„Religia, z którą można zrobić, co się chce”, czyli „Ojcze nasz” papieża Franciszka

 



Franz Overbeck



Stare dowcipy mszczą się za nazywanie ich „sucharami” w ten sposób, że powracają, dowodząc złośliwie, że wcale się nie zeschły, a wręcz przeciwnie, bardzo trafnie wręcz soczyście,  opisują zjawiska naszej współczesności. Na przykład taki.

Prezes koncernu Coca-Coli uzyskuje prywatną audiencję u papieża i po krótkiej wymianie uprzejmości przechodzi do rzeczy.

– Wasza Świątobliwość, czy nie dałoby się zastąpić w Ojcze nasz „chleba powszedniego” „Coca-Colą”? Bardzo by to poprawiło nasze notowania giełdowe.

Papież jest oburzony.

– Co panu przychodzi do głowy?! Toż to najświętsza modlitwa chrześcijaństwa. Ustanowiona przez samego Jezusa, naszego Boga i Pana. Tu nie wolno zmienić nawet przecinka.

– Ojcze Święty – nie ustępuje prezes – jestem upoważniony do bardzo daleko idących negocjacji. I powiem wprost: jesteśmy gotowi zapłacić znacznie więcej niż związek zawodowy piekarzy.

Dowcip to może mało wyrafinowany, ale przecież dobrze oddający nie tylko korupcję panującą w Watykanie, gdzie od dawien dawna można było kupić wszystko, ale i coś jeszcze innego: osobliwą rozciągliwość współczesnego chrześcijaństwa, która pozwala nadawać mu dowolną formę. I wpisywać w nie dowolną treść. W końcu kaznodzieje katoliccy już od lat bardzo byli dumni ze swoich misjonarzy, którzy na użytek Eskimosów (teraz podobno należy mówić Inuici) zamienili w „Ojcze nasz” „chleb” na „rybę”, bo ponoć ich tamtejsze owieczki tego pierwszego pojęcia nie rozumiały.  

Papież Franciszek też zmienił jakiś czas temu tekst „Modlitwy Pańskiej”, ale to zmiana chyba poważniejsza niż ta z inuicką „rybą”. Od tej pory katolicy mają mianowicie Boga prosić nie o to, by ich nie „wodził na pokuszenie”, ale o coś całkiem innego. Nowy tekst brzmi mianowicie: „Nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie, ale nas zachowaj od złego!”.

Różnica jest niebagatelna. Bóg przestaje być kusicielem, a pewnie posądzenie "Ojca naszego" o takie zapędy zastanawiało niejednego chrześcijanina. Franciszek uznał istniejący przekład za błędny i postanowił go poprawić. Nie czuję się dość kompetentny, by przeprowadzać tu szczegółową analizę filologiczną greckiego tekstu Mt 6, 9–13, zwłaszcza owego przedostatniego wersu:  καὶ μὴ εἰσενέγκῃς ἡμᾶς εἰς πειρασμόν. W każdym razie: Zdaniem filologów εἰσενέγκῃς (eisenenkēs) oznacza właśnie „prowadzić”, „przywodzić” ku czemuś, πειρασμό (peirasmó) zaś to „pokusa”.  I tak – zapewne całkiem prawidłowo – tłumaczono ten wers przez kilkanaście wieków. Wersja łacińska (Vulgata) brzmi w tym miejscu: Et ne nos inducas in tentationem. Dlatego logiczne jest też użycie w następnym wersie adwersatywnego spójnika ἀλλὰ (łac. sed = pol. lecz/ale), wprowadzającego jakiś obraz przeciwstawny. Ta przeciwstawność zanika, jeśli zmienić tekst zgodnie z życzeniem Franciszka – wers ostatni powtarza jedynie zasadniczo wcześniejszą prośbę, co „lecz” pozbawia w tym miejscu sensu („nie dopuść…, lecz/ale nas zachowaj…). Na moje oko tłumacza przekład Franciszka obronić niełatwo, ale niech się o to spierają filologowie klasyczni.

Istotniejsze jest tu co innego. Oto papież „odkrywa” ów błąd po kilkunastu wiekach. Najwyraźniej zgodnie z zasadą sformułowaną niegdyś przez Christiana Morgensterna: 

                                    Gdyż - taka mu się nasuwa konkluzja jaskrawa - 

                                    Być nijak nie może, co być nie ma prawa. 

Za tym „odkryciem”, można się domyślać, kryje się bowiem wspomniane wyżej, dość naiwne zdziwienie ufnego chrześcijanina. Jakże to: dobry Pan Bóg, nasz „Ojciec”, „wodzi nas na pokuszenie”? Chce „przywieść do grzechu”? Doprowadzić do „upadku”? Co powiedzielibyśmy o ojcu, który chciałby wystawić na próbę uczciwość dziesięcioletniego syna, „gubiąc” gdzieś w domu banknot stuzłotowy? Prawdopodobnie uznalibyśmy, że to człowiek ocierający się w swych metodach wychowawczych o jawną patologię, sam głęboko emocjonalnie zaburzony. Takie wyobrażenie boskiej aktywności wobec człowieka przypomina trochę relacje o prowokacjach policyjnych  – w rodzaju tych stosowanych z upodobaniem przez CBA. Ale owe prowokacje poddane są – przynajmniej teoretycznie – dość ścisłym rygorom ustawowym: „służbom” nie wolno ich stosować ot, tak sobie, „po uważaniu”, by przetestować uczciwość dowolnie wybranego obywatela. Mają prawo posłużyć się tą metodą jedynie wówczas, gdy są w posiadaniu poważnych poszlak uprawdopodabniających podejrzenie, że obserwowany obywatel para się jakimś kryminalnym procederem, czyni to jednak na tyle sprytnie, że nie sposób mu tego formalnie dowieść – innymi słowy: wiedza pozyskana „metodami operacyjnymi” nie daje się przełożyć na taką, która miałaby wartość dowodu sądowego. Praktyka, jak wiemy, bywała różna, o jej kulisach chętnie opowiada dziś skłócony z dawnymi kompanami osławiony „agent Tomek”, ale przecież po stronie ustawodawcy widać przynajmniej zamiar jakiegoś samoograniczenia się i ochrony obywatela przed samowolą zdemoralizowanych i rozgrywających własne gry „służb”.

Niczego podobnego nie widać w opisach działań Boga Starego Testamentu, który – o czym nader chętnie się zapomina – też jest „świętą księgą” chrześcijaństwa. A te działania miewały aż nazbyt często ewidentny charakter „wodzenia na pokuszenie” i to chyba właśnie o nich myślał autor „modlitwy Pańskiej”, ktokolwiek nim był. Bo czymże innym było umieszczenie w raju „drzewa wiadomości dobrego i złego”, czymże innym wydany Abrahamowi rozkaz dokonania rytualnego mordu na własnym dziecku (a nuż się zawaha, okazując Bogu nieposłuszeństwo) albo historia Hioba (a nuż, dotknięty tyloma nieszczęściami, zacznie Bogu bluźnić)? Tu i ówdzie  te kusicielskie zapędy Jahwe nabierają wręcz pewnej ostentacji. W 1 Krl 22, 20 nn. Bóg zastanawia się, „kto zwiedzie Achaba” i namówi go, by podjął nieprzemyślane działania, które doprowadziłyby do jego śmierci. Misji tej podejmuje się co prawda „pewien duch”, ale w ścisłym współdziałaniu z Jahwe i za jego wyraźną namową, a przynajmniej zgodą. W 2 Sm 24, 1 nn. sytuacja jest nawet bardziej klarowna: to Jahwe bezpośrednio przywodzi Dawida do uchodzącej za występną myśli o „policzeniu Izraela”. I tu niespodzianka: okazuje się, że Franciszek nie jest wcale pierwszym, który ma kłopot z takimi pomysłami swojego Boga i próbuje się z tym kłopotem jakoś uporać. Podobny miał już autor 1. Księgi Kronik (21, 1), który wolał przypisać tę akcję Szatanowi: „Powstał szatan przeciwko Izraelowi i pobudził Dawida, żeby policzył Izraela”. Już w Starym Testamencie dokonuje się zatem pewna ewolucja wyobrażeń o Bogu, który nie może być zły, choć przecież jest uniwersalnym Podmiotem i Sprawcą wszystkiego, co się dzieje na tym padole, jak to jeszcze bez niedomówień konstatował Izajasz: „Ja tworzę światło i stwarzam ciemności, sprawiam pomyślność i stwarzam niedolę. Ja, Pan, czynię to wszystko” (Iz 45, 7). Niezrównany translator, ks. Jakub Wujek jest tu nawet bardziej dosadny niż ostrożni i zalęknieni o swoją theological correctness  tłumacze Biblii Tysiąclecia: „[…] Ja Pan, a nie ma innego, tworzący światło i stwarzający ciemności, czyniący pokój i stwarzający zło”[1].  Ten problem będzie potem zajmował teologów właściwie do dziś: co zrobić ze „złem” w dobrym świecie stworzonym i zarządzanym przez dobrego Boga. Ale to – na szczęście – nie nasz temat w tym momencie.

„Poprawka” dokonana przez Franciszka nie jest więc tak szokująco nowo. Co więcej, nawet w nowszych wydaniach Biblii Tysiąclecia w Mt 6, 13 możemy przeczytać: „[…] I nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie, ale nas zachowaj od złego!”.

Zmiana tekstu Modlitwy Pańskiej nie wywołała wielkich reperkusji na świecie. Trudno się dziwić – świat ma ostatnio na głowie parę poważniejszych zmartwień niż egzegetyczne rozterki papieża i jego nadwornych teologów. To już nie te czasy, gdy o wykładnię jakiegoś wersetu biblijnego chrześcijanie gotowi byli podrzynać sobie nawzajem gardła. Ale… Sprawa nie ma rzeczywiście wielkiej wagi w zlaicyzowanych krajach Zachodu, gdzie potraktowano ją jako ciekawostkę na równi z ploteczkami o gwiazdach seriali, jednak nad Wisłą, gdzie prawo świeckie ma być stanowione jakoby zgodnie z „Prawem Bożym”, nad czym czuwają biskupi, parlamentarzyści, prokuratorzy, lekarze, apteki i policjanci, rzecz ma się zgoła inaczej. Tu „Prawo Boże” ma też wymiar polityczny, bo gotowość do jego przełożenia na język ustaw parlamentarnych, wierność tzw. wartościom chrześcijańskim, jest składnikiem legitymacji rządów PiS. W tych okolicznościach ów jedynie translatologiczny z pozoru manewr dobrego papieża Franciszka nabiera zupełnie innego ciężaru gatunkowego. Jest bowiem szokująco jawnym i dobitnym świadectwem, jak się to Prawo Boże „ustanawia”. Okazuje się mianowicie, że to nie Bóg przepisuje ludziom, co mają czynić, a czego poniechać, lecz wręcz przeciwnie: to człowiek – w tym wypadku całkiem dosłownie –  dyktuje swojemu Bogu, co ten ma mówić i kiedy. Albo czego powiedzieć mu nie wypada. Rację miał zatem Georg Christoph Lichtenberg, gdy już z górą dwa wieki temu pisał: „Podobnie jak poprawiają się narody, poprawiają się także ich bogowie”. Jeśli jednak owi bogowie z uporem powtarzają swoje, to się ich „poprawia”, dokonując nowych „odkryć” teologicznych i egzegetycznych. I co z tego, że Jezus dopuszczał rozwody w wypadku zdrady małżeńskiej (Mt 19, 9), skoro jest to niezgodne z Kodeksem Prawa Kanonicznego?

Nawiasem mówiąc, to „Prawo Boże” przywołuje się dość wybiórczo. Nie zdarzyło się przecież, o ile mi wiadomo, by nawet najbardziej bezwzględni zbrodniarze wojenni usprawiedliwiali się stosowaniem tegoż prawa, zapisanego wszak expressis verbis np. w Pwt 20, 10–20[2] – wojny totalnej nie wynaleziono wcale dopiero w III Rzeszy. Nie przypominam też sobie, by Ordo Iuris, z takim zapałem strzegące litery i ducha owego „Ius Dei”, namawiało Jarosława Kaczyńskiego, aby nakazał Trybunałowi Julii Przyłębskiej unieważnienie Konwencji Genewskich jako całkowicie niezgodnych z zaleceniami Boga.

Jeśli coś w tym wszystkim szokuje, to dowolność interpretacji, nietrzymającej się jakichkolwiek reguł i nieznającej żadnych ograniczeń. Z takich to „egzegetów” pokpiwał już sobie Goethe:

                                        Wykładni dokonując, niczym się nie trwóżcie, 

                                        Myśli wy-łożyć nie umiecie? Nową pod-łóżcie. 

W końcu „przywodzenie do pokusy” to jednak nie to samo, co obrona przed uleganiem tejże. Bo przecież Franciszkowi chodzi tu najwyraźniej o coś zupełnie innego niż paradoks Oscara Wilde’a: „The only way to get rid of a temptation is to yield to it”. Z nie mniejszą brawurą Jan Paweł II wywiódł kiedyś z Łk 22, 32 („Ja prosiłem za tobą [Piotrem], żeby nie ustała twoja wiara. Ty ze swej strony utwierdzaj twoich braci”) uzasadnienie dogmatu o… nieomylności papieskiej. Kto wie, czy minister Czarnek nie ma jednak racji, tak wysoko w hierarchii dyscyplin uniwersyteckich sytuując teologię – to jedyna nauka, która jest w stanie dowieść wszystkiego, wedle życzenia, i to natychmiast.

Na tę brawurę egzegetyczną nie mają zresztą wcale monopolu zawodowi teologowie. Także Magdalena Środa – z jakichś tajemniczych powodów uważana wręcz za ikonę polskiego ateizmu – orzekła ponoć na jakimś kongresie kobiet, że to Jezus był pierwszym głosicielem gender, ponieważ uważał, że wszyscy są równi. A Piotr Augustyniak w swoim głośnym Jezusie Niechrystusie zadekretował, że Zmartwychwstanie jego tytułowego bohatera  oznacza „porzucenie własnego »ja«, puszczenie się w wir Życia, zdanie się i przyzwolenie na to, co ono w sobie niesie. Tego właśnie doświadczył Jezus” – świat doznań Jezusa z Nazaretu nie ma dla autora tajemnic.

Współczesny Jezus może być wszystkim: Wielkim Ekologiem, Wielkim Genderystą, Wielkim Psychoterapeutą, może głosić pokój albo zachęcać krótko ostrzyżonych młodzianków do „obrony kościołów”, może być idolem i wzorem zarówno siostry Chmielewskiej, jak i pana Bąkiewicza, może namawiać do autokastracji albo do zażywania rozkoszy erotycznych. Wszystkich tych Jezusów łączy jedno: nadają słowom wkładanym im w usta sankcję niepodważalnej prawdy. A to jest przecież podstawową funkcją każdej religii. 

Sporo racji miał zatem XIX-wieczny historyk kościoła Franz Overbeck, opisując chrześcijaństwo jako „religię, z którą można zrobić, co się chce”. Takich karkołomnych reinterpretacji dokonuje się zwykle po to, by przekonać wątpiących, czy chrześcijaństwo wciąż ma współczesnemu człowiekowi coś ważnego do powiedzenia i czy daje się uzgodnić z jego wizją świata i moralności. Przynajmniej tych, którzy bardzo chcą, by ich od tych wątpliwości uwolnić. 

 

 



[1] Zob. więcej na ten temat Hervé Rousseau, Bóg zła, Warszawa 1988, s. 42 nn.

[2] „Jeśli podejdziesz pod miasto, by z nim prowadzić wojnę, [najpierw] ofiarujesz mu pokój,  a ono ci odpowie pokojowo i bramy ci otworzy, niech cały lud, który się w nim znajduje, zejdzie do rzędu robotników pracujących przymusowo, i będą ci służyli.  Jeśli ci nie odpowie pokojowo i zacznie z tobą wojować, oblegniesz je.  Skoro ci je Pan, Bóg twój, odda w ręce - wszystkich mężczyzn wytniesz ostrzem miecza.  Tylko kobiety, dzieci, trzody i wszystko, co jest w mieście, cały łup zabierzesz i będziesz korzystał z łupu twoich wrogów, których ci dał Pan, Bóg twój.  Tak postąpisz ze wszystkimi miastami daleko od ciebie położonymi, nie będącymi własnością pobliskich narodów.  Tylko w miastach należących do narodów, które ci daje Pan, twój Bóg, jako dziedzictwo, niczego nie zostawisz przy życiu”.

Komentarze

Popularne posty