Dlaczego Piotr Sikora zostaje, czyli nowe „wyznania pięknej duszy”

 

Poniższy tekst jest polemiką z artykułem Piotra Sikory Dlaczego zostaję,

https://www.tygodnikpowszechny.pl/dlaczego-zostaje-168556

opublikowanym w „Tygodniku Powszechnym” nr 32.

Zgodnie z dobrym obyczajem publicystycznym przesłałem go oczywiście w pierwszej kolejności do Redakcji TP. Zgodnie z bardzo polskim obyczajem redakcyjnym nie zostałem jednak zaszczycony żadną – choćby odmowną – odpowiedzią. Najwyraźniej do naszych „eurokatolików” nie dotarła jeszcze wieść, że w cywilizowanej części Europy na korespondencję z reguły się odpowiada, nawet jeśli to korespondencja polemiczna i sercu niezbyt miła.  Cóż… Wiadomości nie zawsze rozchodzą się szybko.  To skądinąd pokazuje także, jak bardzo pozorna jest owa tak wysławiana „otwartość” naszego „katolicyzmu „otwartego”. Bezskuteczne pozostały także próby umieszczenia tekstu gdzie indziej, np. na jakimś „liberalnym” portalu internetowym. Granice dyskusji na temat katolicyzmu, chrześcijaństwa i religii w ogóle są w Polsce, także w środowiskach definiujących się jako „liberalne”, zakreślone bardzo wąsko.  

 

Dlaczego Piotr Sikora zostaje,

czyli

nowe „wyznania pięknej duszy”

 

Długo nie byłem pewny, czy mam prawo podejmować jakąkolwiek polemikę z Piotrem Sikorą.  Dzieli nas wszystko: Piotr Sikora jest wierzącym katolikiem, mnie wiara jego kościoła jest czymś całkowicie obcym, wystąpiłem z niego formalnie, mało tego uważam chrześcijaństwo, zwłaszcza w jego wersji katolickiej, za jedną z bardziej przerażających formacji historycznych, jakie ludzkość wytworzyła w ciągu swych dziejów (choć jeśli wierzyć Yuvalowi  Harariemu, powstawanie takich formacji było  w tamtym czasie zapewne procesem nieuniknionym). To czyni praktycznie wszelką wymianę argumentów między nami całkowicie jałową. W Niemczech czy we Francji uważałbym toczenie takiego sporu za nonsens. Tam moglibyśmy żyć spokojnie, każdy na swojej wysepce, nie wchodząc sobie nawzajem w drogę. Ale nie w Polsce A.D. 2021. Tu – by sparafrazować znane skrzydlate słowo prezydenta Charles'a de Gaulle’a o wojnie i generałach – katolicyzm jest rzeczą zbyt poważną i zjawiskiem zbyt groźnym, by go pozostawić w rękach katolików. Możesz się nie interesować katolicyzmem, a i tak on prędzej czy później zainteresuje się tobą. Albo twoim dzieckiem. A jeśli nie on, to autorytarna władza, którą gorliwie wspiera. Dlatego pozwalam sobie na kilka słów komentarza.

Piotr Sikora chce pozostać w swoim kościele, choć jest nim „zgorszony”. Uważa jednak, że bycie nadal katolikiem – to znaczy powstrzymanie się od  tzw. aktu apostazji – wcale nie oznacza utożsamienia się z tą nie od dziś  kompletnie zdeprawowaną organizacją. „Można być katolikiem na swój własny, niepowtarzalny sposób – to kolejny powód, dlaczego mogę i chcę katolikiem pozostać”. Trudno racjonalnie dyskutować z poglądami tak silnie naładowanymi uczuciowo, przypominającymi trochę „wyznania pięknej duszy” z Wilhelma Meistra Goethego. Nie zamierzam odbierać Piotrowi Sikorze tych złudzeń – przy pierwszej sposobności odbiorą mu je znacznie skuteczniej jego biskup i jego proboszcz. Albo Ordo Iuris. Spróbuję jedynie zbudować pewną analogię.

Piotr Sikora ma prawo nie pamiętać zbyt dobrze stanu wojennego, ogłoszonego w grudniu 1981 roku (miał wówczas, jeśli Wikipedia nie kłamie, 10 lat). Wtedy to bardzo wielu członków PZPR zdecydowało się „oddać legitymacje”, to znaczy  wystąpić z „Partii”, choć wiązało się to z pewnym ryzykiem, zapewne porównywalnym – nie całkiem  – do ryzyka, jakie podejmowałby dziś wiejski nauczyciel składający deklarację o apostazji. Oczywiście: przynależność do PZPR była – przy wszystkich szokujących podobieństwach między katolicyzmem a komunizmem – czymś nieco innym niż przynależność wyznaniowa. Do Partii można było wstąpić dopiero po osiągnięciu pełnoletniości, marksizm zaś nie był zwykle zespołem idei, w którym  mieszkańca PRL wychowywali od dziecka rodzice, dziadkowie, ciotki i sąsiedzi – wręcz przeciwnie, była to ideologia obca, po cichu odrzucana, wyśmiewana  i pogardzana, a otoczenie społeczne decyzję o wystąpieniu z PZPR najczęściej przyjmowało z  uznaniem i aprobatą. Zaryzykuję twierdzenie, że właśnie dlatego była to decyzja łatwiejsza niż dziś wystąpienie z Kościoła Rzymskokatolickiego.

Wyobraźmy sobie jednak – hipotetycznie – sytuację taką oto. Potomek żarliwych międzywojennych komunistów, członek PZPR, broni swojej decyzji o pozostaniu w „Partii”, argumentując, że choć to organizacja zdemoralizowana, sparszywiała, dopuszczająca się jawnych przestępstw i tłamsząca społeczeństwo, to przecież ON jest w jej szeregach – jak Piotr Sikora w swoim kościele – „na swój własny, niepowtarzalny sposób”. Bo co jest złego w pragnieniu „sprawiedliwości społecznej” czy równego dostępu do edukacji itd.? Czy on czyni coś godnego potępienia, dzieląc w swojej Podstawowej Organizacji Partyjnej ziemniaki, jabłka i cebulę między ubogich emerytowanych robotników? A zresztą bycie komunistą nie jest dla niego „przynależnością do instytucji”.

Zastanówmy się: czy nie próbowalibyśmy wytłumaczyć naszemu ideowcowi, że choć nie identyfikuje się z „instytucją”, to ją w dalszym ciągu, przynajmniej statystycznie, współtworzy, wzmacnia wrażenie jej liczebności, legitymizując w ten sposób jej roszczenia? I potwierdza lansowaną przez nią tezę  o jej niezbędności i bezalternatywności? To zaś oznacza, że choćby i wbrew swej woli działa na szkodę społeczeństwa, które ta „instytucja” trzyma pod butem, wyzyskuje i demoralizuje.  Tu kończy się prywatność jego światopoglądu.

Przepraszam, że co? Że marksizmu nie da się porównać z Ewangelią? Bo marksizm zapowiadał od początku „dyktaturę proletariatu”, która się musiała skończyć, tak jak się skończyła: masową zbrodnią na milionach ludzi? A czyż Ewangelia nie obiecywała odmawiającym  „pójścia za Nim”, że zostaną zaliczeni do „chwastu”, który w stosownej chwili trafi do „pieców ognistych”, rozpalonych przez „aniołów Pana”? Rozpalanych potem de facto przez wyznawców Jezusa z Nazaretu, zniecierpliwionych daremnym wyczekiwaniem owych „aniołów Pana” i pragnących ich w tym chwalebnym dziele wyręczyć. Tym zaś, którzy „posłuchają Jego wezwania”, przyrzekała Dobra Nowina, że będą sędziami nad Izraelem: „dziś niczym, jutro wszystkim oni”. Współczesny polski katolicyzm wcale nie jest – jak sugeruje Piotr Sikora – „jawnie sprzeczny z głoszonymi w nim ideałami”. Jest taki, jaki był zawsze, gdy mógł być tym, czym chciał.

Kto pozostawał po Grudniu 81 w szeregach PZPR, musiał się liczyć z zarzutem, całkiem słusznym, że dopuszcza się swego rodzaju kolaboracji z opresyjnym reżimem – choćby nie biegał z pałką i nie donosił na sąsiadów. Kto dziś świadomie pozostaje w polskim kościele katolickim musi się liczyć z zarzutem bardzo podobnym, bo ten jego kościół stał się z własnej i nieprzymuszonej woli, a wręcz z nietajonym entuzjazmem, głównym filarem opresyjnego reżimu, upodabniającego się coraz bardziej, co ciekawe, nawet w swojej retoryce, do późnego, a może nawet średniego PRL-u. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że jako „katolik otwarty” Piotr Sikora NIE pochwala ani „lex TVN”, ani projektów przymusowego nauczania religii katolickiej. Ale jego pasterze wydają się te pomysły gorąco popierać. Z ich zaś punktu widzenia Piotr Sikora jest nadal  wierną owcą zarządzanego przez nich kościoła, wnoszącą swój skromny wkład w obraz jego masowości. Mogą się powoływać i na niego, gdy twierdzą, że reprezentują społeczeństwo w 90% katolickie.  On zaś zgodnie z katechizmem swojego wyznania i prawem kanonicznym jest im winien posłuszeństwo. Choćby in pectore przeżywał swój katolicyzm  na jakiś „własny sposób”.

Wróćmy do naszego hipotetycznego ideowego komunisty. Możemy go oczywiście pytać. „A Kołyma?”. Odpowie: „To nie jest prawdziwy komunizm. To błąd i wypaczenie”. Tuż przed stanem wojennym miałem sposobność odwiedzić w Grünheide pod Berlinem profesora  Roberta Havemanna, ważną, niemal legendarną postać opozycji w NRD (wcześniej co prawda Havemann uwikłany był we współpracę z tajnymi służbami radzieckimi i wschodnioniemieckimi). W jego gabinecie wisiał portret Lenina, a profesor tłumaczył mi cierpliwie, że prawdziwy socjalizm to taki, który daje ludziom nie tylko pracę, ale i wolność. Realny socjalizm w państwach bloku radzieckiego zatrzymał się jakby w połowie drogi. Trzeba go pchnąć na właściwe szlaki. Trudno było dyskutować ze starszym panem, tak jak trudno dyskutować z ideowym chrześcijaninem, przekonanym niezłomnie, że jego religia to nie jedna z wielu formuł integrowania mas ludzkich, ich kontrolowania i sprawowania nad nimi bezwzględnej władzy, lecz wyłącznie idea miłości bliźniego, zalecająca samarytańską troskę o człowieka, wzajemne „noszenie ciężarów” i tak dalej,  noc świętego Bartłomieja zaś to „wypadek przy pracy”, jaki przecież zawsze się może zdarzyć w „świętym Kościele grzesznych ludzi”, a piece ogniste dla „chwastu” są jedynie wyrafinowaną  metaforą.  Profesor Havemann swoje umiłowanie komunizmu realizował jednak już poza partią (choć chyba nie całkiem z własnej woli, bo go z niej wyrzucono). Czy żarliwy katolik nie ma żadnego pomysłu na realizowanie swojego chrześcijaństwa poza kościołem? Wystąpienie z jego szeregów wcale nie musi przecież oznaczać deklaracji niewiary. Wedle statystyk niemieckich zaledwie ok. 15% osób opuszczających tamtejsze kościoły podejmuje decyzję o apostazji z powodu niewiary w Boga. Motywacją pozostałych jest znacznie częściej „niezadowolenie z instytucji kościoła” (38, 5%).

Zdaję sobie sprawę, że wola pozostawania w kościele może mieć przyczyny natury bardzo osobistej – trudno na przykład dokonać apostazji, sprawując zarazem opiekę nad sędziwymi rodzicami, dla których taka decyzja własnego dziecka byłaby u schyłku życia bolesnym ciosem. To rozumiem doskonale, podobnie jak mogę zrozumieć wspomnianego nauczyciela wiejskiego mającego na utrzymaniu rodzinę i zdającego sobie sprawę, co go czeka w jego otoczeniu jako „apostatę”.  Ale nigdy nie zrozumiem intelektualisty usiłującego mi wmówić, że pozostając formalnie członkiem kościoła chroniącego systemowo przestępców seksualnych, wspierającego opresyjny reżim i nawołującego ustami swoich biskupów do formowania quasi-faszystowskich bojówek,  praktykuje „chrześcijaństwo, które mówi śmiało, ryzykuj, wymyślaj i nadawaj swojemu życiu niepowtarzalnie piękny kształt”.

Nawet „piękna duszność” winna trzymać się jakichś granic. 

Zob. także na niniejszym blogu artykuł: 

 Być „przestępcą”,  czyli jak (nie) wystąpić  z Kościoła

 

Komentarze

Popularne posty