości, ze strachu, a wreszcie i z nadzieją, że słowa Ariodante nudzą Rosinę tak samo, jak nudziły jego. Jednak Ariodante wciąż wydawał się poecie potężnym murem wzniesionym pomiędzy nim a Rosiną: W jego obecności musiał wpychać sobie z powrotem do gardła przygotowane wcześniej piękne frazy, te zaś natrafiając na zamknięty zawór bezpieczeństwa i powracając, skąd wyszły, rozpalały umysł, który je zrodził. Gdy poeta spostrzegł, że jego miłość przerodziła się w namiętność, wówczas, mając za sobą studia filozoficzne, zauważył także, iż była to miłość gniewna – kochał Rosinę, ponieważ istniał Ariodante.

            Miał nadzieję i wierzył, że zdoła wygrać pojedynek, w który się wdał. Umiał mówić, umiał wzruszać, czuł się tak, jakby wykonywał swe własne rzemiosło, dlaczego nie miałby wygrać w starciu z Ariodante, który był ucieleśnieniem nieudolności? Sądził, że Rosinie nie brak bystrości i, ulegając osobliwemu złudzeniu, jakie kochankowie żywią na temat walorów intelektualnych ukochanej, oceniał je u niej co prawda nazbyt wysoko, ale nie mylił się wyobrażając sobie, że jej własne skłonności winny sprawić, iż okaże się łaskawsza dla niego niż dla Ariodante. Rosina znajdowała przyjemność w konwersacji, w efektownych konceptach, w kalamburach nazbyt już wyrafinowanych dla zardzewiałego mózgu Ariodante.

            Postępował bardzo zręcznie. Rosina lubiła mówić, on zaś – rzecz dla literata bardzo trudna – często pozwalał jej to robić, udając, że słucha jej słów z religijnym nabożeństwem. Widział, jak czerwieni się z radości, gdy kiedyś powiedział jej komplement na temat oryginalności jej przemyśleń, nie szczędził jej zatem podobnych pochwał, a zanim opublikował jakiś wiersz przynosił go jej do oceny.

            Miesiąc później mógł już stwierdzić, że zajął większe terytorium, niż jego przeciwnik. Całował obie dłonie ukochanej, a raz pocałował ją w policzek. Poza tym oznaką tego, że to on był jej faworytem, był fakt, iż opowiadała mu wszystko, co czynił Ariodante, by ją uwieść i śmiała się z tego wraz z nim.

            Przez krótki czas Arturo czuł się usatysfakcjonowany tymi swoimi zwycięstwami, to znaczy dopóty, dopóki mogło mu się wydawać, że krok po kroku posuwa się naprzód. Gdy jednak przestał czynić postępy, rozzłościł się tak, jak gdyby się cofał.  Chciał, by Rosina została jego kochanką rzeczywistą i tytularną, napotkał wszakże opór, który wydał mu się poważny. Zażądał, by Rosina przestała przyjmować Ariodante, ona jednak odmówiła, usprawiedliwiając się tym, że nie może wypędzić ze swego domu kogoś, kto zawsze zachowywał się w nim, jak przystoi osobie dobrze wychowanej.

            Arturo, póki nie przeciągnął Rosiny na swoją stronę, traktował Ariodante ze swobodną uprzejmością, schlebiając mu tak, jak umieją schlebiać poeci, pochlebstwami gigantycznymi, w których formie niejeden oryginalny rys sprawiał wrażenie szczerości, a może i prawdy. Chwalił postać Ariodante, jego zręczność i jego siłę, którą głęboko gardził. Ariodante przyjmował te pochlebstwa z wdzięcznością, z jaką przyjmuje się pochwały, o których wie się, że się na nie zasługuje. Był do nich przyzwyczajony, tyle że zazwyczaj bywały one bardziej chropawe, a ponieważ żar, jaki Arturo wkładał w swe pochlebstwa, nadawał im wartość, którą nawet on dostrzegał, odczuwał ogromną wdzięczność dla swego rywala i okazywał to także wobec Rosiny:

        Tęga głowa – mawiał do niej często z miną człowieka, który się zna na rzeczy.

Gdy Arturo dostrzegł, że wkradł się już w łaski Dulcynei, jego zachowanie uległo niejakiej przemianie, wyrazy jego podziwu dla Ariodante stały się bardziej umiarkowane, a niekiedy pozwalał sobie nawet okazywać mu swe lekceważenie, choć czynił to w słowach dobrze zakamuflowanych, które zaskakiwały Ariodante, pozostawiały go z rozmaitymi wątpliwościami i nie mogły dać mu pewności, że faktycznie został obrażony, a więc i prawa do stosownej reakcji. Arturo nie odczuwał potrzeby obrażania swego rywala – wszak to on był zwycięzcą, Ariodante zaś miała przypaść w udziale rola tego, który nienawidzi i atakuje. Lecz Ariodante nawet o tym nie myślał. Kontynuował swoje zaloty, jak gdyby w ogóle nie dostrzegał sukcesów poety. Ariodante żywił głęboką pogardę dla kobiet, do których się zalecał. Rosina podobała mu się, ale nie na tyle, by uznawał za stosowne obrażać z jej powodu wszystkich wokoło. Poeta mógł wyprzedzać go w okazywanych mu przez nią względach – on zadowalał się podążaniem w ślad za nim. Nie mąciła jego spokoju żadna z owych psychicznych potrzeb, które dręczyły Artura. Był zawsze na miejscu, obecny, ale nie wrogi. Zalecał się z całą sumiennością, nie oczekując wszakże natychmiastowych rezultatów.

Mimo zdobytej przez siebie tak korzystnej pozycji to Arturo pierwszy stracił cierpliwość.

Pewnego dnia, rozpływając się w pochwałach, Rosina pokazała mu wiersze, które zadedykował jej Ariodante. Były przepisane z którejś edycji Eleganckiego Sekretarza[1], ale Arturo o tym nie wiedział, a zachwyt Rosiny zmuszał go do uznania ich za piękne, bo nie chciał prowokować dyskusji, która mogłaby wywołać wrażenie, że powoduje się zazdrością.  Zdarzenie to  pozostawiło w nim złość, którą on sam określał później jako nierozumną. A więc sprawa Ariodante wcale nie była tak ze szczętem przegrana, jak sądził? – A ten jego spokój, ta jego rezygnacja, czyż nie musiały nasuwać podejrzenia, że i jemu udzielony został jakiś niewielki dowód przychylności? Fantazja Artura, łatwo ulegająca ekscytacji, wzmacniała te  podejrzenia, tak jakby w ciągu paru godzin zaszło coś, co by je potwierdzało. Podsuwała mu obrazy, z których ostatnim był obraz całujących się Rosiny i Ariodante. Czyż nie było możliwe, że Rosina zdradzała go dla Ariodante a Ariodante dla niego, postępując przy tym tak zręcznie, że jeden nic nie wiedział o względach uzyskanych przez drugiego? – Ostra zazdrość przeszyła mu serce, poczuł intensywny ból, który wydawał się omalże mieć przyczyny fizyczne.

Postanowił uwolnić się od tych wątpliwości. Jeśli sądzili, że go oszukają i będą się z niego naśmiewać, to nie wiedzą, z kim mają do czynienia, ale dowiedzą się już wkrótce. Doprowadzi do takiej sytuacji, że Rosina będzie musiała wybrać pomiędzy nim a Ariodante, i to jednoznacznie. Gdyby wybrała jego, musiałaby tego dowieść wyrzucając za drzwi Ariodante, a gdyby odmówiła, on uzna, że podjęła decyzję na korzyść jego rywala, i ją porzuci. Tak, porzuci! Mężczyzna taki jak on nie potrzebuje Rosiny, ma swą sztukę, ona jest jego boginią i ona musi mu wystarczyć.

Drogę pomiędzy swoim domem a mieszkaniem Rosiny przebiegł szybkim krokiem człowieka, któremu się śpieszy, ale z głową pochyloną, jak marzyciel.

Rzecz wielce osobliwa, być może mająca jakiś związek z sympatiami artystycznymi – Arturo  bardzo dobrze czuł się w roli ofiary. Och! Gdyby tak Rosina wybrała Ariodante, nasyciłby akt jej porzucenia wspaniałymi akcentami, akcentami gniewu i afektu, mającymi pozory spontaniczności. Nie znienawidziłby jej, a z uczucia, którym ją obdarzył, pozostałoby mu nawet wielkie współczucie dla niej, która bardziej niż jego wolała Ariodante. Nie skonkretyzowałby za bardzo swej myśli i jedynie w wypadku, gdyby o to zapytała – wówczas jednak z całą szczerością – powiedziałby jej, co myśli o Ariodante, jego muskułach i jego wierszach.

Wchodząc do saloniku Rosiny, mimo że siedzieli jedno obok drugiego, najpierw zauważył Ariodante, a później Rosinę. Arturo zaczął się wycofywać. Scena, którą widział w swych marzeniach, rozwiała się. Cóż miał do roboty w tym pokoju, skoro znaleźli się w nim wszyscy troje.

Ariodante zatrzymał go:

– Ależ panie Arturo, proszę wejść!

– Obawiałem się, że przeszkadzam – odpowiedział. Jego głos wydawał się załamywać ze wzruszenia w sposób zaskakujący dla niego samego.

– Nikomu pan nie przeszkadza – odparł Ariodante.

Czy to była ironia, czy też dźwięk jego głosu zmieniły wargi, niedbale ściskające cygaro? Nie umiejąc rozstrzygnąć tej wątpliwości, Arturo ograniczył się do spojrzenia, które sprawiało wrażenie wyzywającego. Nie skompromituje się i będzie obrażał tylko wówczas, jeśli sam zostanie obrażony. Ariodante nie miał zamiaru ironizować, ale wyzywające spojrzenie rozumiał z większą łatwością niż agresywne słowa.

Odpowiedział na nie okiem poważnym i złowrogim.

Rosina monologizowała, jak gdyby nigdy nic. Mówiła o dniach ciepłych i o deszczu, ale nie udawało jej się wyciągnąć z obu mężczyzn nic poza monosylabami.

„Nie zauważa mojego gniewu!” – pomyślał Arturo z rozgoryczeniem kochanka, który chciałby być zawsze przedmiotem obserwacji i rozważań ukochanej. Nie pragnął już nawet sceny pożegnania, chciał się zemścić, porzucając ją bez wyjaśnienia. Półgłosem powiedział jej nagle, że przyszedł, by się pożegnać – należało wyrażać się zwięźle, skoro tak trudno było rozmawiać.

– Może przeszkadzam – zapytał Ariodante, spoglądając z zaciekawieniem na Rosinę, która zaczerwieniła się, zaskoczona. Artura oburzyło takie wtrącanie się w rozmowę – nie dawał mu spokoju nawet wtedy, gdy on chciał już tylko z honorem opuścić pole walki. Spojrzał w twarz Ariodante i powiedział z gniewnym błyskiem w oku:

        Ciągle pan przeszkadza, a przynajmniej przeszkadza pan zawsze mnie.

Ariodante zbladł. Brutalny atak, zupełnie niespodziewany, odebrał mu mowę. Wyjął z ust cygaro i trzymał je w ręce, przyglądając mu się posępnie.

        Ach, to tak! – mruczał pod nosem – przeszkadzam?

A później jeszcze:

        Nie wiedziałem. Ach tak, przeszkadzam?

Arturo nie słyszał wyraźnie tych słów, wydawało się, że Ariodante wcale nie troszczy się o to, by go usłyszano, że porusza jedynie ustami, by towarzyszyć w ten sposób myśli i ułatwić jej bieg. Dźwięk, jaki się z nich wydobywał przypominał złowróżbne warczenie wielkiego psa, który nie chce wystraszyć przeciwnika, zanim go nie ukąsi, a który nie potrafi się opanować na tyle, by zachować całkowitą ciszę.

            Arturo nie zastanawiał się nad tym podobieństwem. Myślał raczej z tryumfem, że Ariodante zaczynał sprawiać wrażenie dość żałosne, a teraz należało jeszcze wykazać w dyskusji całą nicość jego umysłu.  Przyszło mu do głowy, że dobrze by było, by dyskusję tę przedłużyć, zmodyfikować ją nieco  i nadać jej ton bardziej przyjacielski. W tym celu, zanim podjął ją na nowo uśmiechnął się do Ariodante uśmiechem, który miał być zabawny, a przy tym domagać się pobłażliwości i jednocześnie ją okazywać, ale który był jedynie odrażającym grymasem.

            Miał zamiar wyrazić w obecności Rosiny swą opinię na temat wierszy Ariodante. Dyskusja z samym autorem była wszak zawsze dozwolona bezstronnemu krytykowi.

            Chciał wyjść z tej dysputy zwycięzcą i rozpoczął swą przemowę gwałtownie, by ogłuszyć Ariodante.

– Dlaczego pisze pan wiersze – krzyknął na niego – nie zauważa pan, że pisze je pan okropnie i że to nieprzyzwoitość dawać je komuś do czytania?

            „Nieprzyzwoitość” to wyrażenie z języka krytyki, ale Ariodante, który o tym nie wiedział, zerwał się na równe nogi, jak gdyby go spoliczkowano.

– Kto dał panu prawo przemawiania do mnie tak bezczelnie? – I uczynił dwa kroki w kierunku Artura.

            To była już otwarta wojna i Arturo, blady jak płótno, pojął, że dyskusja krytycznoliteracka dobiegła końca. Zrozumiał ponadto, iż nie mogło być już mowy o odwrocie i także on uczynił krok w kierunku Ariodante.

            Jednak to Rosina przyśpieszyła dramatyczny bieg zdarzeń. Rzuciła się między obu rywali i zwracając się do Ariodante, krzyknęła:

        Och, niech pan nie robi mu krzywdy.

Twarz poety spurpurowiała, przybierając w końcu siny odcień.

        Zrobić mi krzywdę? – wrzasnął – niechże ten pan tylko spróbuje!

 Chwycił Rosinę za ramiona, odsunął ja na bok, ona zaś usiadła szlochając.

            Teraz obaj przeciwnicy stanęli twarzą w twarz naprzeciwko siebie. Arturo instynktownie przyjął pozycje szermierza. Cały ciężar ciała oparł się na prawej nodze, którą wysunął do przodu, lewa, wyprostowana i sztywna wydawała się drewnianym stemplem. Niestety Ariodante odzyskał cały swój spokój – teraz nie chodziło już o dobieranie odpowiednich słów! Stał niedbale na wielkich nogach, z pochylonymi plecami, z ramionami zwisającymi po bokach, jak gdyby nie było w nich życia, z twarzą spokojną, prawie uśmiechniętą, choć bez cienia ironii. „Gdybym tak tymczasem wymierzył mu policzek”, zastanawiał się poeta, widząc, że przeciwnik najwyraźniej pozostawił twarz bez obrony. Policzek – to byłoby już coś. Wiedział, że wymierzenie jednego policzka to wszystko, co mógł mieć nadzieję zrobić Ariodante – dwóch już nie! Przypomniał sobie poza tym pewne reguły honorowe, które jego rywal być może znał i respektował, a zgodnie z którymi policzka nie można było po prostu oddać, lecz, by zmyć obrazę, trzeba było krwi... lub przeprosin.

            Zamachnął się lewą ręką, ale w połowie drogi ujrzał ją w uchwycie prawicy Ariodante, która nagle ożyła.

            Już ten pierwszy chwyt sprawił, że Arturo porzucił swą dumną pozycję, lewa stopa ruszyła do przodu, zachwiał się.

– Proszę mnie zostawić, zechce mnie pan puścić – czuł każdą kość w ręce, którą przytrzymywał Ariodante, krzyczał i odgrażał się jak dziecko. Próbował ją oswobodzić, za pomocą drugiej, która wciąż pozostawała wolna, ale prawica Ariodante otworzyła się do połowy i pochwyciła także tę. Ariodante był teraz spokojniejszy niż kiedykolwiek i śmiał się mu w twarz.

            Tego było za wiele! W bezsilnej złości, widząc tuż obok nieruchome cały czas prawe ramię Ariodante, Arturo wbił w nie zęby. Poczuł, że dłonie ma znów wolne, ale w tym momencie otrzymał w głowę cios, który go ogłuszył.

            Chwiejąc się zrobił dwa kroki do tyłu. Przed jego zamglonymi oczyma wszystkie przedmioty w pokoju zawirowały w piekielnym tańcu. „To obraza praw przestrzeni”, pomyślał widząc dwa przedmioty w tym samym miejscu. Tu urywały się jego wspomnienia. Widział jeszcze, jak Ariodante zbliża się do niego, ogromny, wyprostowany, z elegancją omalże, z zaciśniętymi pięściami i błyszczącymi oczyma. Dość był jeszcze artystą, by móc go podziwiać. Nie czuł strachu. Pochylił jednak instynktownie głowę na widok zaciśniętej pięści, a gdy ta dosięgła jego głowy, zwalił się na ziemię jak kawałek płótna, któremu zabrakło podpórki.

            Ten drugi cios przywrócił mu na moment pamięć. Przypomniał sobie o Rosinie i o pojedynku, a później pomyślał jeszcze, że gdy powróci do sił, będzie musiał wyzwać Ariodante. Potem stracił przytomność.

            Gdy się ocknął, znajdował się we własnym łóżku. Czuł silny ból głowy i gdy podniósł ku niej dłoń, odkrył, że jest zabandażowana. „Jak u diabła się tu dostałem?” Zdawało mu się, że ów straszliwy cios otrzymał ledwie pół godziny wcześniej, a wrażenie to potęgował ów okropny ból.

            Od swojego służącego dowiedział się, że do domu przyniósł go pewien człowiek wysoki i silny, w którym, mimo powierzchowności opisu, Arturo rozpoznał Ariodante. Służący dodał, że ów pan pomógł mu zanieść go do łóżka i że potem zatrzymał się jeszcze przez dobrą godzinę. Służącemu wydawało się nawet, że płakał.

            „Rosina pewnie go przepędziła”, pomyślał Arturo.

            Zmierzchało. W tonącym już w półmroku pokoiku Artura zapanowała niczym niezmącona cisza. Służący siedział pośrodku, nieruchomy, starając się nie oddychać z obawy, że mógłby obudzić pana, który, jak sądził, zasnął na nowo.

            Tymczasem w ciemnościach sypialni poeta szeroko otworzył oczy. Leżał na wznak, naciągnąwszy kołdrę po samą brodę, i marzył. Widział wciąż te same postacie: Rosiny, która pełna słodyczy i smutku, spoglądała nań i posyłała mu pocałunki, z wdziękiem grożąc Ariodante; Ariodante, płaczącego, tak jak widział go służący; wreszcie swą własną, obaloną na ziemię lecz szlachetną, o słabych muskułach, ale z błyskiem inteligencji w oku.

            W duchu układał wiersze o tych trzech zjawiskach. Trzecie zilustrował sonetem, porównując je z wystąpieniem bezbronnego proroka, którego co prawda można spalić żywcem, ale którego nauka przetrwa. Opuszczając świat marzeń, uśmiechnął się. Sądził, że, nawet o tym nie wiedząc, postąpił bardzo zręcznie. Cięgi, jakie zebrał, musiały sprawić, że Rosina zamknie Ariodante przed nosem swoje drzwi. Teraz pomyśli, jak osiągnąć swój cel.

Noc przespał, śniąc te słodkie sny, i ocknął się rankiem prawie w pełni dawnych sił.

            Gdy tylko się obudził, służący przyniósł mu dwa listy. Uderzyła go identyczna zewnętrzna forma obydwu.

            Jeden był od Ariodante. Prosił w nim o wybaczenie ekscesu, jakiego się dopuścił, był gotów dać mu wszelką satysfakcję, ale miał nadzieję, że te pisemne przeprosiny wystarczą. Arturo z pogardą odrzucił list daleko od siebie. Drugi nadszedł od Rosiny. Choć był krótki, Arturo zdążył przy jego lekturze dziesięć razy zmienić się na twarzy. Potem ciężko dysząc opadł na poduszki.

            Zawiadamiała go, że wyjeżdża i to wyjeżdża z Ariodante, który jednak przyrzekł jej, że nigdy więcej nie uczyni krzywdy „genialnemu poecie”.

            Arturo poczuł w sobie podziw podobny do tego, jaki czuł dla Ariodante, biorąc odeń cięgi. 

            „Powinienem był to przewidzieć”, mruknął.

 

 

Matka

 

W dolinie otoczonej lesistymi pagórkami, roześmianej barwami wiosny, wznosiły się obok siebie dwa wielkie domy, pozbawione wszelkich ozdób, z kamienia jedynie i wapna. Wydawały się zbudowane tą samą ręką i nawet  okolone płotami ogrody, rozciągające się przed nimi, miały tę samą wielkość i formę. Ich mieszkańcy nie dzielili wszakże jednego losu.

W jednym z ogrodów, podczas gdy pies drzemał na łańcuchu, a gospodarz zajęty był robotą w sadzie, w kącie na uboczu kilka kurcząt rozmawiało o swoich doświadczeniach życiowych. W ogrodzie było poza nimi kilka starszych, ale te mniejsze, o ciałach zachowujących nadal kształt jajek, z których się wykluły, uwielbiały rozprawiać między sobą o życiu, w którym się nagle znalazły, albowiem nie oswoiły się z nim jeszcze na tyle, by go nie zauważać. Przeżyły już cierpienia i radości, gdyż życie trwające kilka dni jest dłuższe, niż mogłoby się to wydawać komuś, kto zmaga się z nim przez lata, a i wiedziały niemało, jeśli zważyć, że część swego doświadczenia wyniosły ze sobą z jajka. Istotnie: ledwie wydostały się na światło dnia, dowiedziały się, że wszystkim rzeczom należało dobrze się przyglądać, najpierw jednym okiem, potem drugim, by stwierdzić, czy powinno się je zjeść, czy też raczej mieć się przed nimi na baczności.

            Dyskutowały tedy o świecie i o jego ogromie, na który składały się drzewa i płoty, zamykające w sobie ów świat, i dom, tak rozległy i wysoki. Wszystko to były rzeczy widziane już wcześniej, ale można je było zobaczyć lepiej, gdy się o nich rozmawiało.

            Jeden z kurczaków wszakże, pokryty żółtym puszkiem, najedzony – dlatego niczym niezajęty – nie czuł się usatysfakcjonowany mówieniem jedynie o rzeczach, które widywał, a ciepło słoneczne podsunęło mu pewne wspomnienie, o którym natychmiast opowiedział:

– Dobrze nam się wiedzie, to prawda, a to dzięki słońcu. Dowiedziałem się jednak, że na tym świecie można się mieć jeszcze lepiej, a to już bardzo mi się nie podoba, a mówię wam o tym, aby nie podobało się to także i wam. Córka gospodarza mówiła, że jesteśmy okropnie biedni, ponieważ brakuje nam matki. Powiedziała to tonem tak wielkiego współczucia, że nie mogłem się nie rozpłakać.

            Drugi, nieco bielszy i parę godzin młodszy od tamtego, dzięki czemu z wdzięcznością wspominał jeszcze pełną słodyczy atmosferę, otaczającą miejsce jego narodzin, zaprotestował:

– My też mieliśmy matkę. To ta szafka, zawsze ciepła , nawet wtedy, gdy na dworze bardzo zimno, z której wychodzą piękne, gotowe kurczęta.

            Żółty, który od dawna nosił słowa gospodyni głęboko zapisane w duszy i dlatego dość miał czasu, by wyolbrzymić je w swych marzeniach o owej matce, wyobrażając ją sobie wielką jak cały ogród i dobrą jak karma wysypywana kurom, wykrzyknął z pogardą adresowaną zarówno do swego adwersarza jak i do matki, o której mówił tamten.

– Gdyby chodziło o matkę martwą, wszyscy by ją mieli. Ale matka jest żywa i biega szybciej od nas. Być może ma kółka, tak jak wóz gospodarza. Dlatego nawet nie musisz jej wołać, a ona podbiegnie do ciebie, by cię ogrzać, gdy już prawie chcesz upaść, wycieńczony przez chłód tego świata. Jak dobrze byłoby mieć taką matkę tuż obok, nocą.

            Wtem do rozmowy wtrącił się trzeci kurczak, brat pozostałych, jako że wyszedł z tej samej maszyny, która jednak uformowała go nieco inaczej: dziób miał szerszy, nogi zaś krótsze. Mówiono o nim, że jest źle wychowany, ponieważ gdy jadł, słychać było stukanie jego dzioba. W rzeczywistości był kaczorem, którego w jego wiosce uważano by za niezwykle wytwornego. Także w jego obecności gospodyni mówiła o matce. Zdarzyło się to, gdy w trawie padł  jeden z kurczaków, wyczerpany z zimna, otoczony przez inne, które jednak nie pomogły mu, albowiem one nie czuły zimna, doskwierającego innym. A kaczor z naiwną miną, jaką przybrała jego twarzyczka, pod którą wcisnął się potężny fundament dzioba, twierdził wręcz, że kiedy mieszkała tu jeszcze owa matka, niemożliwością było, by kurczęta umierały.

            Pragnienie matki szybko zaraziło cały kurnik, a jeszcze żywsze i bardziej niepokojące stało się w umysłach starszych kurczaków. Choroby dziecięce często atakują dorosłych i są dla nich bardziej niebezpieczne. Podobnie jest czasem z ideami. Wyobrażenie matki, które ukształtowało się w tych główkach rozgrzanych przez wiosnę, rozwijało się niepowstrzymanie, a wszystko, co dobre, nazywało się „matka” – piękna pogoda i obfitość pożywienia, a gdy coś sprawiało ból kurczakom, kaczętom czy indyczętom, stawały się one dla siebie prawdziwymi braćmi, bo wzdychały za tą samą matką.

            Jeden z tych starszych kurczaków, nie chcąc już dłużej żyć bez matki, poprzysiągł, że ją odnajdzie. Był jedynym w kurniku, który otrzymał jakieś imię, a nazywano go Curra, albowiem gdy gospodyni, niosąc w fartuchu karmę, wołała curra, curra, on był pierwszym, który podbiegał. Miał w sobie wiele wigoru – kogucik, w którego szlachetnej duszy zaświtał już blask waleczności. Subtelny i długi niczym klinga noża, domagał się matki przede wszystkim po to, by go podziwiała, domagał się matki, o której mówiono, że potrafi sprawić wszelką radość, a zatem także zaspokoić ambicje i próżność.

            Pewnego dnia Curra, zdecydowany na wszystko,  jednym skokiem przedostał się przez gęsty płot, otaczający ojczysty ogród. Na zewnątrz natychmiast zatrzymał się jak ogłuszony. Gdzie znaleźć matkę w wielkich przestrzeniach doliny, nad którą wznosiło się jeszcze rozleglejsze lazurowe sklepienie nieba? Nie był w stanie, tak maleńki, przeszukać tak ogromnych połaci. Dlatego nie oddalał się za bardzo od swego rodzinnego ogrodu, świata, który znał,  i zamyślony krążył wokoło. W ten sposób dotarł do płotu okalającego drugi z ogrodów.

            „Jeśli matka jest tu w środku”, pomyślał, „to znajdę ją szybko. Rzuciwszy się raz w wir nieskończonej przestrzeni, nie wahał się dłużej. Jednym skokiem przedarł się również przez ten płot i znalazł się w ogrodzie bardzo podobnym do tego, z którego sam pochodził.

            Także tu widać było gromadkę młodziutkich kurcząt, kotłujących się w gęstej trawie. Ale tu było z nimi również inne jeszcze zwierzę, którego brakowało w jego ogrodzie. Kurczak ogromnych rozmiarów, może dziesięć razy większy niż Curra, tronował pośrodku stadka ptasząt pokrytych jedynie puszkiem, które – widać to było od razu – uważały wielką, potężną istotę za swą władczynię i protektorkę. Ona zaś troszczyła się o wszystkie. Odchodzące zbyt daleko napominała dźwiękami żywo przypominającymi te, którymi gospodyni w drugim ogrodzie zwracała się do własnych piskląt. Robiła jednak także inne rzeczy. Co chwila pochylała się nad najsłabszymi, przykrywając je całym swym ciałem, zapewne po to, by przekazać im własne ciepło. 

            „Oto matka”, pomyślał Curra z radością. „Znalazłem ją i teraz nigdy jej już nie opuszczę. Jakże mnie będzie kochać! Jestem najmocniejszy i najpiękniejszy spośród nich wszystkich. A poza tym łatwo mi przyjdzie być jej posłusznym, bo już ją kocham. Jakże jest piękna i dostojna. Kocham ją i jej właśnie chciałbym się podporządkować. Pomogę jej też chronić wszystkich tych głuptasków.

            Nie patrząc na niego, matka wydała z siebie głośny okrzyk. Curra zbliżył się, sądząc, że to jego przywołuje. Widział, jak rozgrzebuje ziemię szybkimi uderzeniami potężnych pazurów, i zatrzymał się zaciekawiony tą czynnością, której świadkiem był pierwszy raz w życiu. Gdy znieruchomiała, na ziemi ogołoconej z trawy wił się przed nią maleńki robaczek. Zagdakała teraz, ale otaczające ją maluchy nie zrozumiały i wpatrywały się w nią z zachwytem.

            „Głuptaki!”, pomyslał Curra. Nie rozumieją nawet, że chce, by zjadły tego robaka.” I, popychany radosną wolą posłuszeństwa, rzucił się na zdobycz i połknął ją.

            Wówczas – biedny Curra! – matka rzuciła się na niego z wściekłością. Nie zrozumiał od razu, co się dzieje, ponieważ łudził się, że ta, którą dopiero co odnalazł, pragnie tak gwałtownie go przytulić. Z wdzięcznością przyjąłby wszystkie pieszczoty, o których nic nie wiedział i o których sądził, że mogą niekiedy sprawiać ból. Jednak spadające nań ciosy twardego dzioba z pewnością nie były pocałunkami i pozbawiły go wszelkich wątpliwości. Chciał uciekać, ale wielki ptak uderzył go z siłą i przewróciwszy na ziemię, skoczył mu na kark, wbijając równocześnie pazury w brzuch. 

            Straszliwym wysiłkiem Curra zerwał się na nogi i popędził w kierunku płotu. Biegnąc jak oszalały, przewrócił kilka kurcząt, które bezradnie machały nóżkami w powietrzu, popiskując rozpaczliwie. To dlatego udało mu się uciec, bo jego nieprzyjaciółka zatrzymała się na moment przy powalonych. Dotarłszy do płotu, Curra, mimo stojących mu na drodze licznych gałązek i uschłych badyli, jednym susem wydostał na zewnątrz swe niewielkie i zwinne ciało.

            Gęste chaszcze zatrzymały natomiast matkę. I tam też pozostała, wyniośle niczym z okna spoglądając na intruza, który, wyczerpany, również przystanął. Patrzyła na niego strasznymi okrągłymi oczami, zaczerwienionymi od gniewu.

 – Kim jesteś ty, który ośmieliłeś się przywłaszczyć sobie pożywienie, z takim wysiłkiem wydobyte przeze mnie spod ziemi?

 – Ja jestem Curra – pokornie odpowiedział pisklak. – A kim ty jesteś i dlaczego zrobiłaś mi taką krzywdę?

            Ona zaś na te dwa pytania udzieliła jednej tylko odpowiedzi.

             – Jestem matką.

            I odwróciła się z pogardą.

            Jakiś czas później Curra, teraz już wspaniały, rasowy kogut, znalazł się w innym kurniku. I pewnego dnia usłyszał, jak wszyscy jego nowi towarzysze z miłością i żalem rozmawiają o swej matce.

             Zadumany nad swym własnym okrutnym losem, powiedział ze smutkiem:

 – Moja matka była okropną istotą i lepiej by dla mnie było, gdybym nigdy jej nie poznał.

 

Pierwodruk: „Midrasz. Pismo żydowskie” 20/2004, s. 48–54.

 

II.

Italo Svevo

Złe oko

 

Wielu ludzi, gdy dochodzi do wieku pomiędzy dziesięcioma a piętnastoma laty, marzy o wielkiej karierze, nawet o takiej, jaka stała się udziałem Napoleona[2]. Nie było zatem nic dziwnego w tym, iż mając lat dwanaście Vincenzo Albagi[3] pomyślał sobie, że skoro Napoleon obwołany został cesarzem w wieku trzydziestu lat, on mógłby nim zostać kilka lat wcześniej. Dziwne było natomiast, że ta chwila rozmarzenia pozostała mu w pamięci na całe życie. Nikt tego nie podejrzewał, ponieważ Vincenzo nie był niczym więcej, jak chłopcem dobrym i niegłupim, który bardzo skrupulatnie wypełniał swoje obowiązki ucznia liceum i gimnazjum. I który był dumą swoich nauczycieli dzięki swej pilności oraz (o, jakże bystre oko mają nauczyciele!) dzięki swej skromności. W domu godził się ze swym skromnym prowincjonalnym żywotem, jaki mu został przeznaczony, i – uśmiechając się  ze współczuciem – cierpliwie znosił przechwałki ojca, który sam siebie uważał za Napoleona włoskich handlarzy winem. Stary Gerardo, który w młodości ciężko pracował na roli, był człowiekiem zadowolonym z życia i przepełnionym życzliwością. W pewnym momencie zrozumiał, że lepiej jest kupować i sprzedawać plony zbierane przez innych, niż czekać na własne. Był to dla jego niewielkiego rozumu wielki wysiłek, lecz dokonawszy go już raz szczęśliwie, Gerardo żył z jego owoców nieźle pod względem fizycznym, a znakomicie pod moralnym. Żona, która mogła sobie pozwolić na utrzymanie służącej, dwie lub trzy suknie w roku i dostatnio zastawiony stół, uwielbiała go i podziwiała. Gerardo wielu czynił wiele dobrego, nie oczekując w zamian nawet wdzięczności. Kroczył zawsze z nieco nazbyt dumnie wypiętą piersią, ale mimo to kochano go powszechnie i tylko nielicznych drażniła jego łagodna duma dobrze prosperującego handlarza winem. Wszak na tym świecie dość było miejsce  dla tylu innych jeszcze rodzajów dumy, równie dobrze uzasadnionej! Gerardo często dawał wyraz swemu podziwowi dla cudzych zasług. Do czyścibuta, mającego swe stanowisko przed jego domem, mawiał: „Jesteś najlepszym czyścibutem na tym świecie!” Do kucharki: „Nikt nie umie przyrządzić suszonego dorsza w śmietanie tak jak ty!” A do żony: „Ja umiem zarabiać pieniądze, a ty umiesz je oszczędzać!” Oto dlaczego wielu bez zawiści przyglądało się  szczęściu Gerarda.

            Vincenzo natomiast pochłonięty był kontemplowaniem swej własnej przyszłej wielkości. Jego ojciec miał jeden jedyny dobry pomysł, ale temuż to ojcu i temuż pomysłowi zawdzięczał on swoje szczęśliwe życie. Gdyby pomysł ów nie przyszedł kiedyś do ojcowskiej głowy, Vincenza dawno już zaprzężono by do pługa u boku drugiego jakiegoś osła. Znudzony był już wszakże tą odrobiną ojcowskiej dumy, która wydawała mu się dziwaczna i przesadna. Gerardo zbyt często opowiadał o zaufaniu, jakim darzyli go inni handlarze winem i miłośnicy tego napoju: „Gdy wino przechodzi przez moje ręce, zyskuje na smaku i wartości”. Przez czyste ręce Vincenza nie przechodziło natomiast nic, przez jego głowę zaś przebiegały jedynie wyobrażenia własnej osoby, przeistoczonej w postać budzącego powszechny podziw kondotiera. Podczas gdy Vincenzo kwitował ojcowską dumę co najwyżej roztargnionym i zmęczonym uśmiechem, Gerardo z radością podzielał dumę syna, równie uzasadnioną co duma dobrego czyścibuta: Vincenzo był dobrym uczniem. Tryumfalnie przechodził z klasy do klasy. „Ja robię pieniądze”, mawiał poczciwiec, „ty zaś z pewnością będziesz robił coś innego.”

            Kłopoty zaczęły się, gdy Vincenzo opuścił  szkołę. Wcześniej postanowił wstąpić do jakiejś akademii wojskowej. Była to najkrótsza droga wiodąca do obalenia króla i zajęcia jego miejsca. Król pozostawał wszakże dziwnie daleko także od akademii wojskowej. Vincenzo miał do czynienia z porucznikami i podporucznikami, którzy przeważnie lubili go i szanowali przez długi czas, podobnie jak profesorowie w jego liceum. Potem jednak któregoś dnia Vincenzo stracił cierpliwość. Ta walka na śmierć i życie zaczynała mu ciążyć. Nie chodziło już o to, by się uczyć, należało szybko stać się kimś. Pewnego dnia niezwykle grubiańsko odniósł się do jednego z poruczników. Został aresztowany, zagrożono mu najsurowszymi karami i był szczęśliwy, gdy z pomocą ojca, który wykazując właściwy handlarzowi winem spryt, oświadczył, że jego syn jest chory umysłowo od wczesnej młodości, znalazł się na powrót w domu rodzinnym, cały, zdrowy i uwolniony od wojskowego munduru.

            Przez kilka miesięcy Vincenzo udawał zresztą pomyleńca. Obaj prowincjusze obawiali się, że władze wojskowe śledziły ich, by wznowić proces przeciwko Vincenzowi, gdyby ten nie okazał się dość obłąkany. I Vincenzo tak samo jak swoje pierwsze marzenie, które sprawiło, że poczuł się powołany, by stać się kimś na podobieństwo Napoleona,  zapamiętał omalże radosne uczucie, z jakim przyjął teraz konieczność udawania możliwie największego głupca. Mówił sobie: „Co za historia! Być przeznaczonym na Napoleona a równocześnie zmuszonym grać półgłówka!”

            Kto zna ludzką naturę w jej zwykłej postaci, temu nie wyda się niczym osobliwym, że spędziwszy parę lat na akademii wojskowej, zakończonych kopniakiem, który odesłał go na powrót do domu, Vincenzo nie podejmował  już żadnych poważnych prób, by zająć miejsce nowego Napoleona. Po krótkim pobycie na jednym z uniwersytetów pozostał już na stałe w domu, przekonał się bowiem, że i studia nie były stworzone dla niego. W porównaniu ze swoimi kolegami był już stary. A pogarda, jaką odczuwał w stosunku do wszystkich, przybierała jeszcze na sile wobec młodszych odeń i sprawiała, że obrzydzeniem napawało go przestawanie na równej stopie z ludźmi, którzy w istocie powinni byli być mu podporządkowani. Powrócił tedy w rodzinne strony, a stary ojciec, który niczego tak nie pragnął, jak mieć go u swego boku, przyjął go z otwartymi ramionami. „Nauczę cię handlu winem, a że moje interesy idą dobrze, nie sprawi ci on wiele trudu”. Na szczęście tym razem Vincenzo nie ukrywał już gromadzącej się w jego sercu złości, lecz otwarcie dał jej upust. Nie pragnął wcale unikać trudów, raczej ich poszukiwał. Pragnął trudów wielkich, heroicznych, tymczasem dla człowieka, który, jak on, miał za sobą studia, i który był kimś takim jak on, handel winem w żadnym razie nie stanowił odpowiedniego zajęcia.

            Później nastąpił długi okres spokoju, albowiem Gerardo był człowiekiem, który łatwo dawał się przekonać, a przy tym jako człowiek praktyczny nie znosił innych trosk, jak tylko te, które miały jakiś związek z jego winem.

            Vincenzo dużo w tym czasie czytał. Książkę za książką. Wielu ludzi, oddając się lekturze, zdobywa wiedzę, inni zyskują dobre samopoczucie, Vincenzo natomiast znajdował w niej jedynie powody do złości. Czytał rozmaite obszerne  rozprawy o dziejach Konsulatu i Cesarstwa, dziwiąc się niepomiernie, że człowiek tak wielki mógł popełniać tyle błędów. Czytywał także gazety, a każda wzmacniała w jego duszy przekonanie, że wszyscy, o których donosiły owe periodyki, byli ludźmi niegodnymi i słabymi.

            Vincenzo bardzo dbał o swój wygląd. Nosił wielkie ciemne wąsy, którym poświęcał wiele uwagi i w gruncie rzeczy nic nie odróżniało go od zwykłych, najzwyklejszych, ludzi poza jakąś dziwną, fatalną aurą, która niczym maska przylgnęła do jego twarzy. Pewne jest, że gdy inni dawali się ponieść entuzjazmowi, on natychmiast, zraniony, szukał schronienia we własnej skrywanej dumie. Przybierał wówczas osobliwą postać. Kładł dłoń na ustach, jak gdyby chciał ukryć ziewanie, a w jego oczach pojawiał  się złowrogi błysk. Powieki zbliżały się do siebie, jak gdyby miały je zakryć, pozostawiając je wszakże otwartymi dość szeroko, by wpuścić do środka obraz z zewnątrz i by pozwolić wymknąć się w kierunku obiektów, które tenże obraz wywołały, małemu żółtemu płomykowi. Nadeszły czasy, w których Vincenzo często miał powód do ziewania. Ziewając tak szeroko, że groziło to już omalże wywichnięciem żuchwy, wodził wzrokiem za  pierwszymi statkami powietrznymi, którym zarzucał niską stabilność. Była to uwaga ze wszech miar słuszna, której śladem szła w jego nieprzeciętnym umyśle nadzieja, iż to on sam  odkryje sposób uczynienia ich bezpieczniejszymi. Sterowce nużyły go do tego stopnia, że prawie zasypiał na stojąco, sprawiały jednak, że jego powieki zaciskały się tak mocno, iż przez wąską szczelinę między nimi widać było jedynie białka oczu, przesłonięte zwykłą żółtą poświatą. Później pojawiła się nagroda Nobla, której wszakże jemu nigdy nie przyznano. A w głębi ducha nasza epoka jawiła mu się pełna hipokryzji, pozornie bowiem niczego nie pragnęła bardziej jak wielkich kondotierów, w istocie jednak czuła do nich niechęć i tłamsiła ich bezlitośnie.

            Przy tym wszystkim Vincenzo w niewielkim kręgu swojego miasteczka uchodził za człowieka, któremu sprzyjało szczęście, a co za tym idzie, był także obiektem zazdrości. Wszyscy mówili mu, że w czepku się urodził, on jednak wcale tak nie uważał i czuł złość w sercu, albowiem zdawało mu się, że mówiono mu tak, by wzbudzić w nim przekonanie, iż posiada więcej, niż na to zasługuje. Pieniędzy miał, ile zechciał, rodzice zaś nie pragnęli niczego więcej, jak tylko mu je dawać. On sam nie przywiązywał jednak do nich wagi. Pewna dziewczyna, piękna i bogata, uległa urokowi jego ciemnych oczu, w których połyskiwały żółte płomyki, on zaś zgodził się ją posiąść. Miłość nie miała dlań wielkiego znaczenia, jednak dobrze czuł się mając u boku osobę dość rozsądną, by go adorować. Miał też mnóstwo czasu, którego nie zajmowały mu żadne obowiązki, i mógł wypełniać go do woli swoimi marzeniami o cesarstwie. Zdawało mu się przecież, iż wszystko to słusznie mu się należy.

            Matka, która cierpliwie oczekiwała, że z tak obiecującej poczwarki wylęgnie się w końcu upragnione i pożyteczne stworzenie, nakłoniła go do uczestnictwa w lokalnym życiu politycznym. Nie była to arena zbyt rozległa, można było jednak żywić nadzieję, że kiedyś wyjdzie się na nieco większą, tę w Rzymie, a stamtąd... Zamiar uczynienia pierwszego kroku na nowo ożywił dawne marzenia. I Vincenzo ten pierwszy krok uczynił, przemawiając wyniośle i nie skrywając swej pogardy dla miejscowej władzy. Przerwało mu uderzenie w tył głowy. I to jakie uderzenie! Dłoń wielka i potężna, zdolna objąć sporą część jego zajętej głębokim namysłem głowy, runęła nań z taką siłą, że szyja, nawet uginając się,  nie zdołała złagodzić ciosu. Ugięły się także nogi, ale i tego było za mało, tak iż Vincenzo wylądował ostatecznie  nosem na podłodze. Podniósł się natychmiast i spojrzał na swego przeciwnika. Nie pojmował niczego ponadto, że wyrządzono mu straszliwą niesprawiedliwość. Ten barbarzyńca, w porównaniu z nim nędzny robak, poważył się na taką zuchwałość! Wpatrywał się weń tylko z pozoru nieruchomo, albowiem cała jego nienawiść obróciła się w żółty płomyk, który rozbłysnął w jego źrenicach. Tak narodziło się jego złe oko. Miała w tych narodzinach swój udział pasja zbitego zwierzęcia, jego żądza zemsty, która odpowiadałaby niewyobrażalnej krzywdzie, jaką mu wyrządzono, wznosząc nową przeszkodę na jego drodze ku szczytom. Wyprostował się, ale to tamten pierwszy wręczył mu swój bilet wizytowy. Vincenzowi wydało się to szyderstwem, patrzył więc i patrzył! Policzek spuchł mu i jedno oko otwierało się z niejakim trudem.

            Zanim jednak doszło do pojedynku jego przeciwnik zachorował na skutek ukąszenia jakiegoś owada i w kilka dni później zmarł.

            Vincenzowi nawet przez myśl nie przeszło, że to on właśnie go uśmiercił. Umiał – i to bez wielkiego trudu – udać żal po nim. Nie był złym człowiekiem, ale do stworzenia złego oka, którego zalążki wykształcił już  jego los człowieka ogarniętego bezwładem ale ambitnego potrzebna była przecież i jego zła wola. Ta zła wola jest wszakże we wszystkich, którzy otrzymują policzek, tyle że w innych ujawnia się ona poprzez wymierzanie takich samych policzków i ciosów. W biednym Vincenzu zaś stworzyła jedyną broń, jaką potrafił się posłużyć. Broń, która miała dosięgnąć wielu innych jeszcze, a wreszcie i jego samego.

            Wkrótce potem poślubił dziewczynę, która go pokochała. Wydawało mu się, że się poświęca – jako dobry syn – by sprawić przyjemność swemu ojcu, swojej matce, a wreszcie i samej dziewczynie, która tak go pragnęła. Zresztą, jeśli się nie kocha, małżeństwo nie jest później tak poważną przeszkodą w podejmowaniu wielkich dzieł, jak zazwyczaj się sądzi. 

            To właśnie w pierwszych miesiącach małżeństwa zaczął podejrzewać, jak piekielna moc zagnieździła się w jego oku. Przechadzał się samotnie wśród pól w pobliżu miasteczka, w którym uważał się za wygnańca. Chciał być sam, by odnaleźć się na nowo. Miłość młodej żony nudziła go. Odczuwał potrzebę samotności. W kieszeni miał ostatni tom Thiersa[4], w którym lubił czytywać o tym, jak to Tytan popełniał błąd za błędem, by wreszcie upaść pod ich ciężarem. Ślepy Tytan! Widział model kolei żelaznej i nie pojął, jakie korzyści mogłaby mu ona przynieść w dziele opanowania świata!

            W tym momencie zauważył wielki tłum biegnący od strony miasta i wznoszący entuzjastyczne okrzyki. Mężczyźni  zdejmowali kapelusze i wymachiwali nimi pozdrawiając kogoś nad nimi, a kobiety powiewały chusteczkami. Także Vincenzo spojrzał w górę. Na wysokości paruset metrów, lecąc pod wiatr, zbliżał się ku nim sterowiec. W południowym słońcu połyskiwał niczym ogromne metalowe wrzeciono. Powietrze wypełniał równy warkot jego silnika. Był to naoczny dowód wielkiego zwycięstwa, a Vincenzo patrzył, patrzył i rozmyślał o wadach urządzenia[5], dostrzegając zwłaszcza niebezpieczeństwo, którego źródłem była wielka ilość łatwopalnego gazu, utrzymującego je w powietrzu. Tłum bił brawo, a w górze można było zobaczyć kilka maleńkich postaci wychylających się z gondoli i odwzajemniających pozdrowienia, płynące ku nim z pól i leżących w oddali wzgórz. „Sądzą, że odnieśli wielki tryumf!, pomyślał Vincenzo, krzywiąc z niesmakiem usta. I to właśnie w tym momencie zauważył, że z jego oka wystrzeliło coś, co mogło przypominać strzałę, opuszczającą napięty łuk. Wymykanie się z jego wnętrza owego czegoś czuł bardzo wyraźnie. Podniósł dłonie ku oczom, by je ochronić, albowiem zdawało mu się, że uraziły je jakieś przedmioty pochodzące z zewnątrz.  Chwilę później nie mógł już mieć żadnych wątpliwości. W górze, jednak w bezpośrednim związku z wrażeniem, jakiego doświadczył, dało się zaobserwować zjawisko nie mniejszej wagi. Gigantyczny płomień owinął się wokół latającego cygara i podwieszonej pod nim gondoli. Później rozległ się potężny huk i krzyk przerażonego tłumu. W powietrzu nie pozostało nic poza mglistym obłoczkiem, wznoszącym się wyżej i wyżej, podczas gdy w dół runęła gondola, w której, w miarę jak rosła w oczach, można było dojrzeć silnik i aeronautów. Gdy dosięgła wreszcie ziemi, dał się słyszeć kolejny łoskot. Pierwszym odruchem Vincenza było pośpieszyć na miejsce katastrofy, której nie chciał, później wszakże zatrzymał  się, albowiem wiedział, że to on ją spowodował i obawiał się, że inni odgadną, co w rzeczywistości kryje jego sumienie. Pobiegł do żony, która oczekując bliskiego już rozwiązania, pozostała w domu. Opowiedział jej o przerażającym spektaklu, którego był świadkiem, często jednak zmieszany przerywał tok swej relacji, blednąc raz po raz. To zdenerwowanie, ściskające mu gardło, nie było, jak sądziła żona, spowodowane współczuciem dla nieszczęsnych ofiar – Vincenzo widział oto siebie jako człowieka wynaturzonego i czyniącego zło. Na początku próbował odmalować żonie podziw, jaki go ogarnął na widok cudu techniki. Wkrótce jednak jego język, szczerszy niż intencje, rozwodził się już nad niedoskonałościami maszyny. Mimo katastrofy,  która dopiero co rozegrała się przed jego oczami, i mimo prawdziwego współczucia, jakie żywił dla jej ofiar, opisując ów wielki tryumf ludzkości, poczuł jak odradza się w nim cała jego złość i zrozumiał, że nawet gdyby do katastrofy jeszcze nie doszło, to jego oko uderzyłoby ponownie. Skończyło się na tym, że nie mogąc znieść tak wyrazistego obrazu własnej nikczemności, przerwał swe opowiadanie i ze szlochem rzucił się na łóżko, zasłaniając dłońmi swe straszne oczy. Żona, pełna współczucia dla tak szlachetnego bólu, pochyliła się nad nim z miłością. Potem wszystkiemu temu wobec siebie samego zaprzeczył, a jeszcze później bez trudu o wszystkim zapomniał. Wszak była to jedynie jego imaginacja. Gdyby chciał innych skłonić, by mu uwierzyli w coś podobnego, nie zdołałby tego uczynić. Dlaczego miałby w to wierzyć on sam? On, który miał świadomość, że przewyższając w rzeczywistości swe otoczenie, był zarazem człowiekiem wielkiej dobroci? Odpędził od siebie ów zły sen i powrócił do swych wyobrażeń o czekającym nań tronie. A kiedy mówił o katastrofie, której był świadkiem, wyrażał swój żal w najszlachetniejszych słowach. Unikał wszakże wspominania o tym, że przewidział nieszczęście, zdając sobie sprawę z niedoskonałości statku. I kiedy pewnego razu, gdy rozmawiano o tym w obecności jego żony i gdy ta, by móc podziwiać go jeszcze bardziej, chciała powiedzieć wszystkim, że on dawno już pojął, iż maszyna tak skonstruowana, nie zdoła długo utrzymać się w powietrzu, wszystkiemu zaprzeczył i szybko zmienił temat. Wszyscy wiedzieli już, że są na świecie sterowce, latające całkiem bezpiecznie. Problemem maszyn tak wrażliwych było jedynie trzymanie się z dala od wpływu ludzkiej złej woli.

            Jednak kilka tygodni później oko Vincenza uderzyło ponownie i dosięgło osoby, którą, jak sądził, kochał najbardziej ze wszystkich na tym świecie. Jego matka była osobą ambitną i chciała powtórnie skłonić go do rywalizacji na lokalnym szczeblu. W całej okolicy panowało podniecenie związane ze zbliżającymi się wyborami, ona zaś pragnęła, by uległ prośbom rozmaitych przyjaciół i też zgłosił swą kandydaturę. Vincenzo nie chciał o tym słyszeć, a pokładając ufność w matczynej miłości, dał jej do zrozumienia, że uważa się za osobę zbyt wielkiego formatu, by zniżać się do walki na tak nędznej arenie. Matka początkowo wierzyła oczywiście, iż rzeczy tak się właśnie miały, i przez długie lata oczekiwała, że ujrzy wreszcie swojego lewka rzucającego się na podbój świata. Później zrozumiała, że świat był dlań zbyt rozległy, a gdy ujrzała, jak przy pierwszym starciu tchórzliwie wycofał się do swej nory, by tam dalej oddawać się błogiemu próżnowaniu, jej opinia o Vincenzu przybrała jednoznaczną postać. Zaczęła też rozmawiać o tym z mężem, który, nieustannie zajęty, nie miał czasu zaprzątać sobie głowy tym, co działo się wokół niego. „Ma tak wielką wiedzę, a nie chce mu się nic zrobić, co z nim dalej będzie?” Później rozmawiała o tym z synową: „Dlaczego pozwalasz, by twój mąż spędzał całe dnie, nic nie robiąc? Czy nie widzisz, że zaczynasz wydawać na świat dzieci, a on zdaje się w ogóle tego nie rozumieć?” Gerardo nie przykładał wielkiej wagi do słów żony i natychmiast przewracał się w łóżku na drugi bok, by spokojnie zachrapać. Kochająca żona natomiast nie kryła swego oburzenia: Vincenzo był człowiekiem, który rozmyślał oraz poświęcał swój czas głębokim studiom i nie potrzebował nikogo, kto poganiałby go do pracy. O pieniądzach zawczasu pomyślał już ojciec i byłoby nikczemnością chcieć zgromadzić ich więcej. Vincenzowi wolno było zatem oddawać się teraz owym rozmyślaniom i studiom.

            Matka, które całe swoje życie poświęciła synowi, poczuła się urażona widząc kogoś, kto chciał go przed nią bronić, i wpadła we wściekłość. Nieszczęściem właśnie wtedy napatoczył się Vincenzo, co dodatkowo jeszcze rozzłościło starszą panią, która nagle stanęła naprzeciwko wrogiej koalicji syna i synowej. Wówczas to wyrzuciła z siebie najgorsze swe o nim myśli. Chciała zranić i mogła tego dokonać bez trudu, albowiem była jedyną osobą, której od dzieciństwa Vincenzo wyjawiał swe najtajniejsze pragnienie: „Studiuj dalej życie Napoleona. W ten sposób, gdy trafisz na kogoś, kto go będzie przypominał, może pozwoli ci zawiązać sobie buty.” Ogarnięta gniewem, okazała całą swą skrywaną pogardę pyszałkowi, którego tak dobrze znała a którego przecież kiedy indziej, choć widziała, co z niego wyrosło, umiałaby pocieszyć i podnieść na duchu.

            Vincenzo poczuł, jak zaskoczenie i gniew na moment odebrało mu mowę. Nikt nigdy nie śmiał tak z nim rozmawiać. I to w obecności jego żony! Szukał odpowiednich słów, ale znaleźć ich nie potrafił! Jakże zresztą miałby je znaleźć? Nigdy przecież otwarcie nie mówił, że czuł się na siłach dorównać Napoleonowi! Już sam jego bezwład zawsze chronił go przed samochwalstwem.  Jego chorobliwa ambicja emanowała z każdego poru jego ciała, wyzierała z oczu, ale nigdy nie wydostała się na zewnątrz ustami. Niemożliwością było wszakże wypierać się jej wobec osoby, której sam wyjawił ją tyle razy ściszonym głosem w małym pokoiku ojcowskiego domu, gdzie przed udaniem się na spoczynek razem oddawali się marzeniom. To dlatego i tylko dlatego w całkowicie bezwładnym ciele zapaliło się oko.

            Matka poszła sobie, a małżonkowie, pozostawszy sami, płakali razem. Żona Vincenza poruszona była do głębi poznaniem jego tajemnicy: „Ach, domyślałam się tego od dawna, rozmyślasz o wielkich rzeczach”. On zaś urzeczony tym, że utraciwszy dopiero co wiarę matki, znalazł ufność kogoś, kto chciał mu ją zastąpić, uspokoił się szybko.

            Czuł, że jego oko uderzyło ponownie, ale już w nie wierzył w jego moc. Zresztą matka odeszła z podniesioną głową i rozgniewana, całkiem zdrowa, sprawy miały się zatem inaczej niż ze sterowcem, który pod wpływem jego spojrzenia natychmiast rozpadł się na kawałki. Nie pomyślał o tym, że ciało ludzkie zbudowane jest inaczej i nie zawiera w sobie łatwopalnego gazu. Ostre niczym grot spojrzenie czyni w nim jedynie niewielkie pęknięcie, przez które jednak zaatakowany zostaje później cały organizm. Trzeba jednak nieco czasu, by dokonała się jego pełna destrukcja.  „Poproszę matkę o wybaczenie”, pomyślał Vincenzo, którego ułagodziła na powrót czułość żony.

            Nigdy jednak nie zdołał już z nią porozmawiać. W kilka godzin później starszą panią znaleziono na ziemi nieprzytomną. Gdy Vincenzo znów ją zobaczył, spoczywała na łóżku, a leżąc bez ruchu, wydawała się spać ciężkim snem, oddychając przy tym regularnie, choć dziwnie głośno[6]. Ojciec opowiedział mu, że widział ją, jak wracała z odwiedzin u synowej. Wydawało mu się, że czuła się dobrze. Gdy przyszedł do domu, znalazł ją leżącą na dywanie, tak właśnie, jak teraz leżała w łóżku, oddychająca tym samym mocnym i regularnym oddechem. Tylko głowa spoczywała jakoś inaczej, skręcona w stronę barku. „Czyżby zażyła jakiś środek nasenny?”, zdziwił się zaniepokojony staruszek. Vincenzo – dysponujący większą wiedzą – natychmiast domyślił się prawdy i równie szybko przypomniał sobie o swym śmiercionośnym spojrzeniu. Przecież nie chciał jej zabić! Matka musiała się upić! Czyż nie świadczył o tym jej sen, spokojny i ciężki? Oszukiwał siebie i innych.  I zapytał ojca, czy było mu wiadomym, że matka nadużywała wina. A gdy ojciec odpowiedział, że zawsze była uosobieniem trzeźwości, Vincenzo wcale nie zamierzał jeszcze porzucić tej myśli. „Tym silniej mógł podziałać na nią trunek, który prawdopodobnie wypiła.”

            Jednak przybyły wkrótce potem lekarz, pozbawił go wszelkich wątpliwości: to był paraliż. Vincenzo nie chciał jeszcze uwierzyć: Paraliż? Ten sen i ten regularny oddech, ta cera... prawie taka jak zawsze. I śmiał się, śmiał, śmiechem ostrym, sztucznym i wymuszonym. Młodziutki lekarz nie obraził się. Rozumiał, że znalazł się w obliczu wielkiego cierpienia i okazał łagodność. Potwierdził swą diagnozę, dodał jednak natychmiast, że była to choroba, z której, gdy powoli, bardzo powoli zacznie się cofać, często powraca się do zdrowia. Czas leczy tyle schorzeń, potrzeba jedynie czasu. I poszedł, rzuciwszy na odchodnym tę sybilińską frazę, która miała go zwolnić z odpowiedzialności, jaką wziął na siebie, zapowiadając wyzdrowienie pacjentki.

            W umyśle Vincenza stwierdzenie to dojrzewało powoli. Najpierw pośpieszył do łóżka chorej, pragnąc dopilnować, by wykonano wszystkie, w istocie banalne, zalecenia lekarza. Ale gdy wszyscy, poza nim, odczuli potrzebę udania się na spoczynek i znalazł się sam u wezgłowia matki, wiedział już, że umierała w następstwie ciosu, jaki to on jej zadał. Błagalnym wzrokiem spoglądał na powalone chorobą ciało. Wydawało mu się, że jego udobruchane już oko mogło wyleczyć schorzenie, przez nie same wywołane. Potem ukląkł przed łóżkiem, modlił się niczym przed jakąś istotą boską i płakał.

            Nad ranem oddech matki stał się nieco głośniejszy. Zanikał od czasu do czasu, na krótką chwilę, później powracał, ale jakby z większym już wysiłkiem. Czy była to odmiana dobra czy raczej zła? Czy nie mogła oznaczać bliskiego przebudzenia?

            Lekarz zjawił się ponownie i stwierdził – jak się wyraził – lekkie pogorszenie. Uznał, że okazał już temu tak czułemu synowi dostatecznie wiele delikatności i że nadeszła pora, by mówić otwarcie.  Choroba sama w sobie była tak poważna, że, skoro jeszcze nieco przybrała na sile od poprzedniego wieczora, niosła już w sobie niebezpieczeństwo śmierci. Na te słowa czuły syn zaczął wręcz szaleć z rozpaczy, a lekarz opowiadał potem, że nigdy jeszcze nie widział czegoś podobnego. Vincenzo wyrywał sobie włosy z głowy i rzucał się na ziemię, krzycząc bez przerwy: „O ja nieszczęsny, ja nieszczęsny!”. Wspominając o tym w rozmowach z innymi pacjentami, lekarz mawiał: „Dziwne! Matka mu umierała, a całe współczucie, do jakiego czuł się zdolny, kierował ku sobie samemu!” W desperacji oskarżał sam siebie o jakieś straszne przewinienie. Na szczęście nikt nie dawał mu wiary.

            Matka umarła i wyniesiono ją z domu. Vincenzo wydawał się spokojniejszy. Spędził cały dzień przyglądając się jej zwłokom. Pragnął tak gorąco zobaczyć ją znów żywą, że miał nadzieję, iż jego oko, to samo, które ją uśmierciło, zdoła ponownie ją ożywić. Zaprzestał tych wysiłków, gdy zobaczył, jak zamknięto ją w trumnie. Byłoby czyś strasznym, gdyby teraz powróciła do życia.

            Szybko też przestał oskarżać się o wielką zbrodnię. Gerardo, który powoli zaczynał pojmować rozmiar nieszczęścia, jakie na niego spadło, sprawiał już niekiedy wrażenie, jak gdyby gotów był w te oskarżenia  uwierzyć. Dowiedział się o gwałtownej sprzeczce, jaka zaszła między matką a synem, i uznał, że uderzenie krwi do mózgu, które stało się przyczyną śmierci starszej pani, mogło być wywołane przez zdenerwowanie, będące następstwem  kłótni z synem, i to właśnie dlatego – sądził Gerardo – wskazywał na on siebie jako winnego. Vincenzo, nie mogąc znieść nikczemności takich oskarżeń, zaczął się usprawiedliwiać. I w ten to sposób na powrót przykrył swe sumienie grubą zasłoną, pod którą mogło ono odnaleźć spokój, oszukując wszystkich naokoło. Zresztą jego oko popełniło już tę najgorszą zbrodnię, teraz mógł razić całą resztę świata, nie odczuwając żadnych wyrzutów sumienia. Kontynuował swe studia nad dziejami Napoleona, wiedział jednak, że to nie miłość popychała go ku nim, ale zazdrość i nienawiść. Dobrze wiedział też, skąd się wzięły szczególne właściwości jego oka. To Napoleon ożywił je w jakiś osobliwy sposób. Na szczęście Cesarz spoczywał spokojnie w kościele Inwalidów, bezpieczny przed siejącymi zniszczenie spojrzeniami Vincenza.

            Jedynym cierpieniem, jakiego doznawał na skutek swej dziwnej choroby, była niejaka pogarda dla siebie samego. Wiedział, że unicestwia wszystkie wyższe dążenia tego świata; by uspokoić swą duszę, mówił więc sobie, że sam pragnąłby dokonać wielkich rzeczy, a ponieważ los mu w tym przeszkodził, jego wielkość obróciła się w moc piekielną. A fakt, że owa moc nie zależała od jego woli, pogardy tej nie wcale zmniejszał. Bo rzeczywiście nie zależała od jego woli. Spojrzał kiedyś swym ściągającym zło okiem na psa, który go zaatakował. Jednak pies zdołał go ugryźć i uciec, a później żył sobie spokojnie i w najlepszym zdrowiu. By oko uderzyło, coś musiało urazić określone punkty jego organizmu moralnego. Statki powietrzne i sterowce, przelatujące nad jego rodzinnym miasteczkiem spadały wszystkie bez wyjątku. Vincenzo próbował pohamować aktywność oka i spoglądał w górę, przemocą kierując swą myśl ku żonom i matkom owych bohaterów, by zmusić się do życzliwości dla nich. Później jednak wyobrażał sobie te żony i matki, jak oczekują powrotu swych bliskich, by tryumfalnie ich powitać. Wówczas przypominał sobie o swym ponurym losie, a oko natychmiast przybierało swą śmiercionośną postać. Działanie oka nie zależało więc od jego woli, tym co nim rządziło był z pewnością jego ukryty duch, jakieś jego „ja”, które wydawało mu się bardzo od niego samego odległe. Dlatego podczas bezsennych nocy, jakie niekiedy były jego udziałem, mówił sobie: „Ja jestem niewinny!”. I wpatrywał się intensywnie w ciemność, by lepiej i wyraźniej dojrzeć obraz tej swojej niewinności. Obrazu takiego nie znajdował w naturze. Czy był jak wąż, któremu jad tworzył się w zębach bez jego wiedzy? Nie! Wąż kąsał, podczas gdy on patrzył. To było coś zupełnie innego! Jego wewnętrznej nędzy nie domyślała się nawet kobieta, która spała u jego boku.

            I która także stała się ofiarą oka. Jak mógł uczynić krzywdę tej biednej istocie, której całe życie nie było niczym innym jak tylko miłością do niego? Pośród wielkich cierpień, ciągnących się przez długie godziny, wydała na świat chłopczyka! Wyczerpana spoglądała na męża, oczekując odeń jakichś oznak wdzięczności. Ten nie miał dla niej nic poza zwykłym wyrazem pobłażliwego współczucia. Wszystkie te cierpienia wydawały mu się daremne i niepotrzebne. Ona zaś, by lepiej wyjaśnić to, czego pragnęła, zwierzyła mu się: „Popatrz! W ten sposób staniesz się kimś ważnym, tak jak tego chcesz. Zapełnię twój dom synami, którzy, może, w przyszłości, staną się kimś.” Następnego dnia dostała gorączki, która uśmierciła ją w krótkim czasie.

            Udręczone sumienie Vincenza wciąż jeszcze poruszone było zbrodnią, popełnioną przez jego drugie „ja”, gdy w miasteczku rozeszła się wieść, że otworzył w nim gabinet pewien stary, sławny okulista. Nie minęło wiele czasu, a już dokonał prawdziwych cudów. Przywrócił wzrok pewnemu staruszkowi, który stracił go trzydzieści lat wcześniej. Vincenzo przyglądał się w lustrze swym oczom czarnym i posępnym: „A jeśli całe zło tkwi w nich właśnie?” Prawdę rzekłszy, gdy zmierzał do gabinetu okulisty, zdawało mu się, że dokonuje aktu heroicznego: W gruncie rzeczy poświęcał moc, jaką posiadał w swym ciele, i to poświęcał ją nie oczekując niczego w zamian. Czynił to po prostu z miłości do bliźnich.

            Stary doktor przyjął Vincenza i zapytał go, co mu dolega. Niespodziewane uczucie wstydu przeszkodziło Vincenzowi wyjawić cel jego wizyty, chociaż aparycja lekarza, czerstwego brodatego staruszka o pełnym życzliwości wyrazie twarzy, budziła w nim zaufanie. Później pomyślał, że jeśli potrafi on wyleczyć złe oko, z pewnością też zdoła sam je zdiagnozować. Odpowiedział zatem: „Bolą mnie oczy, gdy patrzę w górę”. „Tylko wtedy, gdy patrzy pan w górę?”, zapytał doktor tonem, który Vincenzowi wydał się ironiczny.

            Doktor kazał Vincenzowi usiąść w obszernym fotelu i położyć głowę na oparciu. Za pomocą kilku lampek elektrycznych oświetlił mu oko aż do samego dna. Długo wpatrywał się w te dwie niewielkie jamy, siedlisko tak wielkiego zła, z niejakim zakłopotaniem, jak się zdaje, stwierdzając, że były prawdziwymi okazami zdrowia. Potem zobaczył i odgadł. Spoważniał, zmarszczył brwi, bez cienia ironii. „Nie umiem wyleczyć pańskiej choroby. Leczę tylko dobre, szczere oczy, łzawiące, uszkodzone przez infekcje albo obce ciała. Pan ma jednak oko to znaczy złe oko całkowicie zdrowe. Może pan widzieć i może także razić innych. Czego pan chce więcej?”

            Vincenzo wymamrotał z wysiłkiem: „Ale ja chciałbym, żeby pan zrobił coś takiego, aby moje oko nie było już złym okiem. Jestem dobrym człowiekiem i nie chciałbym czynić zła bliźnim.”

            Zanim doktor odpowiedział, poszedł po niewielki przedmiot, który zaciskał w dłoni, by uchronić się przed okiem Vincenza, później zaś, bez obawy już, mówił: „Pan nie może być dobrym człowiekiem, odkąd nosi pan pod powiekami te dwa urządzenia! Jest pan małym zawistnikiem i zmajstrował sobie broń, jakiej było panu trzeba.” Oko Vincenza uderzyło, ale tym razem nie zdało się to na nic, albowiem doktor zabezpieczył się odpowiednio. Teraz uśmiechnął się: „Widział pan, jak zdołałem rozbroić pański oręż? Wystarczy dotknąć pana w odpowiednim miejscu, a już rozdaje pan ciosy! Niech się pan stąd zabiera, bo niedobrze mi się robi na pana widok”.

            Vincenzo chciał się bronić: „Ale jeśli jestem gotów poddać się każdej kuracji, jaką mi pan zaaplikuje? Czy to nie oznacza, że wcale nie chciałem oka takiego, jakie mam?”.

            Wówczas lekarz powiedział: „Jeśli jest pan tak dobrym człowiekiem, jak pan powiada, to niech pan siądzie w tym fotelu i pozwoli mi wyrwać sobie tych dwoje nikczemnych oczu”.

            Usłyszawszy tę propozycję, Vincenzo nie czekał na następne i rzucił się do ucieczki. Przeskakiwał po cztery stopnie, ścigany szyderczym śmiechem doktora.

            Wkrótce potem umarł ojciec Vincenza, i to po prostu śmiercią naturalną. Podczas pogrzebu Vincenzo zachował pogodę ducha – z tą śmiercią nie miał nic ale to nic wspólnego.

            Dla Vincenza nastąpił tydzień wielkiej aktywności. Chciał szybko pozbyć się handlu winami. W ten sposób uwolnił się na nowo od wszelkich zajęć. W domu czekała z dzieckiem kobieta pełna ufności.

            I tak mijały lata.

            Pewnego letniego wieczora Vincenzo w oczekiwaniu obiadu ziewał na tarasie swej willi. Podziwiał tę swoją nudę. „Kto inny dobrze by się czuł nic nie robiąc! Ja zaś cierpię z tego powodu!” Znalazł także sposób, by z posiadania złego oka czerpać zadowolenie i dumę: „Wiele jest potężnych sił w przyrodzie, które mogą przynosić korzyści, a pozostawione samym sobie powodują klęski”. Być może częściej czyniłby użytek ze swego złego oka, gdyby faktycznie było na jego rozkazy i gdyby nie bał się, że zostanie zdemaskowany.

            Ktoś albo coś  wspięło się na jego fotel. Był to jego syn, który teraz miał już sześć lat. Obrócił się ku niemu gniewnie i chłopczyk uciekł. Strach małego Gerarda wywołał na jego twarzy uśmiech. Było to dziecko grubawe, o jasnej karnacji i blond włosach, tak jak jego zmarła matka. Ubrany w niebieską koszulkę i krótkie spodenki, odsłaniające mu kolana, za duży już nieco na taki strój, sprawiał wrażenie chłopca czerstwego i mocnego. W swoim niewielkim miasteczku Vincenzo uchodził za dobrego ojca. Chłopiec miał wszystko, co w tym wieku można mieć, mnóstwo zabawek, ale także uczucia, których potrzebował, albowiem kobieta, której został powierzony, była osobą wielkiej dobroci i łagodności, umiała mu więc zastąpić matkę. Także chłopiec był przekonany, że ma bardzo dobrego ojca, a nawet – tak go uczono – że tata był ucieleśnieniem dobroci na ziemi i gdy go pytano: „Kto jest dobry?”, odpowiadał „Tata”.

            Vincenzo zawołał chłopczyka. Wraz z nim nadeszła również jego opiekunka, która przerażona nieco niezwykłym wydarzeniem, zatrzymała się w drzwiach wiodących na taras. Chłopczyk nie czuł strachu. Stanął przed Vincenzem i oparł ramiona na jego kolanach. Vincenzo uśmiechnął się do niego i pogłaskał go. Potem zaczął się zastanawiać nad tym, co mógłby mu powiedzieć. Mógłby powiedzieć mu coś miłego, miłego jak (Tu urywa się rękopis Sveva.)

 

Pierwodruk: „Kresy. Kwartalnik Literacki” 4/2004, s. 21–30.

           

 

Tadeusz Zatorski

 Złe oko Vincenza Albagi,

czyli studium niespełnienia

 

Trudno chyba o przesąd (przesąd?) bardziej rozpowszechniony: wiara w moc „złego oka”, w posiadaną jakoby przez niektórych ludzi zdolność rzucania złego czaru, czynienia szkód bliźnim i sprowadzania na nich nieszczęść znana jest chyba wszystkim kulturom pod wszystkimi szerokościami geograficznymi. Wcale nie należy przy tym do przeszłości w tzw. „społeczeństwach cywilizowanych”, jak świadczy o tym najlepiej toczący się właśnie przed jednym z krakowskich sądów (i wywołujący niejaką konsternację wśród miejscowych prawników) proces z powództwa pewnego rolnika, pomówionego przez sąsiadkę o rzucenie uroku na jej krowy i obniżenie w ten sposób ich mleczności.

 I.

Rozpowszechnienie wiary w złowrogą moc, gnieżdżącą się w  oku, daje się wytłumaczyć i racjonalnie. „Kontakt wzrokowy z drugim człowiekiem zawsze indukuje podniecenie”, pisze Irenäus Eibl-Eibesfeldt w swej monumentalnej Biologie des menschlichen Verhaltens[7]. Patrzenie prosto w oczy – zwłaszcza przez mówiącego – odbierane jest do dziś jako przejaw swoistej agresji i wywołuje instynktowny niepokój (także u zwierząt). Z kolei przekonanie o wszechwładzy nieżyczliwej myśli, zdolnej wywoływać bezpośrednie – materialne – następstwa w otoczeniu, bierze się zdaniem niektórych psychologów (np. Freuda) z błędnego wiązania całkowicie niezależnych od siebie zdarzeń relacją przyczynowo-skutkową wyłącznie na podstawie ich bliskości w czasie.

Właśnie ta skłonność do konstruowania takich błędnych relacji między przyczyną a skutkiem sprawiła zapewne, że iście czarnoksięską moc sprowadzania nieszczęść przypisywano często osobom koncentrującym na sobie powszechną uwagę. Ich pojawienie się w jakimś miejscu, przyciągające żądne sensacji tłumy,  kojarzono niekiedy z tragicznymi wypadkami, zdarzającymi się w tym samym czasie  (o które nietrudno wszak w wielkiej masie ludzkiej). Złą sławą takich „Jonaszy” cieszyli się między innymi Napoleon III, lord Byron, Heinrich Heine (który miał jakoby ściągnąć przedwczesną śmierć na będącego u szczytu sławy Belliniego), królowa portugalska Maria Amelia, kompozytor Jacques Offenbach oraz papieże Leon XIII (za którego pontyfikatu zmarło nagle szczególnie wielu kardynałów) oraz kanonizowany niedawno Pius IX. Publiczne wystąpienia tego ostatniego wywoływały ponoć prawdziwy popłoch wśród mieszkańców Rzymu, powszechne było też przekonanie, że błogosławieństwo papieskie stanowiło niezawodną gwarancję niepowodzenia każdego obdarzonego nim przedsięwzięcia.

 

Troski, złe oko, zgryzoty

odpędzić możesz koralem,

wersetem na krążku złotym,

zębem bawoła czy zebu.

Cierpieć nie musi się wcale

turkusem obronisz się niebu.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, „Miłość”

 

 

     Nigdzie indziej chyba lęk przed „złym okiem” nie osiągnął jednak takich rozmiarów jak we Włoszech, zwłaszcza w okolicach Neapolu. „Stulecia nie zdołały zachwiać tą wiarą, a wątpienie w zgubny wpływ malocchio lub occhio cattivo byłoby w Italii omalże zbrodnią”, pisał w swej wydanej w 1910 r. klasycznej monografii Der böse Blick und Verwandtes S. Seligmann. Nie przypadkiem też chyba to  właśnie włoskie słowo  malocchio – w przeciwieństwie do angielskiego evil eye, francuskiego mauvais oeil czy niemieckiego böser Blick – weszło na trwałe do wielu języków europejskich. Trudno przyjąć, by akurat Włosi wykazywali większą niż inne narody skłonność do zabobonu. Fenomenu tego nie tłumaczy też rzecz jasna uwaga, jakiej oculi maligni i fascinum (stąd fascynacja) poświęcali szanowani w starożytnym Rzymie autorzy antyczni: Pliniusz, Apollonides, Cycero, Plutarch, Heliodor czy Horacy. Rzecz przy tym wielce znamienna: w relacjach z podróży  po Włoszech wzmianki o powszechnej wierze w „złe oko” zaczynają się pojawiać dopiero na przełomie XVIII i XIX w. Goethe  przebywający czas jakiś w Neapolu na początku 1787 r. i uważnie przyglądający się codziennemu życiu mieszkańców miasta, nie wspomina ani słowem o istnieniu tego rodzaju przesądów i lęków, które już wkrótce tak zafrapują cudzoziemskich przybyszów – Aleksandra Dumasa, Stendhala, Fanny Lewald czy Teofila Gautier.

            Bo też właśnie rok 1787 uznać wypada za datę na swój sposób graniczną. Wtedy to bowiem ukazuje się w Neapolu dzieło zatytułowane Cicalata sul fascino volgarmente detto jettatura („Rozprawka o uroku potocznie zwanym jettaturą”[8]), które na długi czas stanie się podstawowym źródłem wiedzy na temat owego zjawiska. Autorem Cicalaty jest  Nicola Valletta (1748-1814), wybitny prawnik, wykładowca miejscowego uniwersytetu i jedna ze znamienitszych postaci neapolitańskiego oświecenia. Książka to zaiste kuriozalna. W ostatnim jej rozdziale autor zamieszcza listę trzynastu kwestii, wymagających jego zdaniem dalszych, pogłębionych badań, a nawet oferuje za ich rozstrzygnięcie nagrodę pieniężną. Warto tu przytoczyć niektóre z nich:

     

            Czy uroki rzucają częściej mężczyźni czy kobiety.

            Czy częściej ci, którzy noszą peruki.

            Czy częściej ci, którzy noszą okulary.

            Czy częściej mnisi i z których zakonów.

            Czy działają częściej z boku, z przodu, czy od tyłu.

           

            Już ta dziwaczna wyliczanka zdaje się nie pozostawiać wątpliwości co do autorskiego zamiaru wykpienia naiwnej wiary prostaczków. Sam Valletta otwarcie przyznaje się do tego w przedmowie swej rozprawy: Pragnie „nadać cielesną postać cieniowi i stworzyć coś z niczego ku rozbawieniu pewnej uczonej kompanii”. (Tą uczoną kompanią, dotta brigata, była grupka wybitnych neapolitańskich intelektualistów, zbierających się regularnie w domu niejakiego markiza di Villarosy.) Tak właśnie, jako literacki żart w stylu Berniego, który wsławił się parodiami współczesnych sobie poetów, zwłaszcza Petrarki, żart polegający na pochwale rzeczy mało chwalebnych i dowodzeniu prawdziwości twierdzeń nieprawdziwych, interpretował dziełko Valletty Benedetto Croce.

Iettatura to nic innego jako czarowanie,

Grom i błyskawica, powietrze morowe,

Klęsk, nieszczęść okrutnych, chorób  sprowadzanie:

Takim to teraz jednym nazywa się słowem,

Najgorsze, co może spotkać człowieka,

Czego się każdy lęka i przed czym ucieka

         Cataldo Carducci, „Iettatura”

 

            Jednak zdaniem Ernesta de Martino, autora klasycznej już monografii o magii południowowłoskiej, Sud e magia, nie jest to wcale tak oczywiste. De Martino wskazuje choćby na fakt, że wśród  licznych przykładów zgubnego wpływu iettatori, Valletta wspomina także o śmierci swej córeczki, na której spoczęło „oko złe i podstępne” jednego z nich. Wolno mieć wątpliwości, czy sam autor i jego dotta brigata ten akurat przypadek uznawali za aż tak zabawny. (Zresztą także Croce przyznawał, że opis tego epizodu wyraźnie kontrastuje z zasadniczą tonacją dzieła.) „Nie chodzi tu zatem”, pisze de Martino, „o literacką fikcję, która zachowuje na płaszczyźnie frywolnego żartu to, w co się już nie wierzy, lecz raczej o pewien wybieg psychologiczny, który w czasach nie bardzo sprzyjających traktowaniu jakichś kwestii z powagą, stwarza wobec samego siebie i innych pozory, że traktuje się je żartobliwie, pozwalając w ten sposób nie rezygnować całkowicie z pewnej ideologii i z pewnych zachowań, w które ‘w głębi duszy’ wciąż się wierzy. Wyraźna granica oddziela tę postawę od ironii Woltera, która uwypukla zdecydowane opowiedzenie się po stronie racjonalizmu, a przeciwko ‘oszustwom’ zabobonu.” Stan tego osobliwego zawieszenia między śmiechem a przerażeniem dosadniej określiła w swych wspomnieniach z podróży po Włoszech (Italienisches Bilderbuch, 1847) pisarka niemiecka, Fanny Lewald: „Wiara w złe oko, malocchio, to wiara szeroko rozpowszechniona w południowej Italii, widoczna także w wyższych warstwach społeczeństwa, gdzie próbuje się z niej pokpiwać, podobnie jak ludzie lękliwi śpiewają w ciemnościach, by dodać sobie odwagi.”

            Neapolitańscy oświeceniowi teoretycy iettatury sporo wysiłku wkładają przy tym w próby racjonalnego – na swój sposób – wyjaśnienia tego fenomenu, odrzucając z zasady jego wcześniejsze interpretacje demonologiczne i łącząc go raczej z naturalnymi, choć mało jeszcze poznanymi siłami, jak mesmerowski magnetyzm czy fascynująca ówczesnych przyrodników elektryczność. Właśnie oddziaływaniami elektrycznymi – powodującymi gromadzenie się chmur burzowych – usiłuje się na przykład wytłumaczyć wykazywaną jakoby przez iettatori zdolność wpływania na pogodę. 

            Taki amalgamat racjonalności i zabobonu to fenomen wcale nierzadki w tamtych czasach. Oświecenie zasiało w umysłowości europejskiej ziarno wątpienia. Pierwszymi tegoż wątpienia ofiarami były tradycyjne przesądy i dogmat religijny, później jednak obraca się ono i przeciwko nowym dogmatom – racjonalizmu – oswajając „wiek świateł” z myślą, że wszystko może być inne, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Zresztą, jak zauważył Schopenhauer, skoro naszemu poznaniu rozumowemu nie jest dostępna „rzecz sama w sobie”, to poza jego zasięgiem pozostaje być może również cały świat zjawisk, których istnienia wykluczyć wszak niepodobna, co każe nieco innym okiem spojrzeć i na te kojarzone zwykle z „magią”. Oświecenie staje się bardziej powściągliwe w odrzucaniu pozornie niezgodnych z rozumem idei, woli z nimi eksperymentować. Kant i Lessing rozważają wyobrażenia o reinkarnacji, szybko się co prawda od owego eksperymentu odżegnując. Johann Salomo Semler, pionier racjonalistycznej egzegezy biblijnej, para się w wolnych chwilach alchemią, namiętnie poszukując sposobu sfabrykowania złota. A Georg Christoph Lichtenberg współtwórca najbardziej może racjonalnej nauki XVIII-wiecznej, fizyki eksperymentalnej, zżymający się publicznie na zabobonność plebsu, bezskutecznie próbuje w domowym zaciszu uporać się ze swą prywatną skłonnością do wiary w przesądy, wyznaje ją nawet ze skruchą w liście do... Kanta, by w końcu pocieszyć się myślą, że nie jest w tej słabości odosobniony: „Większość uczonych jest bardziej zabobonna, niż przyznaje, a nawet niż sama sądzi.”  Trudno odmówić słuszności  diagnozie Lessinga:

           

Zabobon, w którym wyrastaliśmy,

Nawet gdy już przejrzymy go na wylot,

Nie traci wszak swojej nad nami władzy

Nie wszyscy wolni są, co kpią ze swych okowów.

           

            Valletta nie był ani pierwszym, ani jedynym spośród neapolitańskich dotti, który wprowadził iettaturę w obręb kultury literackiej i naukowej. Jeden z jego nauczycieli Giuseppe Pasquaele Cirillo pisze i wystawia – w kręgu przyjaciół i domowników – komedię zatytułowaną I Malocchi, a już w rok po ukazaniu się Cicalaty (i pod wrażeniem jej lektury) Gian Leonardo Marugi, skądinąd tłumacz i popularyzator Locke’a, publikuje pracę o podobnym charakterze, Capricci sul fascino. W kilkanaście lat później ukaże się rozprawa niejakiego kanonika De Jorio, Mimica degli antichi investigata nel gestire napoletano, opisująca szczegółowo środki zaradcze przeciwko złym urokom[9].

            Jednak to właśnie Cicalata Valletty stanie się głównym źródłem wiedzy o iettaturze. Niezależnie od intencji autora faktycznie zdoła „nadać cielesną postać cieniowi” i wykreować – choć zapewne nie całkiem „z niczego” – pewne zjawisko, postrzegane zwłaszcza przez obcokrajowców jako swoiście neapolitańskie, a później w ogóle włoskie  curiosum. Nie pierwszy to przypadek, kiedy książka mająca być w założeniu parodią czy metaforą jakiegoś skrawka rzeczywistości, odczytana dosłownie i z nieoczekiwaną powagą, tak naprawdę rzeczywistość tę dopiero stwarza. Gdy około 1609 r. Johann Valentin Andrae puszcza w obieg – początkowo jedynie w rękopisie – cykl fikcyjnych pism niejakiego Christiana Rosenkreutza, jego intencją jest upowszechnienie pewnego programu naprawy chrześcijaństwa i społeczeństwa, ale pewnie także i wykpienie dającej się już wówczas zauważyć fascynacji tajnymi stowarzyszeniami. Niedługo potem, prawdopodobnie ku zdumieniu samego Andrae, świat zaroi się od „różokrzyżowców”.

 

Na początku używał jeszcze rozmaitych środków chroniących przed złym okiem, wchodząc do sali, wkładał kciuk lewej dłoni między palec wskazujący a środkowy, albo nosił ze sobą srebrny fallus. Z czasem jednak mógł się już bez nich obyć i patrzeć owej kobiecie w oczy, nie narażając się na żadne niebezpieczeństwo.

Georg Heym, „Złodziej”

 

            Podobny los stanie się udziałem Cicalaty. Bo też i nie wszystkim było przy lekturze owego dzieła do śmiechu. Paweł d’Aspremont, bohater noweli Teofila Gautier Iettatura[10], której akcja, toczy się, jakże by inaczej, właśnie w Neapolu, nie dostrzegł w niej nic zabawnego: „Gdyby d’Aspremont natrafił na tę książkę w Paryżu, przekartkowałby ją w roztargnieniu, jak stary kalendarz nafaszerowany uciesznymi historyjkami, i zabawiłaby go powaga, z jaką autor traktował te głupstwa; w obecnym nastroju ducha (...) przeczytał ją z tajoną zgrozą jak profan sylabizujący z czarnoksięskiej księgi sposoby wywoływania duchów i kabalistyczne formuły. (...) Uświadomił sobie swoją fatalną moc: iettatore. (...) Miał wszystkie znaki charakterystyczne opisane przez Valettę.”[11]

            Wielce znamienna, była też przygoda, jakiej doświadczył Frederick Thomas Elworthy, autor wydanej w 1895 monografii The Evil Eye: The Origins and Practices of Superstition: Gdy w Wenecji zapytał w jednym z antykwariatów o rozprawę Valletty, księgarz z przerażeniem w oczach odwrócił się na pięcie, uciekł na zaplecze i pozostał tam już do wyjścia podejrzanego klienta, którego osobliwe zainteresowania  kazały mu najwyraźniej uznać go za niebezpiecznego iettatore.

            Specyficzny klimat duchowy Neapolu, w którego kreacji niemałą rolę odegrał właśnie Valltetta (Elworthy nie bez przyczyny określał Neapol jako „the home par excellence of the jettatura”),  sprawiał przy tym najwyraźniej, że nawet ludzie dalecy zazwyczaj od wiary w zabobony, nagle zaczynali się zastanawiać, czy aby rzeczywiście iettatura jest li tylko dziwacznym lokalnym przesądem.  C.A. Meyer w swojej relacji z podróży do Neapolu Neapel und die Neapolitaner oder Briefe aus Neapel in die Heimat pisał: „Gdy cudzoziemiec przybywa do Neapolu, początkowo naśmiewa się z iettatury, jednak stopniowo zaczyna odczuwać pewien niepokój, a w końcu, po trzech miesiącach pobytu, ujrzycie go pokrytego od stóp do głów różkami, ze zgiętą ręką.”

Nie znam cię, rodu twego nienawidzę,

Ale w twych licach takie rysy widzę,

Które w pamięci kiedy się raz wrażą,

Z czasem się głębiej werżną, lecz nie zmażą.

Tyś młody, blady, lecz namiętne bole

Gorzały długo na twym smagłym czole.

Złe oko twoje choć mnie nie urzekło,

Choć jak meteor błysnąwszy uciekło,

Zgadłem, że Turek takiego człowieka

Powinien zabić — lub niech sam ucieka.

George Gordon Byron, “Giaur”

Przekład Adama Mickiewicza

            Opis klasycznego iettatore, przyprawiony sporą dawką ironii, szkicuje w Corricolo, cyklu szkiców o Neapolu, Aleksander Dumas-ojciec: „Iettatore to zwykle osobnik chudy i blady, o zakrzywionym nosie i wielkich oczach, mających w sobie coś z oczu ropuchy, które zazwyczaj, by je zamaskować, przykrywa okularami. Ropucha, jak wiadomo, otrzymała od nieba, fatalny dar iettatury: zabija słowika samym tylko spojrzeniem. A zatem, jeśli na ulicach Neapolu spotkacie człowieka takiego, jak go tu opisałem, miejcie się na baczności.” Ciekawe, że klasyczni iettatori, zanim  jeszcze przeistoczą się w femmes fatales, to częściej mężczyźni niż kobiety. Nie zawsze też odpowiadają powyższemu opisowi – przeciwnie, zazwyczaj  nie wyróżniają się swym wyglądem. Co więcej, wcale nie potrzebują kierować na ofiarę swego złego oka, wystarczy sama ich obecność, czy wręcz przelotne, z pozoru życzliwe zainteresowanie jej losem, bądź wygłoszenie pod jej adresem mniej lub bardziej nieszczerego komplementu. Seligmann przytacza popularne ponoć w owych czasach powiedzonko toskańskie, używane w odpowiedzi na przesadne pochwały: ”Di gratia non gli diate mal d’occhio” („Niech pan łaskawie nie zaczaruje go złym okiem”).

            Ucieleśnieniem takiego zamaskowanego iettatore stał się niejaki książę di Ventignano, wspominany w licznych relacjach cudzoziemców, odwiedzających Neapol. Książę ściąga na swe otoczenie najróżniejsze katastrofy od dnia swych narodzin: jego matka umiera w połogu, ojciec, który na wieść o tym śpieszy do domu, nie uzyskawszy zezwolenia swych przełożonych, traci stanowisko ambasadora w Toskanii, w dniu, w którym pojawia się w szkole, wszyscy koledzy zapadają na dziwną chorobę, przejawiającą się konwulsyjnym kaszlem, podczas uroczystości błogosławienia sztandarów jeden z chorążych, pada martwy w momencie, w którym mija młodego arystokratę, a sama wyprawa wojenna kończy się klęską, starszy brat ginie w pojedynku, którego przyczyną jest oskarżenie księcia o rzucanie uroków, zięć, choć wcześniej powszechnie znany z miłosnych podbojów, nie jest zdolny do skonsumowania małżeństwa, pobłogosławionego uroczyście przez księcia, w teatrze, do którego przybywa, natychmiast wybucha pożar, a papież Pius VII umiera w trzy dni po udzieleniu mu audiencji itd. We wszystkich tych przypadkach ujawnia się pewna bardzo charakterystyczna cecha niektórych neapolitańskich iettatori: nieszczęścia, jakie sprowadzają, nie są wynikiem ich świadomej woli szkodzenia bliźnim, nie są oni w żadnym razie podmiotami owych działań, agentami Szatana z własnego wyboru, lecz niejako bezwolnymi przekaźnikami jakiejś potężnej, wrogiej człowiekowi mocy, obecnej we wszechświecie, która z niejasnych powodów ich właśnie wyznaczyła na swe narzędzia. (Także Paweł d’Aspremont – podobnie jak Vincenzo Albagi – sam jest przerażony odkryciem swych nadnaturalnych zdolności i w końcu, by przerwać niekończący się łańcuch nieszczęść, których jest mimowolnym sprawcą, odbiera sobie życie.) To sprawia, że, jak wspomina Fanny Lewald, obszernie relacjonująca dziwne wydarzenia, rozgrywające się wokół księcia di Ventignano, „szuka się jego towarzystwa i szanuje go za jego wybitne przymioty [książę był autorem cenionych dramatów – przyp. T.Z.], ale nie rozmawia się z nim, nie zabezpieczywszy się przed jego złym okiem”.

            Literackie metamorfozy neapolitańskiego iettatore przybierają rozmaitą postać. Romantyzm uwypukla raczej jego cechy tragiczne, byroniczne, jak we wspomnianej już noweli Teofila Gautier czy w opowiadaniu The Evil Eye Mary Shelley. Z czasem posiadacz „złego oka” odzyskuje wszakże swe pierwotne, nieco groteskowe, czy wręcz komiczne rysy, jak chociażby bohater Patentu Pirandella, domagający się od sądu formalnego poświadczenia swych złowrogich zdolności, co umożliwiłoby mu czerpanie z nich całkiem wymiernych korzyści materialnych. Niekiedy, co zauważa Freud w swym eseju o  „niesamowitym” (Das Unheimliche),  przeistacza się w postać budzącą wręcz sympatię, jak Gettatore  w powieści Albrechta Schaeffera Josef Montfort. Motyw malocchio dalekim echem pobrzmiewa również w Damie pikowej Puszkina i w wyraźnie wzorowanych na niej Autografach Jeffreya Asperna Henry Jamesa, których akcja rozgrywa się naturalnie we Włoszech, choć już nie w Neapolu, lecz w Wenecji. Gdy Svevo przystępuje do pisania swojego Złego oka motyw malocchio ma więc już w literaturze swoją dość bogatą historię. Nic nie wskazuje jednak na to, by któryś z poprzedników wyraźnie zainspirował triesteńskiego autora.

 

II.

 

            „Jest pan małym zawistnikiem i zmajstrował sobie broń, jakiej było panu trzeba”, diagnozuje stary okulista, u którego Vincenzo Albagi szuka rady na swą niezwykłą przypadłość.  Zazdrość i zawiść od zawsze uważane były za uczucia dające „złemu oku” jego niszczącą moc. Ten związek ujawnia się niekiedy nawet w ich etymologii: łacińska „invidia” – od której wzięły początek odpowiedniki w niektórych językach romańskich i w angielskim – pochodzi od „in-videre”, „zaglądać do wnętrza”, „mierzyć nieżyczliwym wzrokiem”. Także niemieckie słowo „Scheelsucht” zawiera w sobie ów element nieżyczliwego spojrzenia (od schēl – „krzywooki, krzywo patrzący”; por. schielen – „zezować”). Nie inaczej rzecz ma się i z polską „zawiścią” wywodzącą się wszak od zapomnianego dziś już nieco czasownika „zawidzieć”. „Oko złe jest zazdrosne o chleb”, powiada biblijny Syrach (Syr, 14, 10). A  Francis Bacon w swej rozprawce o zazdrości zauważa: „Nie ma uczuć bardziej znanych ze swej zdolności do fascynacji i czarów niż miłość i zazdrość”, które przy tym „łatwo umiejscawiają się w oku, zwłaszcza w obecności ich przedmiotu”. I przestrzega jednocześnie, że „czas, w którym cios i uderzenie zazdrosnego oka ranią najmocniej, to czas, w którym obiekt zazdrości znajduje się u szczytu sławy i triumfu”. Bo też powodzenie i nadmiar szczęścia wzbudzają nawet zawiść bogów, jak w opowieści o Polikratesie, tyranie Samos, którego życie to – do czasu – jedno pasmo zwycięstw i sukcesów, niezakłóconych żadnymi przeciwnościami, co sprawia, że w końcu nawet jego przyjaciel Amasis, król Egiptu, wypowiada mu przyjaźń i pośpiesznie uchodzi z jego dworu, gdyż, jak pisał Schiller w swej słynnej balladzie Pierścień Polikratesa, nie może uznać go za prawdziwie szczęśliwego, „póki oko wroga czuwa” – taki nieprzerwany ciąg szczęśliwych zdarzeń sugeruje bowiem istnienie w świecie jakichś tajemnych mocy, niepodporządkowanych władzy człowieka, a więc i potencjalnie zmiennych w swej wobec niego życzliwości.     

„Złe oko” to jednak przede wszystkim atrybut zazdrości ludzkiej i źródło ludzkiego przed nią lęku:  „Kto posiada coś cennego, a przecież nietrwałego, obawia się zazdrości innych”, pisze Freud we wspomnianym już eseju, „dokonując na nich projekcji tej zazdrości, którą sam odczuwałby będąc na ich miejscu”.

            Zawiść Vincenza Albagi to zawiść dość szczególna, zawiść, rzec można wyższego rzędu. Vincenzo nie pożąda żony bliźniego swego, ani żadnej rzeczy, która jego jest. Pożąda sławy i uznania, wielkości, wyniesienia ponad innych. Co gorsza, pragnie tego wszystkiego od zaraz. Nie mierzy ani sił na zamiary, ani zamiarów na siły, pragnie jedynie w blasku chwały zażywać tryumfu nad światem, który ani myśli paść przed nim na kolana, skoro nawet nie podejrzewa go o takie ambicje. Vincenzowi nie chce się bowiem nawet spróbować powalczyć o tron cesarski, a choćby tylko, na początek, o mandat w lokalnym samorządzie.

...Chcę mieć patent, panie sędzio. Patent jettatora. Z marką stemplową! Z urzędową pieczęcią! Patentowany jettatore królewskiego trybunału. (...) Umieszczę ten swój tytuł na biletach wizytowych. Panie sędzio, zniszczono mnie. Pracowałem. Wyrzucono mnie z banku, gdzie byłem kancelistą, pod pozorem, że dopóki tam jestem, nikt nie przychodzi po pożyczki, nikt nie chce zaciągać żadnych zobowiązań. Wyrzucono mnie na bruk z żoną od trzech lat sparaliżowaną i z dwiema córkami na wydaniu, na które nikt nawet spojrzeć nie chce, ponieważ są moimi córkami. (...) Nic mi innego nie pozostaje, panie sędzio, jak zacząć uprawiać zawodowe rzucanie uroku, więc tak się przystroiłem, w te okulary, w to ubranie, zapuściłem brodę. (...) W tym mieście jest tyle domów gry! Wystarczy, żebym się pokazał! Nie muszę nawet nic powiedzieć. Zapłacą mi, byłem sobie poszedł. (...) Wszyscy, wszyscy będą mi płacili daninę. Daninę od ciemnoty, mówi pan? A ja powiadam, że to ubezpieczenie. Bo, panie sędzio, tyle żółci nagromadziło się we mnie, tyle nienawiści do tej parszywej ludzkości, że czuję, jakbym naprawdę miał w spojrzeniu moc zburzenia całego miasta aż do fundamentów.

Luigi Pirandello, „Patent”

(tłum. Barbara Sieroszewska)

 

Beno Weiss, amerykański italianista, autor jedynego chyba artykułu monograficznego o Złym oku Sveva, (Il malocchio: Svevo’s fascination with the occult), stwierdza więc chyba nie bez racji: „Jego jaskrawe poczucie wyższości nie jest niczym innym jak odwróconą manifestacją kompleksu niższości, który popycha go ku mozolnym wysiłkom, mającym na celu przezwyciężenie desperacji, wywołanej jego nieudacznictwem.” Tym psychoanalitycznym kluczem interpretacyjnym Weiss rozwiązuje zresztą wszystkie zagadki opowiadania. Sformułowana przez okulistę propozycja usunięcia „złych oczu” ujawnia tajony lęk Vincenza przed kastracją[12]. Albagi uśmierca swą matkę, bo jest ona dlań – symbolizując jako osoba władcza i dominująca oboje rodziców – źródłem kompleksów o charakterze edypalnym. Żonę z kolei zabija, ponieważ ta, będąc w jego małżeństwie partnerem silniejszym i przejawiającym większą inicjatywę, uświadamia mu niedostatki jego męskości. Naturalna jest niejako w tej sytuacji również nienawiść Vincenza do sterowców, które swymi fallicznymi kształtami zdają się z owych niedostatków naigrawać.

            Faktem jest, że sam Svevo w okresie, w którym, zdaniem Weissa mogła powstać nowelka – a więc około 1920 r. – intensywnie studiował dzieła Freuda. Tym studiom zawdzięcza później swe powstanie  wydana w 1923 r. najsłynniejsza jego powieść Świadomość Zenona[13], choć zarazem ortodoksyjni freudyści dość uszczypliwie wypowiadali się o zaprezentowanej przez autora znajomości doktryny ich mistrza. Svevo, nie kryjący skądinąd swego sceptycyzmu co do terapeutycznej skuteczności psychoanalizy („wielki człowiek, ten nasz Freud, ale raczej dla pisarzy niż dla chorych”), otwarcie wskazywał na freudowską inspirację niektórych epizodów Świadomości, jak choćby omyłkowe przyłączenie się Zenona do obcego konduktu żałobnego, co sprawia, że nie uczestniczy on w pogrzebie szwagra, co zdradza jego skrywaną pod maską przyjaźni wrogość wobec niegdysiejszego, zwycięskiego rywala. Klucz psychoanalityczny może być zatem w odczytywaniu prozy Sveva, zwłaszcza późniejszej, narzędziem bardzo przydatnym, co nie oznacza – uniwersalnym.

 

Onych też zazdrości pełno między ludźmi, z których jeden drugiego szczęścia znieść i na nie patrzyć nie może. I ohydzi sobie bliźniego tym samym, iż to ma, czego drugi nierad widzi u niego, woląc tego sobie życzyć.  I ono złe oko, jako Pan mówi, z szczerej zazdrości pokazuje nieżyczliwość ku bliźniemu i pokoju z nim żadnego mieć nie może, i zgody z nim nie chce.

Piotr Skarga, „Kazania sejmowe”

 

            W twórczości Sveva Złe oko postrzegane bywa często jako „autentyczne unicum” a to głównie właśnie przez swój „surrealistyczny motyw” (Bruno Maier). W istocie jednak triesteński pisarz nie tylko ten jeden raz sięgnął do arsenału literackiej fantastyki. Parodią seansu spirytystycznego jest komedia Terzetto spezzato („Rozbity tercet” – praktyki tego rodzaju, modne podówczas nie tylko w Trieście, wyśmieje Svevo później i w Świadomości, choć tym razem nie wprowadzając już do gry „prawdziwego” ducha), a w Lo specifico del dottor Menghi („Specyfik dr. Menghi”) tytułowy bohater pracuje nad środkiem, mającym wydłużyć ludzkie życie przez drastyczne spowolnienie wszystkich procesów fizjologicznych.

Fantastyczny charakter nowelki nie jest przy tym wcale jednoznaczny. Wszystkie tragiczne zdarzenia, których sprawcą czuje się Vincenzo, dają się przecież wyjaśnić na wskroś racjonalnie (podobnie skądinąd, jak te, których „przyczyną” był Paweł d’Aspremont). Katastrofy sterowców nie były niczym nadzwyczajnym, śmierć politycznego adwersarza mogła być choćby rezultatem zakażenia, wylew krwi do mózgu po gwałtownej sprzeczce, zwłaszcza u osoby starszej, trudno uznać za przypadek niezwykły, a gorączka poporodowa była jeszcze na początku ubiegłego wieku prawdziwą plagą. Także reakcja lekarza nie musi dziwić. Wiara w malocchio była wszak powszechna w całych Włoszech, tu i ówdzie także w warstwach wykształconych, a fakt, że stary doktor trzyma na podorędziu amulet, mający chronić go przed urokami, zdaje się potwierdzać jego wcześniejsze przekonanie o realnym charakterze tego typu zjawisk. W gruncie rzeczy Vincenzo zachowuje się bardzo podobnie jak ów opisany przez Freuda już w 1909 r. neurotyk, który usłyszawszy w recepcji sanatorium, że jego ulubiony pokój zajął pewien staruszek, rozzłoszczony mruczy pod nosem „A niech go szlag!”. I czuje się bardzo nieswojo, gdy w dwa tygodnie później tamten faktycznie umiera na zawał mózgu.

Gdzie jeszcze istnieje naród, nie rozumie państwa i nienawidzi go niczym złego oka i grzechu przeciwko obyczajom i prawom.

Friedrich Nietzsche, „Tako rzecze Zaratustra”

 

            Nie sposób nie zauważyć, że podobny łańcuch nieszczęść ciągnie się i za tytułowym bohaterem Świadomości. Źle kończą wszyscy, którzy w jakiś sposób wchodzą Zenonowi w drogę: Ada, kobieta, która wzgardliwie odrzuca jego miłość zapada na chorobę Basedowa, niszczącą bezpowrotnie jej urodę; ofiarą śmiertelnego schorzenia padnie także teść, oszukujący go bez skrupułów w interesach, a Guido, zwycięski rywal w staraniach o rękę Ady, popełnia – niechcący – samobójstwo, które właściwie pragnie jedynie upozorować, by „zmiękczyć” nieco otoczenie, co z niezłym skutkiem czynił już wcześniej, tym razem jednak, na skutek fatalnego splotu okoliczności, samobójczy zamach  okazuje się skuteczny. Jednak nawet przez moment ani samemu Zenonowi, ani nikomu innemu nie przechodzi przez myśl, by wszystko to działo się za sprawą jakichś złych czarów czy nadnaturalnych mocy. O malocchio mowa w Świadomości tylko raz: Guido, przekonany, że jego spółka właśnie przystąpiła do sfinalizowania znakomitego interesu, obiecuje swym współpracownikom niewielką  prowizję, obawiając się – trochę żartem, trochę serio – ich „złego oka”. Mimo to transakcja kończy się gigantyczną katastrofą finansową.

            Ale nawet gdyby przyjąć, że przez Vincenza działają jakieś siły nadnaturalne, to przecież nie on jest faktycznym podmiotem zdarzeń. Podobnie jak wielu neapolitańskich iettatori zdaje się być jedynie przetwornikiem tajemniczych energii wszechświata, punktem, wokół którego manifestują się one z jego udziałem, ale nie poddane w istocie jego woli. To zresztą akurat dobrze współgra ze specyfiką bohatera sveviańskiego – bezwolnego, obserwującego jedynie i analizującego z przesadną niekiedy wnikliwością siebie oraz swe otoczenie, ale niezdolnego do działania. Alfonso Nitti z Jednego życia, Emilio Brentani ze Starości czy Zeno Cosini – „trzej bracia”, jak nazywał ich sam Svevo – to postacie będące biegunowym przeciwieństwem „nadczłowieka”, którego cień coraz wyraźniej zarysowuje się w umysłowości europejskiej tamtych czasów. Svevo należał jednak raczej  do tych, którzy nie ulegli czarowi mrocznych proroctw  Nietzschego i urokom prozy d’Annunzia. W liście do jednego z przyjaciół, skądinąd zamierzającego właśnie poddać się kuracji psychoanalitycznej, pisał: „I dlaczegóż to chcieć leczyć tę naszą chorobę? Czy faktycznie musimy odbierać ludzkości to, co ma najlepszego? (...) Jesteśmy żywym sprzeciwem wobec śmiesznej koncepcji nadczłowieka, w postaci, w jakiej nam ją (zwłaszcza nam, Włochom) wbito do głów.” Jednak Vincenzo różni się przecież nieco od swych „współbraci” w inercji. Żaden z nich nie mierzy tak absurdalnie wysoko, w żadnym nie tkwi taki potencjał destrukcji i agresji, żaden nie jest ani tak bez reszty skupiony na sobie samym, ani tak żałosny w swym nieudacznictwie. Trudno się chwilami oprzeć wrażeniu, że młody Albagi pomyślany został  nie tylko jako przeciwieństwo „nadczłowieka”, ale także jako jego w pewnym sensie karykatura, parodia, jako małomiasteczkowy Übermensch, „któremu się nie udało”, postać odsłaniająca zarazem nie tyle zatrute, ile po prostu mętne źródła ideologii nadczłowieczeństwa, budzące raczej politowanie niż grozę. Claudio Magris nie bez racji jednak nazywał Sveva „poetą ambiwalencji” – Vincenzo zbyt wiele ma w sobie wciąż jeszcze z klasycznego l’eroe sveviano, by nie być zarazem postacią na swój sposób tragiczną w swej świadomości niespełnienia i życiowej klęski.

            Nie sposób nie pomyśleć tu i o losach samego Ettore Schmitza, bo tak brzmiało prawdziwe nazwisko Sveva. Nie ma oczywiście powodów, by zakompleksionego próżniaka Vincenza uważać za jego proste alter ego.  Młody człowiek z pokorą przyjmujący – po bankructwie ojca – skromną posadę w banku, później, po zawarciu małżeństwa z córką zamożnego przemysłowca[14], energiczny menadżer, wreszcie ktoś, kto nie tylko o sławie marzył, ale i, niezrażony niepowodzeniami, wciąż na nowo podejmował wysiłki, by sobie na nią faktycznie zasłużyć, to raczej, jak się zdaje,  dokładne przeciwieństwo młodego Albagiego. Jednak uczucia targające nieszczęsnym Vincenzem nie były zapewne Svevowi całkiem obce. Jego proza wyrasta niewątpliwie z bardzo osobistego doświadczenia i choć nie należy jej rzecz jasna odczytywać jako prostej autobiografii, jest przecież, jak określał to Giacinto Spagnoletti, wtapianiem  kilku charakterystycznych postaci w tworzony bez ustanku autoportret.

            W 1873 r. młodszy brat dwunastoletniego wówczas Ettore, Elio tak pisze o nim w swym dzienniku: „Z wolna pojawiła się w jego umyśle idea zostania pisarzem. Ach, stać się sławnym było jego największą nadzieją. Coraz bardziej oswajał się z tą ideą, tak że i dziś jeszcze całkowicie jest przez nią zdominowany.” (To właśnie w wieku lat dwunastu, przypomnijmy,  Vincenzo postanowi zostać nowym Napoleonem.) W czasach gdy Svevo pracuje nad Złym okiem, ma prawo uważać się za człowieka niespełnionego. Nie cierpi, jak i Vincenzo, niedostatku (choć zarazem, wżeniwszy się w rodzinę majętnego przedsiębiorcy, ma zapewne świadomość, że nie sobie wyłącznie zawdzięcza swą pozycję materialną), jednak jego marzenia o sławie wciąż pozostają niezrealizowane. Jest autorem dwóch powieści: Una vita[15], wydanej w 1892 r., i opublikowanej  sześć lat później Senilità[16]. Obie ukazały się nakładem autora i obie zostały raczej  chłodno przyjęte przez krytykę: „Nie ma jednomyślności doskonalszej”, ironizował później Svevo w przedmowie do drugiego wydania Starości, „od jednomyślności milczenia”. To milczenie bywa zresztą wręcz upokarzające: bez jakiejkolwiek odpowiedzi pozostają nawet jego listy, które wraz z książkami rozsyła do krytyków – zawodowe obcowanie ze słowem drukowanym nie zawsze wysubtelnia obyczaje.  „Nie pojmuję tego niezrozumienia”, mówił zgodnie z relacją żony wkrótce po wydaniu Starości. „To znaczy, że do ludzi nic nie dociera. Nie ma sensu, bym pisał i publikował.” Decyduje się porzucić „tę śmieszną i szkodliwą rzecz, która zwie się literaturą”. Rzecz znamienna, gdy podczas jakichś negocjacji handlowych jeden z jego kontrahentów pyta, czy to prawda, że jest autorem dwóch – wydanych pod pseudonimem – powieści, Svevo gorączkowo zaprzecza – jak zauważy później z goryczą, być we Włoszech „literatem zamkniętym w butelce” to „rzecz w najwyższym stopniu śmieszna”.

Postanowienia o porzuceniu aspiracji literackich Svevo nie przestrzega zbyt konsekwentnie. W jednym z listów wyznaje: „Musi być w moim mózgu jakieś kółeczko, co nie potrafi przestać produkować owych powieści, których nikt nie chce czytać, i buntuje się i kręci aż do zawrotu głowy.” A gdzie indziej doda: „Pisać trzeba na tym świecie, publikować się nie musi”.  Trudno nie dosłyszeć w tym zdaniu goryczy i rezygnacji, uprawianie pisarstwa bez nadziei dotarcia do czytelnika nie może nie wydawać przedsięwzięciem całkowicie pozbawionym sensu, budzącym podejrzenie, że w grę wchodzi skrywana mania wielkości w jej najbardziej chyba żałosnej postaci – grafomanii. Svevo czuje zatem potrzebę usprawiedliwienia swego „bazgrolenia” („schribacchiare”): Pisze, by „lepiej zrozumieć samego siebie”. Zresztą, jak powie gdzie indziej, parafrazując słynny dogmat katolicki, „poza piórem nie ma zbawienia”.

 

Któż zdołałby w tym pokaleczonym dzikusie rozpoznać najurodziwszego pośród Arnaootów? Jego obyczaje pozostawały w zgodzie z przemianą jego fizjonomii – stał się okrutny i nieczuły – uśmiechał się jedynie wówczas, gdy imał się jakiegoś zuchwałego przedsięwzięcia; osiągnął już owo najgorsze stadium zbójeckiej świadomości: rozkoszy dostarczał mu widok krwi. Postarzał się wśród tych zatrudnień, jego umysł bliski był szaleństwa, oblicze pociemniało. Ludzie drżeli pod jego spojrzeniem, kobiety i dzieci wykrzykiwały z przerażeniem: „Złe Oko”. To przekonanie stało się powszechne, a i on sam je podzielał szczycił się nawet tym złowróżbnym darem, a kiedy jego ofiara dygotała i słabła, porażona śmiercionośnym fluidem, szatański śmiech, towarzyszący tej demonstracji siły, jeszcze większą grozą napełniał ściśnięte serce człowieka, na którego rzucił swój czar. Ale Dimitri potrafił panować nad strzałami swego spojrzenia, a wśród jego kompanów nadnaturalny ów dar, odkąd przestali się bać, że użyje go przeciwko nim, tym większy budził szacunek.

Mary Shelley, „Złe Oko”

 

Svevo nigdy nie posunie się na szczęście tak daleko jak z górą pół wieku później Guido Morselli, który, ignorowany uparcie przez wydawców, zastrzeli się w 1972 r., by zaraz potem zyskać sławę jednej z najciekawszych indywidualności powojennej literatury włoskiej. Ale lata pozostawania w kompletnym zapomnieniu były dla autora Starości doświadczeniem bez wątpienia traumatycznym. Najbardziej chyba przejmującym zapisem tego daremnego czekania na sławę jest opublikowana pośmiertnie w 1929 r., a napisana zapewne około czterech lat wcześniej nowela Una burla riuscita („Udany żart”). Jej bohaterem jest sześćdziesięcioletni – podobnie jak Svevo około 1925 r. – skromny urzędnik triesteński, Mario Samigli – także Svevo posługiwał się czas jakiś pseudonimem E. Samigli – autor wydanej czterdzieści lat wcześniej – własnym nakładem – powieści Una giovinezza („Młodość”), której tytuł musi wywołać natychmiastowe skojarzenie z Una vita. Powieść tę „można by uznać za umarłą, gdyby na tym świecie zdolne były umierać także rzeczy, które nigdy nie były żywe”. Mimo to Mario wciąż uważa się za człowieka przeznaczonego sławie, „albowiem ogromna inercja, która wzbraniała mu jakiegokolwiek buntu przeciwko swojemu losowi, powstrzymywała go od żmudnej pracy nad unicestwieniem przekonania, jakie uformowało się w jego duszy wiele lat wcześniej”. Z pozoru pogodzony z losem, sumiennie wykonuje w swym biurze „prace niższego rzędu, które w handlu słusznie przypadają w udziale literatom nie umiejącym niczego innego”. Czasem tylko tłumiona gorycz wybucha zeń w postaci bardzo zdecydowanych i przyprawionych źle skrywaną zawiścią, wzgardliwych sądów o innych, szczęśliwszych niż on, autorach, „żywych i martwych”, których prekursorem jest w swym niezachwianym mniemaniu on sam. Traktowany przez nielicznych przyjaciół z przymrużeniem oka i współczuciem należnym komuś, kto miał „nieszczęście urodzić się pisarzem”, Mario wiedzie żywot smutny i monotonny, opiekując się chorym bratem i pisując „do szuflady” – podobnie jak czynił to i Svevo – bajki o zwierzętach. I tylko czasem nocami wyrywają mu się przez sen  westchnienia i okrzyki, ogłaszające światu: „Zasługuję na więcej, zasługuję na inny los”.

Tego „innego losu” sam Svevo wreszcie się doczeka. Sukcesem – choć nie od razu – zakończy się dopiero trzecia z podjętych przezeń prób wspięcia się na Parnas. W 1923 r. wydaje – tradycyjnie już własnym sumptem – Świadomość Zenona. Pewnie i ta powieść podzieliłaby los dwóch poprzednich, gdyby nie, jak sam się później wyrazi, „kaprys wielkiego człowieka”, Jamesa Joyce’a. Joyce, którego Ulisses ukazał się na rok przed Świadomością, jest już pisarzem o międzynarodowej renomie. Zaprzyjaźniony od lat ze Svevem, którego poznał podczas swego pobytu w Trieście, gdzie w szkole Berlitza nauczał angielskiego, zwraca nań uwagę dwóch znanych krytyków francuskich, Benjamina Crémieux oraz Valéry’ego Larbaud. I jak to często bywa, uznanie zdobyte za granicą toruje triesteńskiemu pisarzowi drogę do publiczności włoskiej – pod koniec 1925 r. Eugenio Montale  publikuje swój słynny artykuł W hołdzie Italo Svevo[17]. Ettore Schmitz staje się człowiekiem sławnym, albo, jak woli ostrożnie się nazywać on sam – „prawie sławnym”. Skądinąd bycie „Svevem Joyce’a” zawsze będzie go, mimo wdzięczności dla przyjaciela, nieco uwierało. Tą tak upragnioną sławą nie będzie mu zresztą dane cieszyć się zbyt długo: 13 września 1928 r. umiera na atak serca, będący zapewne następstwem przeżytego dzień wcześniej wypadku samochodowego.

Złe oko” to jedno z dość licznych niedokończonych opowiadań Sveva. Jaki obrót przyjęłyby dalsze losy Vincenza? Pewnie nienajlepszy, jego straszna broń ma wszak dosięgnąć i jego samego.  Czy następną ofiarą złego oka byłby mały Gerardo? Czy też Vincenzo, przerażony taką możliwością, poszedłby za radą starego okulisty i sam wyłupiłby sobie swoje „złe oczy”? Czy, jak Alfonso Nitti popełniłby samobójstwo? A może, jak Emilio Brentani, wiódłby dalej swą gnuśną egzystencję, opuszczony przez wszystkich, studiując bezproduktywnie biografię Cesarza i pielęgnując swe „sny o potędze”? Czy wreszcie – co wydaje się najmniej prawdopodobne – jak Zeno Cosini, z niespodziewaną energią i skutecznością ratujący resztki majątku Guida i Ady, ocknąłby się niespodziewanie z letargu i uczynił jakiś krok w kierunku  może nie od razu tronu królewskiego, ale choćby krzesła w radzie miejskiej? Tego rzecz jasna wiedzieć nie możemy. I nie to jest w istocie najważniejsze. Bo najważniejsze, co Svevo chciał w swej nowelce zawrzeć, już w niej jest: subtelna analiza psychologiczna poczucia niespełnienia i wywołanej przez nie przemiany energii twórczej w destrukcyjną i autodestrukcyjną „piekielną moc” zawiści i mizantropii[18], analiza zaprawiona nieco „demoniczną”, jak ją określał Claudio Magris, ironią, „zasłaniającą i odkrywającą przepaście”, a chyba też i niemałą dawką autoironii. Być może i sam Svevo czuł się chwilami zagrożony taką transformacją swego potencjału twórczego. Być może i sam pisarz, podobnie jak Mario Samigli, jego groteskowy nieco porte-parole, nie zostawiający suchej nitki na współczesnych mu wielkościach literackich, odczuwał niekiedy ból oczu, spoglądając ku górze, albo tylko w bok, gdzie tryumfy święcili literaci, o których dziś mało kto pamięta, i wpadał w bezsilną złość na nie rozumiejący niczego świat. O ile jednak świadomość kompletnej życiowej porażki, niezdolność do samorealizacji  prowadzi Vincenza ku powolnej moralnej degeneracji, czyniąc „dobrego i niegłupiego chłopca”, przerażonego początkowo posiadaniem śmiercionośnej mocy, zimnym psychopatą, żałującym, że nie może swego daru używać częściej i skuteczniej, o tyle sam Svevo przez swój czyściec obojętności i niechęci świata przeszedł zwycięsko i w gruncie rzeczy wzmocniony – opublikowana  po latach milczenia Świadomość będzie w końcu najlepszą rzeczą, jaka napisze i jednym z arcydzieł prozy europejskiej. Pomogła mu w tym pewnie zarówno niezachwiana i zdrowa wiara we własny talent – jak podkreśla w Szkicu autobiograficznym, nigdy nie zwątpił w wartość swych powieści i nie im przypisywał winę za swe niepowodzenia – jak i owa tajemnicza siła, która wbrew wszystkiemu i wszystkim kazała mu pisać choćby wyłącznie do szuflady. Kto wie, może to właśnie poczucie zlekceważenia i zepchnięcia na margines było w jakiejś mierze jednym z istotnych katalizatorów jego pisarstwa, sprzyjając wykształceniu niepowtarzalnych cech l’eroe sveviano. Sukces bywa wszak nie mniej destrukcyjny niż porażka. Gdy Mario Samigli, któremu fałszywy przyjaciel płata figla, przekonując go, że pewien wielki wydawca pragnie rzekomo wznowić w Niemczech jego zapomnianą powieść,  zaczyna już rozsmakowywać się w swej przyszłej pisarskiej sławie, zachodzi w nim znamienna metamorfoza: „Nie był teraz nikim innym jak człowiekiem sukcesu. Człowiekiem, w którym ambicja zdeformowała się w śmieszną próżność i który sądził, że nie obowiązują go zwykłe zasady sprawiedliwości i człowieczeństwa.”

„Pokonanego przez życie” niewiele w istocie dzieli od „nadczłowieka”.

Pierwodruk: „Kresy. Kwartalnik Literacki” 4/2004, s. 31–42.

 

 

  

III.

Aneks

 

Tadeusz Zatorski

 

„W podróży…”.

Wątki żydowskie w życiu i pisarstwie Italo Svevo

 

Italo Svevo, uważany za jednego z najwybitniejszych prozaików włoskich XX w. Urodził się 19 grudnia 1861 w Trieście. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Ettore (Aron) Schmitz. W 1878 r. ukończył szkołę handlową w Segnitz pod Würzburgiem. W 1880 r. podjął  pracę jako urzędnik w jednym z banków triesteńskich. Równocześnie współpracował z wydawanym w Trieście czasopismem literackim „L’Indipendente”. Małżeństwo z kuzynką, Livią Veneziani, córką zamożnego przemysłowca i praca w firmie teścia, zakładach chemicznych, produkujących cenione w całej Europie lakiery okrętowe, dały mu niezależność finansową. Znany jest głównie jako trzech powieści, Jedno życie (1893),  Starość (1898) i Zeno Cosini (1923),  pozostawił jednak po sobie także opowiadania, eseje i komedie, wydane w dużej części pośmiertnie. Zmarł 13 września 1928 r. w Motta di Livenza w następstwie obrażeń odniesionych w wypadku samochodowym.

 

Nawet najuważniejszy czytelnik prozy Italo Svevo, jeśli nie zaznajomił się wcześniej z biografią pisarza, nie domyśli się jego żydowskich korzeni. Raczej nie odnajdzie też żydowskich motywów w jego twórczości, i to nawet tam, gdzie sam autor w swoim własnym przekonaniu je umieścił. Kto na przykład odgadnie, że Żydem w zamyśle Sveva jest Emilio Brentani, główny bohater (wydanej niedawno i w polskim przekładzie) Starości? Tymczasem fakt ten nie jest bez znaczenia już dla tajemniczego tytułu powieści. W jednym ze szkiców przedmowy do jej drugiego wydania z 1927 r. Svevo pisał: „Nie wiem już, skąd się [ów tytuł – przyp. T.Z.] wziął, nie wiem, czy starczy charakter przypisałem bohaterowi powieści, jego rasie (a propos: teraz spostrzegam, że nie znalazłem nigdy sposobu, by powiedzieć, że był Żydem), czy środowisku, w którym się obracał.” Znamienne skądinąd, że w ostatecznej wersji przedmowy passus ten zostanie pominięty.

Od samego początku nie brakowało jednak krytyków, którzy właśnie w żydowskim rodowodzie Sveva poszukiwali uniwersalnego omalże klucza do jego pisarstwa. „Zza moralnego portretu bohatera sveviańskiego (...) zdaje się wyzierać oblicze uderzająco do kogoś podobne” – pisał rok po śmierci pisarza w słynnym eseju Svevo i Schmitz Giacomo Debenedetti. „Jakby za sprawą jednego z owych ruchliwych cieni, przychodzących, pomyśleć by można, znikąd, albo  uśmiechów, w których usta wyginają się w grymas przelotny i nie dający się zapomnieć; jakby za sprawą jednego z tych detali, które każą nam odnajdywać w czyichś rysach podobieństwo  rodzinne, mamy wrażenie, że w twarzy tego bohatera przebija znajome nam oblicze. Odnajdujemy, naszkicowane aluzyjnie, cechy fizjonomiczne abstrakcyjnego typu psychologicznego – który choć abstrakcyjny, wcale nie jest mniej gorący i żywy – opisanego przez Otto Weiningera w Płeć i charakter pod imieniem 'Żyda'”.

 

Żydowski antysemityzm?

 

Przywołanie skandalizującej książki Weiningera było w tym kontekście zabiegiem bardzo wymownym. Otto Weininger, wywodzący się z rodziny zasymilowanych Żydów wiedeńskich, wydał w 1903 roku 600-stronicową rozprawę z pogranicza filozofii i fizjologii, która wkrótce – mimo samobójczej śmierci autora w tym samym roku (a może po części i w jej następstwie) – miała stać się jednym z najpowszechniej dyskutowanych i wpływowych tekstów epoki. Weininger relacje między płciami przedstawił w kategoriach silnego antagonizmu, choć zarazem był zdania, że osobowość ludzka ma z natury charakter biseksualny. Pierwiastek męski jest zgodnie z jego teorią źródłem wielkości i wzniosłości, żeński zaś to uosobienie wszystkiego, co cielesne, niskie pozbawione ambicji: kobieta nie posiada pamięci, nie potrafi kierować się logiką ani myśleć krytycznie, jest łatwowierna, naiwna, pozbawiona wszelkiej zdolności wspięcia się na wyżyny geniuszu, dostępne jedynie mężczyźnie. Jej główną motywacją we wszelkim działaniu jest pożądanie seksualne, a seks wyłącznym sensem jej życia.

Natura kobiety jest dla Weiningera punktem wyjścia i odniesienia dla opisu mentalności i charakteru narodowego Żydów. Żyda cechuje jego zdaniem, podobnie jak kobietę, rozwiązłość, immoralizm, ale zarazem wykorzenienie z tradycji, brak prawdziwej wiary (sam Weininger przeszedł na protestantyzm, co akurat w katolickim Wiedniu nie gwarantowało  wielkich przywilejów i ułatwień), zdolność asymilowania się do wszelkich warunków, wreszcie wewnętrzne skłócenie i znerwicowanie.

Rozprawa Weiningera stała się obowiązkową lekturą współczesnych antysemitów, dostarczając im wygodnego aparatu pojęciowego, który odtąd zaczął żyć własnym życiem: sama  książka została zakazana w III Rzeszy z powodu pochodzenia autora, zawierała przy tym stwierdzenia mało przydatne ideologom nazizmu, jak choćby to, iż „w agresywnym antysemicie zawsze dostrzeże się pewne cechy żydowskie”. Płeć i charakter uznaje się w każdym razie za jedno z możliwych źródeł inspiracji dla Hitlera, który kiedyś wspomniał nawet Weiningera wśród, jak ich określał,  „użytecznych Żydów”.

I ten to właśnie wyabstrahowany „Żyd” Weiningera – skądinąd będący w rozumieniu jego samego bardziej symbolem pewnej „orientacji duchowej” i „konstytucji psychicznej” niż „rasy” – posłuży Debenedettiemu za model interpretacyjny bohatera sveviańskiego, który zdaje się podobnie jak tamten „wyzuty z wszelkiego szczęśliwego instynktu życia i pozbawiony zdolności odprężenia się”, a „niestabilna rozmaitość podstaw moralnych czyni go plastycznym, wrażliwym na wszelkie pchnięcia i łatwo ulegającym pod ich wpływem deformacji – kobieco pasywnym, jak to nazywa Weiniger”. Na dowód tej tezy Debenedetti przytacza cytat ze Starości: „Mężczyzna w całym tego słowa znaczeniu, Balli nie przejmował nic od innych, a gdy był w towarzystwie Brentaniego, mógł odnieść wrażenie, że asystuje mu jedna z tylu podporządkowanych mu kobiet”[19]. Sam Svevo z jednej strony wpisuje w postać swego bohatera doświadczenia „swojej własnej, tonącej w głębokim cieniu autobiografii”, jest posłuszny, „on, Żyd z pochodzenia mrocznym sugestiom i nieustannym wezwaniom swych korzeni”, z drugiej wszakże usiłuje się od tych korzeni odciąć. Podobnie jak Weininger, który dostrzegłszy u siebie „symptomy żydostwa”, ograniczające jego wolność myślenia, działania i życia, usiłuje „wyrzucić  je na zewnątrz siebie, by się im przyjrzeć, ale i by mieć się przed nimi na baczności”, tak i Svevo pragnie jakoby wyzwolić się  spod ciężaru uwierającej go żydowskiej tożsamości. W tym kontekście Debenedetti wskazuje także na obrany przez Sveva pseudonim, który łączy w sobie odniesienia do dwóch jedynie ważnych dla pisarza tradycji, włoskiej i niemieckiej (svevo to po włosku Szwab), pomijając całkowicie tradycję trzecią, właśnie żydowską – ta „pozostała ukryta i prawie nieznana w jego nazwisku Schmitz, z którego jako pisarz nigdy nie czynił użytku”.  W postawie Weiningera i Sveva przejawiałoby się zatem to, co określa się mianem „antysemityzmu żydowskiego”, paradoksalna „próba konwersji ludu o twardym karku, z natury niezdolnego do konwersji”, a wręcz nienawiść skierowana ku własnej tradycji i rasie – niepozbawiona jednak elementów ukrytej solidarności z nią. Właśnie ta próba odcięcia się od korzeni, zaprzeczenia swej tożsamości i jej przemilczenia, sprawia zdaniem Debenedettiego, że Svevo ostatecznie jako pisarz ponosi klęskę, czyni jego bohatera postacią z artystycznego punktu widzenia ułomną, niedopowiedzianą, nieautentyczną i dlatego niezdolną wywołać  w czytelniku prawdziwy rezonans: główna wada jego prozy „polega na (...) tym, że pozostawił w cieniu tajemnicę własnego pochodzenia, podczas gdy tajemnica poezji, zgodnie ze słusznym powiedzeniem pewnego poety, winna być  tajemnicą w pełnym blasku Słońca”.

Z trudem skrywana niechęć do Sveva, wyczuwalna w analizie Debenedettiego  to przy tym nie wrogość antysemity, zawsze skorego dowodzić, jakoby Żydzi  próbowali ukrywać swe prawdziwe pochodzenie, a przy tym żywili skrytą nienawiść do własnej nacji, nie wykluczającą jednak wcale odruchów wewnętrznej solidarności.  Za argumentacją Debenedettiego, który sam wywodził się z rodziny ortodoksyjnych Żydów, musiały kryć się inne motywy. (Skądinąd książka Weiningera i fenomen „żydowskiej nienawiści do samych siebie”, stały się przedmiotem poważnej analizy innego żydowskiego myśliciela i eseisty, Theodora Lessinga, autora wydanej w 1930 roku, tak właśnie zatytułowanej książki.)  Jego esej o Svevie uchodzi zresztą  za jeden z najwybitniejszych esejów krytycznoliterackich w XX-wiecznej literaturze włoskiej, choć zapewne wolno się zastanawiać, czy Debenedetti nie wyolbrzymia aby znaczenia, jakie w ocenie  prozy Sveva może mieć niepozbawiony faktycznie pewnej ambiwalencji sposób, w jaki pisarz odnosił się do swej żydowskiej tożsamości.  Tej ambiwalencji warto się jednak przyjrzeć nieco bliżej.

 

Rodzina Schmitzów

 

Nie może nie zastanawiać fakt, że w opublikowanym w 1929 roku Szkicu autobiograficznym (jego formalnym autorem był triesteński dziennikarz Giulio Césari, jednak to sam pisarz nadał tekstowi ostateczną formę) o swych żydowskich korzeniach Svevo nie wspomina ani słowem[20]. Svevo zaczyna tam od wyjaśnienia swego pseudonimu, który miał „zbratać rasę włoską z germańską” w „asymilacyjnym tyglu”, jakim był Triest, włoska brama na wschód. Jeśli dać wiarę  tym zapiskom, to dziadek pisarza był „urzędnikiem cesarskim w Treviso, gdzie ożenił się z Włoszką”, ojciec zaś, mieszkający już w Trieście „uważał się za Włocha” i również poślubił Włoszkę. I nawet tam, gdzie Svevo określa go przymiotnikiem „zasymilowany”, nie ma to nic wspólnego z „asymilacją” Żydów (choć tak niekiedy fragment ów interpretowano), lecz wskazuje raczej na ostateczne wtopienie się rodziny Schmitzów, imigrantów „germańskich”,  w żywioł włoski. Nie bez znaczenia był tu fakt, że współautor Szkicu, Césari, był aktywnym działaczem włoskiego ruchu niepodległościowego i za wszelką cenę  aktywnym włoskim patriotą, irredentystą wręcz, uczynić pragnął także Sveva. Pewną rolę mógł odegrać też lęk przed nasilającym się już wówczas we Włoszech antysemityzmem.

W rzeczywistości wszyscy przodkowie pisarza byli pochodzenia żydowskiego, choć faktycznie ci ze strony ojca wywodzili się z Niemiec, z Nadrenii. Gdy swego czasu Svevo odwiedził w interesach pewną fabrykę w Mühlheim, okazało się, że czterech spośród siedmiu jej pracowników nosiło nazwisko Müller, pozostałych trzech zaś właśnie Schmitz. Prawdopodobnie za panowania Józefa II jeden z nadreńskich Schmitzów przeniósł się do niemieckiej kolonii w okolicach Köpchen (miejscowości zwanej także Kleine Kopitz) w  Transylwanii (dziś Copsa Mica w Rumunii). Osiadli tam Niemcy i Żydzi mówili dialektem szwabskim, a okolice te zwano również „Schwabenland” (co na pseudonim pisarza kazałoby spojrzeć z jeszcze innej perspektywy). W tamtejszym żydowskim rejestrze małżeństw z 1828 roku zachowała się wzmianka o ślubie dziadka pisarza Abrahama Adolfa Schmitza z Paulą Macerata. Ich najstarszy syn, Raffael Franciszek osiedlił się po długiej tułaczce w Trieście. Tu w grudniu 1855 roku poślubił Allegrę Moravię, córkę Abrama Moravii, pochodzącego z Friuli i triestenki Sary Levi. Urodziny pisarza, „Arona zwanego Ettore”, odnotowano w rejestrach triesteńskiej gminy żydowskiej pod datą 20 grudnia 1861 roku (on sam obchodził je 19 grudnia).

Nie przypadkiem też Szkic całkowicie przemilcza pierwsze etapy szkolnej edukacji Ettore, wzmiankując jedynie jego kilkuletni pobyt w kolegium handlowym w Segnitz pod Würzburgiem. Pierwsze szkoły, do których uczęszczał jeszcze w Trieście były szkołami żydowskimi. Pierwsza z nich, do której trafił w wieku sześciu lat, prowadzona była przez rabina Melli. Uczono tam głównie religii, arytmetyki, włoskiego oraz hebrajskiego. Córka pisarza, Letizia Svevo Fonda Savio wspomina jednak, że jej ojciec nie znał tego ostatniego języka, podobnie zresztą jak jej dziadek, Francesco. To twierdzenie bywa jednak podważane przez biografów Sveva, niektórzy z nich przypuszczają ponadto, że Schmitzowie posługiwali się także dość biegle jiddisch, supozycje te opierają się jednak raczej na spekulacjach niż konkretnych dowodach.

W 1872 roku Ettore wraz z dwoma braćmi trafia do – również żydowskiej – szkoły handlowej Emanuela Edelesa. W szkole w Segnitz trzej bracia Schmitz kształcą się w latach 1874-1878. Założona w 1838 roku uczelnia nie miała charakteru jednoznacznie wyznaniowego czy narodowościowego. Spora część jej kadry pedagogicznej i wychowanków była rzeczywiście pochodzenia żydowskiego, ale uczęszczali do niej także katolicy (dla których organizowano osobne zajęcia z religii). Nic też nie wiadomo o tym, by od uczniów żydowskich wymagano udziału w jakichś praktykach religijnych ani też, by program szkoły obejmował także wychowanie religijne. Nie wydaje się zresztą, by przykładali do tego jakąś szczególną wagę także rodzice Ettore. Schmitzowie nie byli z pewnością ortodoksami, pozostawali jednak blisko związani z triesteńską społecznością żydowską. Głównie w jej kręgu prowadzili swą działalność handlową, do niej ograniczali swe kontakty towarzyskie i w jej obrębie zawierali związki małżeńskie. Uczestniczyli także regularnie w uroczystościach religijnych (w 1880 roku Francesco pełnił nawet funkcję hadan berescid podczas święta kuczek). Z drugiej strony nie stawiali też wielkich przeszkód małżeństwom z konwertytami żydowskimi. Brat Allegry, Giuseppe, żeni się nawet z aryjką i katoliczką. Jego córka, Olga, poślubi potem konwertytę, Gioacchino Venezianiego. Ich z kolei córka, Livia, zostanie żoną Italo Svevo.

 

Shylock tragiczny

 

2 grudnia 1880 roku na łamach miejscowego dziennika L’indipendente ukazuje się pierwszy opublikowany tekst przyszłego pisarza, krótki esej o Kupcu weneckim Szekspira, zatytułowany Shylock. Artykuł ukazuje się w dniu, w którym komedia ma zostać wystawiona na jednej ze scen triesteńskich, a Svevo stawia w nim pytanie, czy faktycznie dzieło miało w intencji autora wyśmiewać i oczerniać Żydów. Kto wpatrzy się i wsłucha w nie uważnie, odpowiada Svevo, dostrzeże w Shylocku „postać wielką, godną podziwu, ludzką”. Tragiczną w istocie i godną współczucia postać kogoś, kto czuje się człowiekiem, a kogo nie traktuje się jak człowieka, kto pragnie jedynie pomścić doznane niesprawiedliwie krzywdy, a ostatecznie zostanie oszukany i zdradzony przez istotę mu najbliższą.

Czy także Svevo, jak sugeruje jeden z jego biografów, John Gatt-Rutter, pragnie swym artykułem dokonać jakiejś „subtelnej zemsty”. Choćby na owym przedsiębiorcy, który w kilka miesięcy wcześniej odrzucił jego podanie   o posadę praktykanta właśnie z powodu jego pochodzenia[21]. Nie jest to jednak oczywiste, zwłaszcza, że w Trieście drugiej połowy XIX w. antysemityzm nie był postawą rozpowszechnioną. W odróżnieniu choćby od stołecznego Wiednia, zarządzanego wówczas przez zdeklarowanego antysemitę Karla Luegera. Triesteńska prasa żydowska relacjonuje odosobnione incydenty (jak napaści na pogrzeby żydowskie czy dyskryminacja nauczycieli pochodzenia żydowskiego), podkreślając zarazem atmosferę tolerancji, panującą generalnie w mieście.  Tej atmosferze sprzyja niewątpliwie i fakt, że miejscowa społeczność żydowska jest w dużej mierze zasymilowana. Znamienne jest w każdym razie, że gdy w latach siedemdziesiątych dochodzi do napaści  na przybywających do Triestu, odzianych w tradycyjne stroje, polskich Żydów, Corriere Israelitico zajmuje wobec tych zdarzeń postawę dość ambiwalentną, wskazując i na to, że owi przybysze swym manifestacyjnym tradycjonalizmem sami prowokują takie wrogie reakcje.

Tekst Sveva jest za to wyraźnie inspirowany esejem Heinricha Heinego Jessica, należącym do cyklu D            ziewczęta i kobiety Szekspira. Także Heine postrzega Shylocka jako postać głęboko tragiczną i uwalnia autora od oskarżeń o chęć skarykaturowania li tylko postaci Żyda ku uciesze gawiedzi. W rzeczywistości bowiem „duch świata, który nim [tj. Szekspirem] włada, góruje nad jego prywatną wolą”, prowadząc go ku zupełnie innym regionom. Podobną metaforą posłuży się i Svevo, przypisując Szekspirowi pewien „wyższy geniusz” (genio superiore). Z Heinem zresztą, którego raz ogłasza omalże „swoim Bogiem”, raz zaś przeklina, połączy go,  o czym jeszcze wówczas nie wie, pewien życiowy wybór, o którym przypadkiem wspomni już w pierwszej linijce swej debiutanckiej publikacji, Niemieckiego poetę  nazywa tam „renegatem”, próbującym swój entuzjazm dla Szekspira połączyć ze „czcią, która pozostała w nim dla wiary jego przodków”. Podobnie bowiem jak Heine Svevo przyjmie chrzest i podobnie jak Heine gorzko będzie tego żałował.

 

Chrzest agnostyka

 

W 1896 roku Svevo żeni się ze swą dość bliską kuzynką Livią Veneziani. Takie mariaże między krewnymi nie są podówczas niczym niezwykłym. Rodzice Livii są katolikami, choć mają w sobie niemało żydowskiej krwi. Początkowo bardzo niechętnie odnoszą się do małżeńskich planów córki, przyczyną jest jednak raczej nie tyle przynależność wyznaniowa przyszłego zięcia, ile raczej jego niska pozycja społeczna i materialna. Veneziani to już podówczas liczący się w całej Europie producenci lakierów okrętowych i ludzie bardzo majętni, podczas gdy Ettore nadal jest jedynie skromnym urzędnikiem bankowym. Różnica wyznania, a co za tym idzie niemożność zawarcia związku małżeńskiego uznanego przez Kościół jest jednak niemałym problemem dla bardzo religijnej Livii, a kwestia ta jest, jak się zdaje, częstym tematem ich rozmów. Ostatecznie perswazje narzeczonej, a później żony  okazują się skuteczne i 25 sierpnia 1897 r. pisarz przyjmuje chrzest. W swych wspomnieniach Livia przedstawia okoliczności tego wydarzenia w sposób niezwykle wzruszający, ale chyba nie całkiem zgodny z rzeczywistością: „Gdy Livia, nie widząc innego wyjścia, poddała się już woli Ettore, to znaczy przystała na małżeństwo cywilne, powiedział: <<A więc jesteś gotowa związać się z Żydem?>> <<Tak>>, odpowiedziała Livia stanowczo. A Ettore wykrzyknął radośnie: <<W takim razie się ochrzczę>>”. Według innej relacji decyzję o konwersji Svevo podjął już po ślubie cywilnym, na krótko przed narodzinami córki Letycji. Livia, źle znosząca ciążę i poważnie obawiająca się śmierci, nie mogła pogodzić się z faktem, że żyjąc w związku nie uznawanym przez Kościół pozostaje – w rozumieniu jego nauk – w stanie grzechu śmiertelnego. Chcąc uspokoić ten konflikt sumienia żony, Ettore zgodził się przyjąć jej wiarę i przypieczętować ich małżeństwo formalnym ślubem kościelnym.

W 1995 r. Elisabeth Schächter opublikowała bardzo ciekawe dokumenty, rzucające nowe światło na ów epizod biografii Sveva. Zgodnie z ustawodawstwem austriackim – i tak już zliberalizowanym w 1869 roku w stosunku do dawniejszego, zakazującego  w ogóle małżeństw mieszanych – zawarcie formalnego związku małżeńskiego w wypadku osób o różnych wyznaniach możliwe było tylko pod warunkiem zadeklarowania bezwyznaniowości przez jedno z małżonków. W rejestrze triesteńskiego Commisariato Civile zachowała się taka deklaracja Ettore Schmitza z 29 maja 1896 roku. Rzecz ciekawa, podobną złożyła także cztery dni wcześniej głęboko wierząca Livia, co było raczej – wcale nierzadkim ponoć w takich sytuacjach – aktem solidarności z narzeczonym niż autentycznym wyznaniem. Zresztą tuż obok, w rubryce „uwagi” znajduje się datowana trzy miesiące później adnotacja o powrocie Livii „na łono Kościoła katolickiego”. 

Konwersje podobne do tej, jakiej dokonał Svevo, nie były w ówczesnym Trieście niczym odosobnionym. Oblicza się, że w drugiej połowie XIX wieku na krok taki, wymuszony różnymi zewnętrznymi okolicznościami,  zdecydował się co trzeci członek tamtejszej gminy żydowskiej. Faktem jest jednak, że w rodzinie Schmitzów Ettore był jedynym konwertytą. Brak jednak jakichkolwiek poszlak, które by wskazywały na to, że jego formalne odejście od judaizmu wywołało jakieś niesnaski czy napięcia. Mimo to w roli katolika pisarz nie czuł się najlepiej. W jego listach dość często pojawia się od tego momentu charakterystyczna metafora: „żałować czegoś jak Żyd chrztu”. Z pewną niechęcią będzie też przypatrywał się planom Livii umieszczenia Letycji w szkole klasztornej, uważając, że ich rodzina i bez tego „jest już wystarczająco katolicka”.

Sam Ettore jest przy tym od wczesnej młodości zdeklarowanym agnostykiem i jego przynależność wyznaniowa ma charakter jedynie formalny. Ten agnostycyzm, połączony z sympatią dla idei socjalistycznych,  wyniósł zdaje się już ze szkoły w Segniz – ku takiemu światopoglądowi skłaniał się jej  ówczesny dyrektor, Samuel Spier. Podobną postawę przyjmują zresztą na ogół jego bohaterowie: Emilio Brentani ze Starości wygnanie religii z serca swojego i swojej siostry uważa wręcz za „najważniejsze dzieło [swego] życia[22]. Nieco bardziej ambiwalentna jest postawa Zena Cosiniego ze Świadomości Zenona. Wobec religii zachowuje on chłodny dystans, to jedynie „fenomen”, który może być co najwyżej przedmiotem badań. On sam zresztą nie przejawia nimi specjalnego zainteresowania: gdy któregoś dnia „wpada w ręce pewnego uczonego przyjaciela”, który pragnie podzielić się z nim swymi przemyśleniami na temat początków chrześcijaństwa, Zeno zauważa, że to właściwie pierwszy raz, kiedy ktoś wymaga od niego tego rodzaju refleksji, jednak, by sprawić przyjacielowi przyjemność, wysłuchuje jego długiego wykładu. „Padał deszcz i było zimno. Wszystko wokół było niemiłe i posępne, włącznie  z Grekami i Żydami, o których mówił, a jednak poddawałem się tej udręce przez dobre dwie godziny.” Śmierć ojca sprawia jednak, że na jakiś czas powraca do „religii swojego dzieciństwa” i choć na zewnątrz nie przestaje wyśmiewać wszelkich praktyk religijnych, to przecież każdego dnia poleca „komuś” duszę zmarłego. „Religią prawdziwą jest właśnie ta, której nie trzeba wyznawać na głos, by czerpać z niej pociechę, bez której czasem, rzadko, nie sposób się obejść”.

Ta ambiwalencja powróci w innej postaci w ostatnim opowiadaniu Sveva (ponoć pracował nad nim jeszcze na krótko przed wypadkiem, w następstwie którego zmarł), zatytułowanym nomen omen Śmierć. Jego bohater, Roberto, agnostyk podobnie jak Svevo, pragnie odejść z tego świata nie poddając się lękowi przed śmiercią, który wielu ludzi przybliża do religii. Gdy jednak przychodzi ta ostatnia godzina, ogarnia go przerażenie, a całe jego życie wydaje mu się „jedną wielką winą, której teraz pragnął żałować”, jego żona zaś, kobieta bardzo religijna, zastanawia się, co to mogła być za wina i znajduje odpowiedź: „Jego areligijność. (...) W ostatniej chwili się nawrócił. (...) Nawrócił się po cichu”.

Wkrótce sam Svevo stanie w obliczu podobnej decyzji. Jednak gdy ktoś z zebranych wokół łóżka umierającego zasugeruje przywołanie księdza, sprzeciwi się temu sama Livia: „Choć byłam bardzo religijna”, zapisze w swoich wspomnieniach – „uważałam to za niestosowne. Usłyszał mnie i zobaczyłam, że złączył dłonie jak w modlitwie. Zapytałam go z lękiem: <<Ettore, czy chcesz się pomodlić?>> <<Jeśli ktoś nie modlił się przez całe życie, nie zda się to na nic w ostatniej chwili>>, szepnął słabym już głosem. Potem nie odezwał się więcej”.

Zgodnie ze swoją wolą pisarz pochowany został 18 września 1928 roku na cmentarzu żydowskim w Trieście, zgodnie z żydowskim rytuałem zawinięty w całun. Pogrzeb miał odbyć się bez asysty jakiegokolwiek duchownego, nie wiadomo jednak, czy w tym punkcie również zastosowano się do woli zmarłego. Kilka lat później na polecenie Livii trumnę z jego szczątkami przeniesiono do grobowca Venezianich na cmentarzu katolickim[23].

 

Schlemihl w podróży

 

Ze świadomości swej rasy

ze środowiska, które otaczało go niczego nie podejrzewając

wydobył

materię trzech powieści...

 

pisał w poświęconym mu wierszu-wspomnieniu inny wielki triesteński pisarz, Umberto Saba. Nie ulega wątpliwości, że „materię” literatury czerpie się zwykle ze wszystkich zasobów swej biografii, także z „rasy”. Faktem jest jednak, że debiutancki Shylock, to w istocie jedyne bezpośrednie  odniesienie do żydowskich korzeni Sveva w całej jego twórczości! Więcej takich odniesień znaleźć już można w korespondencji pisarza, odnotowującego  na przykład z uwagą przypadki antysemityzmu w Austrii czy w Rosji. Albo snującego refleksje nad swym pochodzeniem, zaprawione niekiedy gorzkimi aluzjami na temat odejścia od tradycji przodków. I tak w jednym z listów z Anglii przytacza  swój wyimaginowany dialog z zamglonym brytyjskim Słońcem, któremu na pytanie: „A ty, który pochodzisz od ludzi Orientu, skąd się tu wziąłeś”, odpowiada: „Titina [tak nazywał swą  córkę Letycję – przyp. T. Z.] powiada, że p o c h o d z i ł e m  od ludzi Orientu, ale że już od nich nie pochodzę”.

Wagę w najlepszym razie poszlak, i to poszlak dość niejednoznacznych, mają wszystkie inne wątki i detale, na które niekiedy, jak czyni to Alberto Cavaglion,  wskazuje się jako na „motywy żydowskie” jego pisarstwa – przeświadczenie o jakichś zagrażających wciąż prześladowaniach, towarzyszące jakoby „bohaterowi sveviańskiemu”, opis stosunków między pracownikami a rodziną właściciela firmy w Jednym życiu, czy duszny nastrój przypominający atmosferę pogromu w opowiadaniu Szlachetne wino, wreszcie charakterystyczne, jak to określi  Sergio Solmi, „tło moralne”, postawa „sceptycyzmu i desperacji” znamienna jakoby dla umysłowości żydowskiej. Z pozoru bardziej przekonująca jest zaproponowana przez Briana Moloneya interpretacja postaci Zena Cosiniego jako „Schlemihla”, pechowca i niedołęgi z opowieści i anegdot żydowskich, targanego wewnętrznym niepokojem, ale i obdarzonego specyficznym poczuciem humoru oraz zdolnością wynajdywania najróżniejszych „strategii przetrwania”. (Mianem Schlemihla określa zresztą  samego Sveva Claudio Magris w swych wydanych także w Polsce Mikrokosmosach). Do wszystkich tych interpretacji odnieść można wszakże sceptyczny komentarz Cesare Casesa, że „wielu Żydów jest targanych niepokojem, ale nie wszyscy targani niepokojem są Żydami”. 

            Trudno dociec, co sprawiło, że Svevo jako pisarz – podobnie zresztą jak na przykład Franz Kafka – wolał nie eksponować za bardzo swego pochodzenia. Może był to lęk, związany z przeświadczeniem, że, jak miał się wyrazić wobec Debenedettiego (którego znał osobiście), „sytuacja Żyda nie jest sytuacją wygodną” A może raczej wola nadania swemu pisarstwu wymiaru bardziej uniwersalnego, nieprzywiązywania go bezpośrednio do doświadczeń i klimatu duchowego jednej „rasy”, przekonanie, że, żydowskość to raczej pewna postawa egzystencjalna, nie zaś wyłącznie manifestowany na zewnątrz związek z żydowską tradycją religijną i kulturową, że,  jak napomknął w jednej z rozmów z Sergio Solmim, „to nie rasa czyni Żydem, lecz życie”. Zamiarem Sveva nie było zapewne sportretowanie konkretnego środowiska ani oddanie wyłącznie atmosfery pewnej epoki, więc zarzut Debenedettiego, jakoby ukrywanie przez pisarza jego żydowskich korzeni upośledziło stworzone przezeń postacie wydaje się całkiem chybiony. Wręcz przeciwnie: choć jego proza umiejscowiona jest bardzo precyzyjnie w określonym miejscu i czasie, to przecież to, co rozgrywa się między jej bohaterami, rozgrywa się tak naprawdę zawsze i wszędzie – między genialnie podpatrzonymi typami osobowości, które niekoniecznie zdeterminowane muszą być przynależnością do jednej rasy czy nacji. Paradoksalnie to właśnie w tym uniwersalizmie prozy Sveva jego żydowskość – rozumiana szerzej jako rasowa i kulturowa odrębność – przejawia się ze szczególną mocą, otwierając być może szersze perspektywy, rozszerzając także podświadomie wachlarz doświadczeń, przez których pryzmat spogląda się na świat, a wreszcie pogłębiając wrażliwość  i subtelność obserwacji. I choć społeczne położenie Żydów pisarz nazywał  jak wiadomo „niewygodnym”, to przecież gdzie indziej, w Krótkiej podróży sentymentalnej, tę odmienność krwi, oceni zgoła inaczej: „Wygodnie jest należeć do innej rasy. To tak, jakby ciągle być w podróży. Swobodniej się myśli.”

 

Wykorzystałem między innymi następujące opracowania:

 

Alberto Cavaglion, Italo Svevo

Bruno Mondadori 2000

 

Giacomo Debenedetti, Svevo e Schmitz

w: Saggi critici. Seconda serie

Il Saggiatore (b.d)

 

John Gatt-Rutter, Alias Italo Svevo. Vita di Ettore Schmitz, scrittore triestino

Nuova Immagine Editrice (Siena) 1991

 

Brian Moloney,  Italo Svevo scrittore ebreo

w: Brian Moloney, Italo Svevo narratore. Lezioni triestine

Libreria editrice goriziana, 1998

 

Elizabeth Schächter, Svevo and the Triestine Jewish Community

w: Elizabeth Schächter,  Essays on Svevo and Trieste

Northern University Press 2000

 

 

Autor pragnie wyrazić serdeczną wdzięczność Pani dr Irene Battino z Museo Sveviano przy Biblioteca Civica w Trieście za wielką pomoc w gromadzeniu materiałów do niniejszego artykułu.

 

Pierwodruk: „Midrasz” 12/2005, s. 33–38.



[1] Segretario Galante – opracowany przez Cesara Causę popularny poradnik, zawierający wzory listów i wierszy miłosnych. Jego pierwsze wydanie z 1887 r. doczekało się później niezliczonych wznowień i uzupełnień (przyp. tłum.).

[2] Podobnymi słowami zaczyna się rozdział Historia mojego małżeństwa  w Świadomości Zenona. Napoleon jest często u Sveva symbolem wielkości i sławy w bardzo różnych dziedzinach. Także Mario Samigli z Udanego żartu, gdy tylko nabiera przekonania, że wreszcie dane mu będzie zyskać sławę, staje się drażliwy niczym Cesarz, albowiem „także literatura ma swoich Napoleonów”.

[3] Dobór imienia i nazwiska bohatera nie jest chyba dziełem przypadku: „Vincenzo” to „zwycięzca”, a „Albagi” musi nasuwać skojarzenie z  „albagia”– „próżność, zarozumiałość”– i „albagioso” – „próżny”, „nadęty”. 

[4] Louis Adolphe Thiers (1797-1877), polityk, historyk i prawnik francuski, autor, 21-tomowej Historii Konsulatu i Cesarstwa (1845-69).

[5] W oryg. ordigno, urządzenie, maszyna, machina. Svevo używał tego słowa w bardzo różnych, nie zawsze typowych kontekstach i znaczeniach. Nieco niżej określa tym mianem oczy Vincenza. Na temat tego pojęcia, jednego z kluczowych w języku Sveva, zob. Alberto Cavaglion, Italo Svevo, Milano 2000, s. 124-127.

[6] Motyw ciężkiego i głośnego oddechu umierających powraca w prozie Sveva bardzo często, przykładowo w scenach śmierci matek Alfonso Nittiego i doktora Menghi, Amalii i ojca Zenona. A jeden z bohaterów Le confessioni del vegliardo („Wyznania staruszka”) nosi nawet nazwisko Giovanni Respiro (wł. respiro -  oddech). W liście do brata Ottavia z października 1895 r. Svevo tak opisał ostatnie godziny życia ich matki: „Gorączka wcale jej się podnosiła, a ona, całkowicie przytomna, cierpiała okrutnie. Przy każdym oddechu krzyczała z bólu.”

[7] Zdaniem Eibesfeldta temu właśnie zawdzięcza swą nazwę proszek OMO. Litery tworzące napis układają się bowiem w atrapę oczu i nosa, co ma większe szanse przyciągnąć instynktowną uwagę potencjalnych klientów. 

[8] Rzeczownik utworzony od czasownika iettare (zapisywanego również jettare), będącego neapolitańskim wariantem gettare „rzucać” (tu: w znaczeniu „rzucać zły urok”).

[9] De Jorio, który sam szybko dosłużył się sławy groźnego iettatore, stanie bohaterem tragikomicznej anegdoty, dobrze chyba ilustrującej atmosferę tamtych lat. Dumny ze swej pracy kanonik gorąco pragnął ofiarować ją osobiście królowi Ferdynandowi I. Ten jednak, świadom dwuznacznej sławy autora i lękając się jego „złego oka”, przez piętnaście lat odmawiał udzielenia mu audiencji. Wreszcie uległ naciskom dworzan i przyjął go 3 stycznia 1825 r. Następnego dnia zmarł rażony apopleksją.

[10] Wyd. pol. Iettatura, przeł. Ewa Bąkowska, w: Teofil Gautier, Stopa mumii i inne opowiadania fantastyczne, PIW 1980.

[11] Sam Gautier, jak pisze Seligmann, wierzył ponoć niezachwianie w moc złego uroku. Gdy musiał omawiać któreś z dzieł Offenbacha, któremu powszechnie przypisywano moc ściągania na otoczenie najróżniejszych nieszczęść, nigdy nie pisał własnoręcznie nazwiska kompozytora, lecz prosił o to... którąś z córek.

[12] Podobnie w Das Unheimliche interpretuje Freud fragment opowiadania E.T.A. Hoffmanna Piaskun, którego bohater, Nathanael, na całe życie zachowuje wspomnienie o demonicznym adwokacie Coppeliusie, pragnącym pewnego dnia wyrwać mu oczy, potrzebne mu jakoby do tajemniczych eksperymentów, przeprowadzanych wespół z jego ojcem.

[13] Tytuł oryginału, La coscienza di Zeno, od lat stanowi prawdziwą zmorę tłumaczy. Włoskie słowo coscienza może bowiem oznaczać zarówno „świadomość” jak i „sumienie”. W powieści brak też jednoznacznych wskazówek, które z tych znaczeń należałoby uznać za bliższe intencji autora. Znamienne są w tym kontekście losy niemieckich przekładów dzieła. Pierwszy, Piero Rismondiego – pozostającego notabene w kontakcie korespondencyjnym z autorem – nosi tytuł Zeno Cosini, (Basel 1929), drugi, Angeliki Baader i Adriana Braunbehrensa (edition TEXT, 1999) będący dwujęzyczną edycją krytyczną, zatytułowano Zenos Bewußtsein, czyli „Świadomość Zenona”, wreszcie trzeci, Barbary Kleiner (Zweitausendeins 2000) – Zenos Gewissen, to znaczy „Sumienie Zenona”. Za „sumieniem” opowiada się także autorka przekładu serbo-chorwackiego, Zela Matič, (Zenova savest, Beograd, Nolt, 1963). Oba przekłady polskie – Adolfa Speisera (Warszawa 1936) i Zofii Ernstowej, (Warszawa 1966), noszą tytuł Zeno Cosini. Jednoznacznego wyboru unikali także tłumacze angielscy, tytułując swe przekłady Confessions of Zeno, czyli „Wyznania Zenona”. Sporo przemawia jednak za „świadomością”. Powieść jest bowiem fikcyjnym pamiętnikiem, pisanym przez tytułowego bohatera na polecenie jego psychoanalityka i mającym posłużyć jako narzędzie do lepszego poznania świadomości pacjenta.

[14] Także małżeństwo Sveva nie było wolne od dość traumatycznych przeżyć. Jego żona, Livia Veneziani, była zarazem dość bliską jego krewną: jej matka, Olga, była bowiem bliska kuzynką Sveva, córką Giuseppe Moravii brata jego matki, Allegry. Rodzice Livii byli początkowo zdecydowanie przeciwni temu małżeństwu. Ettore, sporo starszy od narzeczonej, był skromnym urzędnikiem bankowym, podczas gdy Veneziani należeli do przemysłowej elity Triestu. W dodatku byli już od dość dawna katolikami, Svevo zaś wciąż formalnie pozostawał wyznawcą judaizmu. Konwersji dokonał na życzenie Livii już po ślubie cywilnym, 25 sierpnia 1897 r., na krótko przed narodzinami córki Letycji. Decyzji tej wstydził się zresztą i żałował przez długi czas. W głębi ducha pozostawał przy tym zdecydowanym agnostykiem: W triesteńskim rejestrze konwersji zachowało się jego oświadczenie z maja 1896 r., zgodnie z którym potwierdzał swe odejście od judaizmu, jednak w rubryce, z której miał określić swe nowe wyznanie, wpisał senza, tzn. „bez” [wyznania]. Wobec swego żydowskiego pochodzenia reprezentował postawę na owe czasy dość nietypową, bliższą raczej dzisiejszemu rozumieniu kwestii różnic rasowych: „Jest rzeczą wygodną (...) należeć do innej rasy. To jakby ciągle być w podróży. Swobodniej się myśli”.

[15] Wyd. pol. Jedno życie, tłum. Zofia Ernstowa, Warszawa 1960.

[16] Wyd. pol. Starość, tłum. Halina Kralowa, Czytelnik 2002 (fragmenty w tłumaczeniu Anny Dutki ukazały się w „Literaturze na Świecie, 11/1987).

[17] Artykuł Montale ukazał się w rzeczywistości nieco wcześniej niż teksty Francuzów, to jednak oni de facto zwrócili uwagę mediolańskiego środowiska literackiego na twórczość Sveva.

[18] W tym duchu, jako alegorię odrzucenia przez krytykę i publiczność włoską, Bruno Maier interpretował także zagadkową bajkę Sveva La Madre („Matka”). Jej bohaterem jest kurczak Curra, który przyszedł na świat w inkubatorze i nie zna swej matki. Poszukuje jej desperacko i gdy w sąsiednim gospodarstwie widzi kwokę z pisklętami, dochodzi do wniosku, że jego poszukiwania zakończyły się sukcesem. Jako obcy zostaje jednak przez nią poturbowany i odpędzony. Nie sposób nie wspomnieć tu i o równie tajemniczym, skrajnie mizantropicznym zakończeniu Świadomości – wizji gigantycznej eksplozji, wywołanej przez szaleńca, który zawładnie nowym nie dającym się z niczym porównać materiałem wybuchowym, umieści go w samym środku kuli ziemskiej – zamieszkanej przez ludzkość zepsutą już do samych korzeni – i obróci ją na powrót w mgławicę, uwalniając od „pasożytów” i „chorób”.

[19] Cytat za: Italo Svevo, Starość, tłum. Halina Kralowa, Czytelnik-Warszawa 2002, s. 13.

[20] Swe żydowskie pochodzenie Svevo przemilczał także w szkicu biograficznym, sporządzanym na prośbę Eugenio Montale, przygotowującego o nim artykuł dla pisma Italia che scrive.

[21] Nie był to jedyny incydent tego rodzaju w życiu Sveva. Elizabeth Schächter przytacza w swym artykule Svevo and Triestine Jewish Community taką oto anegdotę: Gdy przypadkiem na ulicy potrącił oficera austrackiego, ten warknął: „Pocałuj mnie w d..., brudny Żydzie!”, na co pisarz miał odpowiedzieć. „Ignorancie, nie mogę cię nigdzie pocałować, nie wiesz, że Żydom nie wolno dotykać świńskiego mięsa?”

[22] Tamże, s. 29.

[23] Livia Veneziani, która w swych wspomnieniach ewidentnie starała się zacierać ślady żydowskiego pochodzenia męża, złożyła w 1943 roku wniosek o uznanie jej przynależności do rasy aryjskiej. Wniosek ten został odrzucony, a ona sama wraz córka zmuszona do opuszczenia Triestu. Okazało się to zbawiennym wręcz zrządzeniem losu: 20 lutego 1945 roku podczas bombardowania miasta całkowitemu zniszczeniu uległa fabryka Venezianich oraz ich położona nieopodal willa, z której Livia wywiozła na szczęście wszystkie rękopisy Sveva.

Komentarze

Popularne posty