Być „przestępcą”, czyli jak (nie) wystąpić z Kościoła

 



Cesarz Julian Apostata


Odłączam się od stada
Obok siadam
W owczym pędzie giną owce
A ja schodzę na manowce

Maria Peszek

 

Wystąpić czy nie wystąpić? To pytanie nurtuje dziś niejednego ochrzczonego za młodu. Ale to pytanie w zasadzie bezprzedmiotowe, bo z Kościoła „wystąpić” się nie da. Tak przynajmniej twierdzi sam Kościół, a kto mógłby być w tej sprawie poinformowany lepiej? Semel catholicus, semper catholicus. „Znamię chrztu” jest „niezmywalne”. Ks. Piotr Majer wyjaśnia na łamach „Gościa Niedzielnego: „Nawet po spełnieniu kościelnej procedury i wpisaniu tego do ksiąg parafialnych apostazja nie oznacza całkowitego zerwania więzi z Kościołem. Chrztu nie można przecież odwołać. […] Kto raz stał się katolikiem, ten będzie nim na zawsze. – Kościół może jedynie z bólem i smutkiem przyjąć do wiadomości czyjąś wolę formalnego opuszczenia jego struktur” (podkr. T.Z.).

 

„…na zawsze katolik”?

 

Na szczęście praktyczne możliwości wyegzekwowania takich roszczeń są nawet we współczesnej Polsce liche. Ale przecież nie zawsze tak było. Konstytucja 3 Maja, z której – choć trudno dociec dlaczego – tak bardzo jesteśmy dumni, wypowiadała się na ten temat jednoznacznie, i to od razu w rozdziale I: „Religią narodową panującą jest i będzie wiara święta rzymska katolicka ze wszystkiemi jej prawami. Przejście od wiary panującej do jakiegokolwiek wyznania jest zabronione pod karami apostazji”. Tu oczywiście mowa tylko o „przejściu” do innego wyznania – status bezwyznaniowości był w tamtych czasach niewyobrażalny. Nie tylko zresztą w Polsce. W oświeconych Prusach możliwość opuszczenia któregoś z Kościołów bez równoczesnego przejścia do innego wprowadzono dopiero w 1873 roku. „Wystąpienie” z Kościoła jest więc zjawiskiem historycznie stosunkowo nowym.

Kościół katolicki (w przeciwieństwie do innych Kościołów chrześcijańskich) nigdy jednak w gruncie rzeczy nie pogodził się z regulacjami prawnymi umożliwiającymi owcy „odłączenie się od stada”. Zastanawia co prawda niekonsekwencja jego języka w tej materii. 13 marca 2006 roku Papieska Rada ds. Tekstów Prawnych opublikowała list okólny regulujący procedurę opuszczania Kościoła katolickiego, Actus formalis defectionis ab Ecclesia catholica, operujący takim właśnie pojęciem: „formalny akt wystąpienia z Kościoła”, przejętym zresztą z Kodeksu Prawa Kanonicznego. Trzy lata później, 26 października 2009, Benedykt XVI wydał motu proprio zatytułowane Omnium in mentem, nakazujące usunięcie z tegoż KPK wszystkich zawierających je fragmentów (kan. 1117, 1086, § 1 i 1124). Papież chciał najwyraźniej wyeliminować nawet cień podejrzenia, że wystąpienie z Kościoła może mieć jakieś skutki  „formalne”.  Dlatego obecnie obowiązująca instrukcja KEP, przyjęty w październiku 2015 roku, Dekret Ogólny Konferencji Episkopatu Polski w sprawie wystąpień z Kościoła oraz powrotu do wspólnoty Kościoła operuje co prawda sformułowaniem „wystąpienie z Kościoła” (i to już w tytule!), ale unika frazy „akt formalnego wystąpienia z Kościoła”, obecnej jeszcze w uchwalonej 27 września 2008 roku instrukcji „implementującej” watykański Actus formalis z 2006 roku. Wynikałoby stąd, że z Kościoła można co prawda „wystąpić”, ale nie można z niego wystąpić „formalnie”. Kazuistyka to dość pokrętna, wyraźnie pokazująca bezradność wobec zjawiska, którego nie chce się zaakceptować, ale którego nie sposób już wyeliminować tak, jak Kościół zwykł niemiłe sobie zjawiska eliminować w całej swojej historii: przemocą.

Bo też przymus i przemoc – to dziś żadna tajemnica – towarzyszyły Kościołowi katolickiemu nieprzerwanie od momentu, w którym zyskał on możliwość ich stosowania, to znaczy od czasów konstantyńskich. Jeszcze Syllabus błędów, ogłoszony przez Piusa IX w roku 1864, za jeden z takich błędów (15) uznawał przekonanie, że „każdy człowiek ma swobodę wyboru i wyznawania religii, którą przy pomocy światła rozumu uzna za prawdziwą”. Zbłądziłby także ten, kto byłby zdania, że: „Kościół nie ma prawa do używania siły, ani żadnej władzy doczesnej bezpośredniej lub pośredniej” (24).

W tamtym czasach nie były to  czcze słowa. W 1857 roku Edgardo Mortara, sześcioletni żydowski chłopiec z Bolonii położonej na terenie ówczesnego Państwa Kościelnego został potajemnie i wbrew woli rodziców ochrzczony przez służącą. Gdy wiadomość o tym dotarła do Inkwizycji, nakazano żandarmerii przemocą odebrać dziecko rodzicom – w końcu Edgardo był już semel catholicus – na co osobiście zezwolił tenże Pius IX (i to mimo protestów całej cywilizowanej Europy, m.in. cesarza Franciszka Józefa). Chłopiec został potem wychowany w szkołach katolickich i wstąpił do zakonu augustianów. Zmarł w 1940 roku, historia tego katolickiego janczara nie jest więc historią rodem z zamierzchłych „wieków średnich”[1].

Z pozoru Syllabus dzielą lata świetlne od dokumentów Vaticanum II.  Sobór przyjął bowiem sławną Deklarację o wolności religijnej, Dignitatis humanae, w której wyraził pogląd, „iż osoba ludzka ma prawo do wolności religijnej”. Faktem jest również, że Deklaracja dwukrotnie expressis verbis stwierdza: „nikogo nie wolno przymuszać do wiary”. Trzeba jednak pamiętać, że uchwalano ją w czasach, kiedy zagrożeniem dla „wolności religijnej” były już nie tylko same Kościoły, ale – po raz pierwszy w dziejach – ateistyczne reżimy „realnego socjalizmu”, przymuszające nie „do wiary”, lecz do czegoś wręcz przeciwnego: do jej porzucenia. Trudno byłoby  w latach sześćdziesiątych domagać się „tolerancji” od komunistów, broniąc jednocześnie orzeczeń Syllabusa. Zresztą Kościół – poza kilkoma dyktaturami w rodzaju frankistowskiej Hiszpanii – nie miał już i tak możliwości ich praktycznego wyegzekwowania, ponieważ w większości demokracji zachodnich obywatele dawno otrzymali realne gwarancje swobody sumienia. „Przyznając” człowiekowi prawo do wolności religijnej ofiarowywał więc – jeśli wolno się posłużyć taką parafrazą – Niderlandy… Niderlandczykom.

A i to chyba nie był dar „z serca płynący”. W tekście Deklaracji pojawia się bowiem sformułowanie sprawiające wrażenie ukrytej furtki, przez którą można by się w sprzyjających okolicznościach  wycofać na zupełnie inne pozycje: „Tego zaś rodzaju wolność polega na tym, że wszyscy ludzie powinni być wolni od przymusu ze strony czy to poszczególnych ludzi, czy to zbiorowisk społecznych i jakiejkolwiek władzy ludzkiej, tak aby w sprawach religijnych nikogo nie przymuszano do działania wbrew jego sumieniu ani nie przeszkadzano mu w działaniu według swego sumienia prywatnym i publicznym, indywidualnym lub w łączności z innymi, byle w godziwym zakresie” (intra debitos limites, podkr. T. Z.). Co to znaczy: „godziwy” zakres wolności religijnej? Nie jest to całkiem jasne i otwiera możliwość bardzo różnych interpretacji.  Praktyczny przymus uczestniczenia w szkolnych uroczystościach religijnych, spowiedzi organizowane w budynkach szkolnych, powracający co rusz postulat obowiązkowego uczestnictwa w katechezie (bądź w lekcjach etyki, których w większości szkół na razie nie da się zorganizować, a które i tak łatwo mogliby przechwycić „swoi” nauczyciele wykształceni na „swoich” uczelniach) zdają się świadczyć o tym, że takie sprzyjające okoliczności Kościół dostrzegł właśnie nad Wisłą i chętnie korzysta z owej pozostawionej przez Ojców Soboru furtki, po swojemu wyznaczając „godziwy zakres” wolności religijnej.

3 września 2000 roku Jan Paweł II ogłosił Piusa IX błogosławionym.

 

Stroma ścieżka apostazji

 

Zasada  semel catholicus…. sprawia, że Kościół woli używać określenia „apostazja” niż  „wystąpienie z Kościoła” – choć, jak widzieliśmy, nie zawsze czyni to konsekwentnie. „Apostazja” była pierwotnie terminem mającym zabarwienie silnie pejoratywne. To tyle co „porzucenie posterunku”, „zdrada”, „odstępstwo”. Paradoksalnie ten właśnie negatywnie naładowany termin przyjął się powszechnie także w środowisku osób występujących z Kościoła. Zadecydowała o tym zapewne… ekonomia języka: to termin krótszy i prostszy „w obsłudze” niż składające się z trzech elementów „wystąpienie z Kościoła” – będę się nim posługiwał i ja, bo można chyba przyjąć, że został on już w polszczyźnie zneutralizowany i pozbawiony swoich złych konotacji.

By dokonać owego „aktu apostazji” vel „wystąpienia z Kościoła” trzeba zgodnie ze wspomnianym Dekretem  z 2015 roku spełnić warunki, które – na pierwszy rzut oka  – nie wydają się bardzo trudne. Wystarczy proboszczowi parafii właściwej dla miejsca zamieszkania „apostaty” przedłożyć stosowne oświadczenie woli. Deklaracja taka musi zawierać dane osobowe, informacje o dacie i parafii chrztu, uzasadnienie oraz zapewnienie, że składa się ją „świadomie i dobrowolnie”. Jeśli składa się ją w parafii innej niż „parafia chrztu” trzeba przedłożyć także tegoż chrztu świadectwo. Proboszcz poświadcza na kopii dokumentu jego przyjęcie, a następnie przesyła oryginał do kurii biskupiej, która  jeśli parafia chrztu znajduje się na terenie tej samej diecezji, poleca jej proboszczowi dokonanie stosownej adnotacji w księdze chrztów, jeśli nie, przekazuje  deklarację dalej, to znaczy do kurii właściwej terytorialnie. Osoba występująca z Kościoła może otrzymać z „parafii chrztu” nowe jego świadectwo z adnotacją o dokonanym „akcie apostazji”. To wszystko.

Dekret należy uznać za  implementację instrukcji watykańskiej z 2006 roku. Jego pierwotna wersja, przyjęta nota bene z górą dwa lata później – a więc bez grzesznego pośpiechu – była przy tym implementacją nader twórczą: polscy hierarchowie dorzucili bowiem do rzymskiego okólnika dodatkowy, niewspomniany w nim wymóg przyprowadzenia przez apostatę dwóch świadków. Mało tego, instrukcja  KEP zalecała „by – jeśli to możliwe – przynajmniej jednym ze świadków był ktoś z rodziców lub chrzestnych odstępcy” (!!!). Deklaracja musiała nadto zawierać uzasadnienie – również niewzmiankowane w Actus formalis – i nie mogła być przyjęta od razu: konieczna była powtórna wizyta u proboszcza.

Przepisy te praktycznie uniemożliwiały dopełnienie „aktu apostazji”. Jak udowodnić, że rodzice albo chrzestni nie mogą wystąpić w roli świadków? (Wysoce prawdopodobne przy tym, że taki świadek byłby raczej rzecznikiem Kościoła niż „apostaty”). Skąd tych świadków w ogóle wziąć – niezręcznie byłoby nawet prosić kogoś o taką przysługę, wiążącą się z koniecznością podawania danych osobowych proboszczowi (a więc i możliwymi późniejszymi szykanami) oraz z niebezpieczeństwem rozmaitych nieprzyjemnych incydentów.

Być może oczywista (i szokująca) iluzoryczność tak zaprojektowanej procedury, ocierająca się o jawną kpinę z opinii publicznej, i  jaskrawa tejże procedury sprzeczność z watykańskim Actus formalis  oraz  last but not least konieczność usunięcia owego nieszczęsnego przymiotnika „formalny” spowodowały wydanie siedem (!) lat później  nowych, nieco uproszczonych regulacji: świadkowie nie są już potrzebni, a wszystkie formalności winny zostać dopełnione podczas jednej wizyty w kancelarii parafialnej. Uzasadnienie wymagane jest nadal[2].

Ale w dalszym ciągu defectio ab Ecclesia catholica bywa w Polsce ścieżką bardzo stromą. Diabeł bowiem – jak zawsze – ukrył się w szczegółach. Zasadniczy akcent Dekretu nie spoczywa na złożeniu deklaracji przez „apostatę”, lecz na jej przyjęciu przez proboszcza. A to nie jest wcale ani  oczywiste, ani obligatoryjne. Duchowny – stanowi Dekret – przyjmuje ją bowiem „jeżeli oświadczenie woli o wystąpieniu z Kościoła, złożone w formie pisemnej, spełnia wszystkie wymogi formalne, a po rozmowie duszpasterskiej proboszcz nabył pewność moralną, że decyzja jaką podejmuje odstępca jest wyrazem jego wolnej, nieprzymuszonej woli i dowodem na porzucenie wspólnoty z Kościołem, rozumianej jako zerwanie więzi wiary, sakramentów i władzy pasterskiej […]” (podkr. T. Z.). A co, jeśli takiej „pewności moralnej” nie „nabył”? Jeżeli na przykład „odstępca” nadal jest osobą wierzącą – co wcale nie musi być takie rzadkie[3] ale nie chce mieć nic wspólnego z Kościołem Rzymskokatolickim, bo uważa go za instytucję kompletnie zdegenerowaną? Trudno wówczas mówić o całkowitym „zerwaniu więzi wiary”, a to może uprawniać proboszcza do nieprzyjęcia deklaracji. I nie ma siły, która mogłaby go do tego zmusić. Dekret nie przewiduje żadnego postępowania odwoławczego. A droga sądowa jest wykluczona: władza świecka umywa tu ręce, powołując się na autonomię związków wyznaniowych (będzie o tym mowa niżej).

Możliwe są także inne scenariusze. Deklaracja musi, jak była już o tym mowa, nadal zawierać uzasadnienie „aktu apostazji”. To chyba najbardziej upokarzający składnik całej procedury, ustawiający „apostatę” w pozycji petenta, który nie może poprzestać na prostym oświadczeniu woli, lecz musi dopiero udowodnić przed  jakąś władzą „zasadność” swojej „prośby” – niczym ktoś, kto na przykład  ubiega się o mieszkanie komunalne  i musi władze gminy przekonać o swoich trudnych warunkach materialnych i bytowych. Proboszcz może przy tym uznać – kto mu zabroni? – że uzasadnienie operuje powtarzającymi się często argumentami, co mogłoby świadczyć o ich nieoryginalności, to zaś dawałoby podstawę do podejrzenia, że decyzja „apostaty” nie jest w pełni „świadoma”. Co w sytuacji, jeśli ktoś gorzej wykształcony poprosi o zredagowanie uzasadnienia osobę trzecią, a proboszcz domyśli się takiej pomocy? Efekt może być podobny.

Można oczywiście mnożyć także – i jak słychać, nierzadko się tak dzieje – trudności natury formalnej. Parafie wystawiające świadectwo chrztu pytają, do czego jest ono osobie składającej wniosek o jego wydanie potrzebne. (Przestrzegałbym tu przed podawaniem jakiegoś nieprawdziwego powodu, bo znajdzie się on na dokumencie, który potem może zostać uznany za nieważny). Wiadomość, że metryka ma posłużyć do aktu apostazji, nie nastraja zwykle kancelarii parafialnej zbyt życzliwie. Może ona wówczas zażądać osobistego stawiennictwa wnioskodawcy (co, jeśli powoduje konieczność podróży z Jeleniej Góry do Suwałk, nie jest takie bezproblemowe) albo po prostu prośbę zignorować – teoretycznie można wówczas interweniować u Kościelnego Inspektora Ochrony Danych, bo wydanie takiego świadectwo jest obligatoryjne, ale to zapewne chwilę trwa, mało też prawdopodobne, by Inspektor bardzo gorliwie bronił naszej sprawy. Aktu apostazji dokonują często także studenci niezamieszkali stale na terenie danej parafii. Proboszczowie żądają wówczas przedłożenia umów najmu, co nie musi podobać się właścicielowi mieszkania – otwiera przecież możliwość wywierania na niego przez proboszcza jakiejś presji, by wymówił najem „odstępcy”, czy poddawania go innym szykanom. Proboszcz może ostatecznie działać „na rympał”, to znaczy, domyślając się celu wizyty niewiernego parafianina, odmawiać konsekwentnie udzielenia mu audiencji.

Na tym nie koniec. Jeśli deklaracja „odstępcy” przechodzi przez dwie kurie, zawsze może gdzieś utknąć po drodze,  na przykład zostać „wpadnięta” za szafę,  i co wtedy? Do kogo pisać? Do kurii? Której? Do Watykanu? Na Berdyczów? A jeśli się napisze, skąd pewność, że dostanie się odpowiedź? Na instytucjach kościelnych nie ciąży żaden ustawowy obowiązek odpowiadania na korespondencję. W Dekrecie nie zapisano żadnych terminów, nie wiadomo zatem, kiedy cała procedura miałaby znaleźć swój finał (wpis o apostazji do księgi chrztów). Na pociechę zostaje „apostacie” pkt 1. Dekretu: „Oświadczenie woli o wystąpieniu z Kościoła wywołuje formalny skutek od chwili jego przyjęcia przez kompetentną władzę kościelną”. To oznacza zatem: Kto otrzymał na kopii swojej deklaracji potwierdzenie jej przyjęcia, może już z ulgą powiedzieć o sobie: „Nie jestem rzymskim katolikiem”.

Kościół – jak wiemy – widzi to inaczej. Jego zdaniem apostata katolikiem jest nadal, tyle że katolikiem-przestępcą: „Akt formalnego odstępstwa od wiary – stwierdza ks. Rafał Dettlaff[4] – jest bardzo poważnym przestępstwem”, choć przestępstwem na szczęście i już (jeszcze?) tylko w rozumieniu prawa kanonicznego. To zaś sprawia, że uciąć apostacie głowy ani nawet skazać go na wygnanie, chwilowo się nie da. Pewnie dlatego, jak pisze cytowany wyżej ks. Majer, Kościół „akty apostazji” przyjmuje z takim „bólem i smutkiem”.

 

Nie lepiej „po angielsku”?

 

Gwoli sprawiedliwości: moje osobiste doświadczenia „apostaty” nie są złe. Świadectwo chrztu przesłano mi po tygodniu od złożenia wniosku (nie domagając się żadnego zwrotu kosztów, choć możliwość taką przewidują przepisy kościelne o danych osobowych, a i ja gotowość uiszczenia należnych opłat zadeklarowałem). W korespondencji mailowej poproszono mnie jedynie o przesłanie go drogą pocztową i opatrzenie własnoręcznym podpisem – w czasach RODO wymóg taki w zasadzie nie dziwi. W parafii, w której składałem oświadczenie, wszystko trwało może 10 minut. Gdy tylko powiedziałem „dzień dobry” zamiast „szczęść Boże”, ksiądz proboszcz od razu się domyślił, z czym przychodzę.  Okazało się, że nie byłem wcale pierwszy, on zaś sprawiał wrażenie nieco już znudzonego lekturą uzasadnień deklaracji o wystąpieniu z Kościoła. Nie podejmował jakichkolwiek prób odwiedzenia mnie od tej decyzji, był profesjonalnie uprzejmy. Sam zadeklarował gotowość potwierdzenia przyjęcia dokumentu, podpisał się, a gdy już chciałem zabrać moją kopię, powstrzymał mnie: „Moment, jeszcze pieczątka parafii”. Przy pożegnaniu pochwaliłem go zresztą za tę rzeczowość i kulturę obsługi interesantów takich jak ja. Machnął ręką: „Przecież ja tu jestem tylko pośrednikiem. Wszystkiego dobrego”. Słowem: Wersal[5].

Podejrzewam, że nie bez znaczenia była w tym wypadku okoliczność, że „moja” parafia to parafia zakonna, a podległość proboszczów będących zakonnikami wobec ordynariusza diecezji ma jednak nieco inny charakter niż podległość księży świeckich. Ci ostatni, jak wieść gminna niesie, wyraźnie starają się zniechęcić apostatów, a w ostateczności podrzucić „gorący kartofel” koledze, odsyłając ich na przykład do parafii chrztu – wbrew przepisom Dekretu, którego znajomość wśród kleru wydaje się bardzo słaba. Prawdopodobnie proboszcz, który przynosi do kurii zbyt wiele takich deklaracji, popada u biskupa w niełaskę. Proboszcz parafii zakonnej tą niełaską nie musi się bardzo przejmować, bo na jego pozycję i karierę nie ma ona istotnego wpływu. Pewną rolę odegrał tu chyba – niestety, niestety! – także mój (niemal senioralny) wiek.

Trudno mi orzec, czy taki przebieg „aktu apostazji” to reguła czy raczej wyjątek[6]. Wiem z różnych opowieści, że nie zawsze idzie to tak gładko. Zwłaszcza młode kobiety narażone są niekiedy na zachowania wyjątkowo aroganckie i chamskie. Dlatego – mimo że nie jest to już konieczne – warto chyba zabierać ze sobą owych dwóch świadków (a przynajmniej jednego), bo nie wiadomo, co się może zdarzyć i czy wizyta w kancelarii parafialnej nie skończy się na policji, w prokuraturze czy w sądzie. W ostatnich latach media donosiły o bulwersujących przypadkach wzywania policji przez proboszczów, którym ich parafianie próbowali wręczyć oświadczenia woli o wystąpieniu z Kościoła. W 2016 roku we wrocławskiej parafii Michała Archanioła przybyli na miejsce funkcjonariusze po wysłuchaniu obu stron nakazali księdzu deklarację przyjąć i zapowiedzieli, że w razie powtórki ukarzą go mandatem za bezzasadne wezwanie. Ale już w styczniu tego roku w parafii św. Włodzimierza na warszawskim Bródnie policjanci zachowali się zgoła inaczej: niedoszła apostatka została zakuta w kajdanki, wyprowadzona do radiowozu, zelżona i pouczona o niestosowności swojej decyzji o opuszczeniu Kościoła. Trzeba zatem przyjąć, że możemy mieć do czynienia z przeciwnikiem bezwzględnym  i zdecydowanym na wszystko, postrzegającym nas jako „przestępców”, wobec których żadne zasady – nawet zasady elementarnego dobrego wychowania – nie obowiązują.

A to przecież nie wszystkie kłopoty, których możemy się spodziewać. Apostazja naraża niekiedy na bardzo poważne konflikty z rodziną bliższą i dalszą, na wrogie reakcje środowiska, uważającego nierzadko taki krok, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, za akt swoistej zdrady a dokonującą go osobę za  „renegata” – Kościół przywiązują nas do siebie dziesiątkami nitek, które wcale nie tak łatwo poprzecinać. Czy jest więc sens ściągać na siebie takie problemy? Czy nie lepiej z Kościołem rozstać się „po angielsku”: zaprzestać po prostu wszelkich praktyk religijnych, nie przyjmować „wizyt duszpasterskich”, zastrzec sobie, by pogrzeb miał charakter świecki itd.? Przecież czysto formalna przynależność do Kościoła Rzymskokatolickiego nie powoduje w Polsce – jak choćby w Niemczech czy Austrii – konieczności płacenia „podatku kościelnego” ani żadnych innych następstw w dziedzinie prawa świeckiego. Pytania tego rodzaju stawiają, co ciekawe, także osoby od Kościoła nie tylko odległe, ale mu wręcz niechętne: „Akt apostazji to nic nieznaczący gest – pisze czytelnik ‘Gazety Wyborczej’ –  przecież nikt nie wierzy, że oni naprawdę usuną dane osobowe? […] Po co więc kopać się z koniem? […] Nie mam ani czasu, ani ochoty łazić za jakimś księdzem i cokolwiek u niego załatwiać. Jest mi zupełnie obojętne, czy on uważa mnie za swoją owieczkę. Wybrałem – już bardzo dawno temu – inną drogę: nie chodzę do kościoła (bo po co?), nie płacę na żadne tace, kolędy (księdza nie wpuszczam do domu), nie daję żadnego haraczu na jakieś msze czy inne okazje. Moja rodzina wie doskonale, że kiedy przyjdzie mój czas, to mają mnie pochować bez żadnego polewania mnie święconą wodą. Kościół nie ma ze mnie żadnego pożytku – a ja nie mam z Kościołem żadnego kontaktu. […] Ta instytucja jest dla mnie ‘ciałem obcym’ –  dlatego aktem apostazji nie muszę sobie niczego udowadniać”.

Ta argumentacja nie jest pozbawiona sensu. Rzeczywiście: apostazja jest przecież nadal pewnym „aktem kościelnym”, wewnętrzną procedurą instytucji, z którą „apostata” chce się właśnie rozstać, a której dość upokarzającym przepisom musi się na pożegnanie jednak podporządkować.

Do tego mogą dochodzić wahania innego rodzaju. Akt apostazji ma charakter działania dość ostentacyjnego, jest pewną wyrazistą, otwartą manifestacją, której wiele osób o większej wrażliwości woli w kwestiach religijnych unikać. To postawa, rzec można za Goethem deklarującym się – ale wyłącznie w prywatnych listach – jako „zdecydowany niechrześcijanin”, „erazmiańska”: postępuje się zgodnie z własnym sumieniem i własną wiedzą, porzuca wierzenia, które uważa za niewiarygodne, ale  nadawanie takim decyzjom charakteru publicznego jest jakby w złym guście, tak jak w złym guście są dyskusje o pieniądzach – jest zatem czymś niegodnym „duchowej arystokracji”, unikającej światopoglądowych pojedynków na kije. Pozostańmy tam, gdzie zostaliśmy rzuceni przez los i urodzenie, strzeżmy się wszelkich hałaśliwych wyznań niewiary, które – czy tego chcemy, czy nie – mogą czasem przypominać do złudzenia budzące zwykle niesmak krzykliwe demonstracje przywiązania do religii i Kościoła. Krótko mówiąc:


Nie chcesz, by najhaniebniej ktoś cię obrabował,
Lepiej, byś swe odejście, wiarę, pieniądz chował[7]

Postawa „duchowego arystokraty” unikającego manifestowania swojej areligijności, może się jednak czasem zbliżać niebezpiecznie do postawy określanej mianem „ketmanu” – do ukrywania swoich prawdziwych poglądów z przyczyn zgoła konformistycznych. Znamiennie skomentował cytowany wyżej dwuwiersz Goethego Czesław Miłosz, który – jak wiadomo – zjawisko „ketmanu” poddał swego czasu wnikliwej analizie: „Istnieje sfera tajemnicy, sfera zakryta, w której żyje człowiek. Notabene, teraz niedawno znalazłem u Goethego to samo – że człowiek nie powinien odsłaniać tego, co wie, i że człowiek powinien poruszać się na zewnątrz, w stosunkach z ludźmi, na powierzchownym poziomie. Myślę, że to może prowadzić do bardzo niemoralnych sytuacji[8].

Tę „erazmiańską” postawę  można ostatecznie zrozumieć w normalnych czasach i w normalnym kraju. Niestety: nie żyjemy ani w takich czasach, ani w takim kraju. Nie ulega wątpliwości, że to polski katolicyzm jest glebą, z której wyrasta polski autorytaryzm, a polski Kościół Rzymskokatolicki pełni z własnej woli i z nieskrywanym zapałem rolę głównego filara ustroju zmierzającego już bardzo wyraźnie w kierunku państwa policyjnego, ograniczającego podstawowe prawa człowieka i obywatela – będąc zarazem jednym z głównych tegoż ustroju beneficjentów. Piękne słowa Jana Pawła II o Kościele jako „przestrzeni wolności” w czasach komunizmu brzmią dziś jak ponury żart. A jak groźne memento jego słowa o cywilizacji Zachodu – przy wszystkich jej mankamentach i słabościach najbardziej humanitarnej cywilizacji ludzkiej – jako „cywilizacji śmierci”. Bardzo trafnie rzecz zdiagnozował – choć odnosząc to do innej religii – Pascal Bruckner w Tyranii skruchy: „Nienawiść wobec Zachodu to zawsze nienawiść wobec praw człowieka i demokracji”[9]. W tych okolicznościach nawet czysto formalne, dobrowolne pozostawanie w strukturach tegoż Kościoła może być odczuwane i postrzegane jako swoista forma – choćby pośredniej – kolaboracji z autorytarnym, policyjnym reżimem. 

Powie ktoś: przecież Kościół to nie tylko o. Rydzyk i Episkopat, także w Kościele są ludzie – jak choćby o. Wiśniewski czy zmarły bp Pieronek – którzy się temu reżimowi sprzeciwiali i sprzeciwiają. To prawda. Pytanie tylko, jaką linię ideową można w nim uznać za reprezentatywną, to znaczy: kto decyduje w nim o kierunku „głównego nurtu”. I jak głęboki jest w rzeczywistości ów sprzeciw katolickich kontestatorów IV RP. Także w PZPR byli – do samego końca – ludzie sprzeciwiający się „twardogłowym”, osobiście uczciwi, którym jednak ta uczciwość nie zabraniała należeć do organizacji trzymającej za twarz całe społeczeństwo i którzy raczej nie wychodzili poza obszar działania jakiejś Partii Umiarkowanego Postępu w Granicach Prawa, usiłującej – w miarę możności – łagodzić najbardziej drastyczne posunięcia władzy. Co więcej: „gołębie” tego rodzaju w każdej takiej złowrogiej formacji mogą odgrywać rolę swoistego moralnego alibi: „patrzcie, są tam i ludzie porządni, może jest jakaś szansa na naprawę?”.  

Obecność „gołębi” nie wszystkich uspokaja. Po grudniu 1981 roku wielu członków PZPR zdecydowało się opuścić jej szeregi, choć wiązało się to niekiedy z pewnym ryzykiem. To sytuacja trochę analogiczna do obecnej, a akty „apostazji” przypominają nieco ówczesne „oddawanie legitymacji partyjnych”. (Porównania bywają jednak kulawe: nawet w stanie wojennym PZPR nie nazywała osób oddających jej legitymacje „przestępcami” ani nie twierdziła, że w dalszym ciągu do niej należą i podlegają jej organizacyjnej jurysdykcji). I także dzisiejsi „apostaci” muszą się często mierzyć z  pytaniem, które stawiano wówczas byłym „partyjnym”: „Co tym zmienisz?”. A jednak: czy ktoś dziś powie, że wystąpienie z PZPR po 13 grudnia było aktem godnym potępienia czy choćby tylko nonsensownym? Nawet jeśli wpływ takiej jednostkowej decyzji na bieg zdarzeń był mniej więcej taki sam jak wpływ jednostkowego „wystąpienia z Kościoła” na dzieje IV RP.

Ten wpływ wcale nie musi być – wbrew pozorom – zerowy. Nawet jednostkowa decyzja może  spowodować „efekt motyla”, uruchamiać albo wspierać procesy, które za czas jakiś przyniosą realne przemiany. Zwłaszcza gdy częstotliwość takich jednostkowych decyzji staje się coraz większa. A tak jest w wypadku wystąpień z Kościoła.  Przyrost liczby „apostatów”, nawet ograniczony, będzie nieuchronnie oswajał społeczeństwo  z obecnością zdeklarowanych „bezwyznaniowców”, a samo zjawisko nieprzynależenia do żadnej wspólnoty religijnej czynił czymś odbieranym jako całkowicie normalne: jak każde zjawisko o dużej częstotliwości występowania,  niebudzące już większych emocji ani agresji. Innymi słowy: im więcej takich zdeklarowanych „odstępców”, tym każdy z nich bezpieczniejszy, a to ma już swoją wartość. Może to sprawi również, że także politycy startujący w wyborach przestaną manifestacyjnie dowodzić swojego przywiązania do Kościoła – uczynił to podczas ostatnich wyborów nawet kandydat deklarujący się wcześniej jako wyznawca myśli Barucha Spinozy, którą dalibóg z katolicyzmem pogodzić niełatwo. Jakkolwiek by było: wielu ludzi poczułoby się w Polsce lepiej, gdyby wybory prezydenckie znów – jak kiedyś Aleksander Kwaśniewski – wygrał kandydat, który by takiej „lojalki” nie złożył.

Nie bez znaczenia jest jeszcze co innego. Katolikami rzadko stajemy się w następstwie własnej decyzji, „świadomej i dobrowolnej”. Zwykle to ktoś decyduje za nas, że mamy nimi być. „Wiarę” nabywa się także nie na drodze własnych dociekań, lecz w procesie socjalizacji: zostaje nam ona wpojona w dzieciństwie, przyjmujemy ją zatem w wieku, w którym nie jesteśmy jeszcze zdolni do świadomej refleksji. Co, jeśli osiągnąwszy dojrzałość intelektualną, poddamy ją krytycznej analizie i dojdziemy do wniosku, że nie daje się ona pogodzić z obrazem świata konstruowanym już na drodze samodzielnego poszukiwania jakiejś o nim prawdy? Wystąpienie z Kościoła jest wówczas niejako naturalnym, właściwie oczywistym dookreśleniem własnej tożsamości, formowanej tym razem samodzielnie i na własną odpowiedzialność. Nie chcę tu rozstrzygać, czy takiej krytycznej rewizji intelektualnego bagażu dzieciństwa wolno/należy oczekiwać od każdego człowieka dorosłego, wykształconego i świadomego siebie, zwłaszcza że wymaga ona także znalezienia sensownej odpowiedzi na nader kłopotliwe pytanie, dlaczego jako historycznie prawdziwe traktuje się opowieści, które w każdej innej religii uznałoby się za mityczne. Chyba każdemu można jednak zaproponować niewinny eksperyment myślowy: „Czy gdybyś nie został ochrzczony jako kilkutygodniowe dziecko, wychował się w środowisku całkowicie areligijnym i z ‘narracją’ misjonarzy katolickich zetknął dopiero jako człowiek intelektualnie już uformowany zgodnie z oświeceniowym modelem kształceniowym współczesnego Europejczyka, to czy  zdołałaby cię ona przywieść do ‘świadomej i dobrowolnej’ decyzji o chrzcie? Inaczej mówiąc: czy byłaby dla ciebie bardziej przekonująca, niż jest dziś np. ‘narracja’ sympatycznych młodych mormonów amerykańskich, próbujących nienaganną polszczyzną pozyskiwać prozelitów na ulicach naszych miast?”

  

A może po niemiecku?

 

Ale nie oszukujmy się: „apostazja” to w warunkach polskich droga dla nielicznych: najbardziej zdeterminowanych, i asertywnych, to znaczy takich, którzy – jeśli zajdzie potrzeba – zdołają obronić swoje uzasadnienie odejścia z Kościoła jako „świadome i dobrowolne”. To raczej nie będą setki tysięcy, choć setki tysięcy zapewne rozstaną się z Kościołem „po angielsku”, często nie chcąc się po prostu narażać na niezbyt przyjemny kontakt z urzędnikami „pana B.” – wbrew buńczucznym zapewnieniom o marginalnym charakterze zjawiska Kościół apostatów wyraźnie się boi i chyba dość skutecznie zniechęca do ich naśladowania. Dlatego w niejednym potencjalnym „odstępcy” zazdrość budzi niemiecki i austriacki model występowania z Kościoła: w Niemczech składa się stosowne oświadczenie woli w urzędzie stanu cywilnego (lub – w niektórych krajach związkowych – w sądzie powszechnym najniższego szczebla, Amtsgericht), w Austrii w urzędzie gminy, uiszcza (nie wszędzie) niewielką opłatę – i po wszystkim. Nie wchodzi się nawet w kontakt z jakimkolwiek urzędem kościelnym, nie ma też obowiązku uzasadniania swojej decyzji.

Taka regulacja ma tam swoje istotne przyczyny. Wystąpienie z Kościoła pociąga bowiem za sobą także skutki w obszarze prawa świeckiego, to znaczy zwolnienie z podatku kościelnego. Podatek kościelny mają prawo pobierać w obu tych krajach cztery wspólnoty wyznaniowe: Kościoły ewangelicki, katolicki i starokatolicki oraz gminy żydowskie. Dlatego, o czym warto pamiętać, tylko z nich można wystąpić za pośrednictwem urzędów świeckich – świadek Jehowy, który chciałby się rozstać ze swoją wspólnotą, musi o tym niestety rozmawiać ze starszymi zboru, podobnie jak polski katolik ze swoim proboszczem.  Co ciekawe, także w Szwajcarii, gdzie również niektóre wspólnoty wyznaniowe mają prawo obciążać swych wiernych podatkiem pobieranym przez publiczne  służby fiskalne, aby wystąpić z Kościoła, trzeba stosowną deklarację złożyć we właściwym dla miejsca zamieszkania urzędzie parafialnym. Tyle że nie trzeba jej uzasadniać, a urząd musi ją przyjąć.

Wynikałby z tego ważny wniosek: pośrednictwo państwa w „apostazji” możliwe jest tylko wtedy, gdy powstaje jakiś obszar wspólny prawa świeckiego i kościelnego. Próbą stworzenia takiego obszaru w warunkach polskich były kierowane przez „apostatów” do GIODO i parafii wnioski o zmianę w danych osobowych i wprowadzenie do nich adnotacji o wystąpieniu z Kościoła: tym obszarem wspólnym miały być zatem przepisy RODO. Działania takie bywały niekiedy skuteczne, a w razie sprzeciwu parafii sądy administracyjne przyznawały rację „apostatom”. Zamknął tę drogę ostatecznie wyrok NSA z 9 lutego 2016 roku. Nie miejsce tu, by szczegółowo analizować  jego wewnętrznie bardzo niespójne uzasadnienie, skandalicznie mieszające prawo kanoniczne z państwowym,  a niekiedy przedkładające to pierwsze nad drugie. Dość powiedzieć, że NSA stanął na stanowisku niejako eksterytorialności Kościoła Rzymskokatolickiego:  Kwestia przynależenia lub nieprzynależenia do kościoła nie należy do sfery pozytywnego zainteresowania władzy publicznej, która nie ustanawia żadnych reguł ani zasad dotyczących przystępowania, należenia lub występowania z kościoła”[10]. NSA przyjął, że skoro istnieje Dekret KEP regulujący kwestię „wystąpień z Kościoła”, to nie można mówić o żadnym naruszeniu czy to Konstytucji, czy zwłaszcza Ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania, zgodnie z którą (art. 2a) „obywatele mogą […] należeć lub nie należeć do kościołów i innych związków wyznaniowych” (podkr. T. Z.).

Innymi słowy: Obywatelu, radź sobie sam.

 

Czy da się inaczej?

 

I to nie czekając na wprowadzenie w Polsce jakiejś formy podatku kościelnego? Da się!  Dowodzą tego przepisy regulujące „apostazję”,  wypracowane przez inny działający w Polsce Kościół chrześcijański, Ewangelicko-Augsburski, a zawarte w tzw. Pragmatyce Służbowej KEA (rozdz. I, § 2, pkt  5). Zgodnie z tymi przepisami „wystąpienie z Kościoła następuje poprzez:

1) złożenie pisemnego oświadczenia woli zgodnie z przynależnością parafialną osobiście lub z podpisem potwierdzonym notarialnie – z dniem otrzymania oświadczenia przez właściwą Parafię; lub

2) publiczne wyrzeczenie się przynależności do Kościoła lub wstąpienie do innego związku wyznaniowego w przypadku powzięcia takiej informacji przez właściwego Proboszcza – z dniem dokonania odpowiedniej adnotacji w księgach metrykalnych na podstawie uchwały Rady Parafialnej”[11] (podkr. T. Z.).

Nietrudno tu zauważyć istotne różnice w stosunku do katolickiego Dekretu z 2015 roku: niepotrzebne jest jakiekolwiek uzasadnienie  ani nawet osobiste stawiennictwo – wystarczy poświadczone notarialnie oświadczenie woli przesłane proboszczowi. Mało tego: w KEA skuteczna byłaby nawet groteskowa „apostazja” Janusza Palikota, dokonana swego czasu w obecności licznie zgromadzonych dziennikarzy przed kościołem franciszkanów w Krakowie. W eklezjologii KEA brak również takich stygmatyzujących pojęć jak „apostazja”, która byłaby „przestępstwem”, „odstępca”, „zaciągnięcie ekskomuniki”. Jest rzeczowy opis pewnej sytuacji – trudnej, bo z natury rzeczy konfliktowej – traktujący podmiotowo,  równoprawnie i z szacunkiem wszystkie strony.

Czy przyjęcie analogicznych przepisów jest możliwe także w polskim Kościele katolickim? Wydaje się, że w rozluźnieniu gorsetu obecnych regulacji najbardziej zainteresowany powinien być… sam Kościół. Gołym okiem widać przecież, że w sprawie „wolności religijnej” i „apostazji” miota się bezradnie od ściany do ściany: od Syllabusa errorum do Dignitatis humanae, od Actus formalis do Omnium in mentem, od Instrukcji z 2008 do Dekretu z 2015. Wspólnym wątkiem przewodnim  tych czterech ostatnich dokumentów jest intencja maksymalnego utrudnienia „apostazji” i zniechęcenia do niej potencjalnych „odstępców”. Skuteczność tych zabiegów wydaje jednak nader problematyczna.

Bo i cóż z tego, że będzie się mnożyć trudności formalne? Zdeterminowanego „apostatę” utwierdzą one jedynie w słuszności jego decyzji. Także groźby kanoniczne, zawarte w Dekrecie chyba nie zrobią na „odstępcy” wielkiego wrażenia, bo trudno sobie wyobrazić, by ktoś, kto Kościół chce opuścić, marzył, by w przyszłości zostać chrzestnym. Nie przestraszy się on zapewne nawet ekskomuniki „zaciąganej” latae sententiae[12], bo przecież właśnie o wyłączenie ze „wspólnoty” zabiega. Cóż warta jest przywoływana nieustannie zasada semel catholicus…, skoro nie sposób jej już skutecznie wyegzekwować? Każe ona jedynie  postrzegać Kościół jako dziwaczną skamielinę feudalizmu, autorytarną instytucję, w której zdesperowani i wściekli „pasterze” wciąż próbują nieporadnie zagonić z powrotem do zagrody uciekające z niej owce – krótko mówiąc: zachowują się jak średniowieczny właściciel folwarku,  dopominający się o zwrot  zbiegłego chłopa.

Groźby te przywodzą na pamięć przytoczoną przez Heinricha Heinego w Z dziejów religii i filozofii w Niemczech opowieść o baranim rogu, zwanym szofar, którego dźwięk towarzyszył w dawnych gminach żydowskich uroczystemu wykluczaniu ze wspólnoty: „Jak czytałem […] swego czasu w żywocie Salomona Majmona, rabin Altony próbował go, ucznia Kanta, przywieść kiedyś na powrót do starej wiary, gdy ten jednak trwał uparcie przy swych filozoficznych herezjach, zaczął mu grozić i wskazując na szofar, spytał ponurym głosem: ‘Czy wiesz, co to jest?’. Uczeń Kanta odparł wówczas bardzo spokojnie: ‘To róg barana’, a rabin ze zgrozy runął jak długi na ziemię”.

Cóż z tego nawet, że ma się za sobą władzę świecką? Że wezwie się policję? Każe wyprowadzić apostatę w kajdankach? Następnego dnia incydent stanie się tematem wszystkich mediów, a reakcją sporej części opinii publicznej wcale nie będzie przestrach, lecz raczej jeszcze większe obrzydzenie wobec instytucji posługującej się takimi metodami.

Co gorsza, będzie to obrzydzenie zmieszane z kpiną. Polski Kościół przypomina dziś bowiem wilka, któremu wyrwano zęby i który – kompletnie zdezorientowany tą operacją – wciąż jeży sierść i kłapie  pustą paszczą, wydając z siebie groźne warknięcia, by za chwilę zapewniać publiczność obserwującą te popisy, że tarta marchewka jest jego ulubionym daniem wcale nie z konieczności, lecz z wolnego wyboru. Nie jest to widok wzbudzający wielki respekt. Wilk pozostaje co prawda wilkiem: nawet bezzębny może podrapać, i to dotkliwie. W mniejszych miejscowościach proboszcz może wciąż jeszcze nieźle zajść za skórę „apostacie” i jego rodzinie. Ale to jednak nie to samo co przegryzienie tętnicy szyjnej.

Czy zatem polski Kościół – we własnym interesie – zdobędzie się na jakieś inne podejście do zjawiska „apostazji”? Wątpliwe. Zbyt głęboko tkwi w jego genach przeświadczenie, że duszpasterstwo pozostawiające „owcy” za wiele swobody i niezdolne wesprzeć się  przymusem jest mało skuteczne – nie przypadkiem symbolem władzy biskupiej jest pastorał, czyli po prostu… kij. Dlatego tak długo, jak długo pozostanie mu choćby cień nadziei, że będzie mógł ten przymus stosować, raczej z niego nie zrezygnuje. Nawet jeśli koszty „wizerunkowe” takiego uporu będą coraz bardziej rujnujące. Trudno się oprzeć wrażeniu, że polscy hierarchowie, upojeni własną potęgą (która tak naprawdę jest wyłącznie efektem słabości społeczeństwa, a przede wszystkim tchórzostwa i wyrachowania polityków), zatracili kompletnie  instynkt samozachowawczy.   Oni po prostu „tak mają” i jeszcze długo nie będą „mieć” inaczej.

Co więc robić?

 

Lepiej zapobiegać niż leczyć

 

Odpowiedź jest zawsze ta sama: swoje. Kto chce z Kościoła wystąpić, niech to zrobi. „Apostazja” bywa ścieżką stromą i wyboistą, ale uwierzcie: do przejścia. A satysfakcja jaką poczujecie, gdy oglądając kolejny reportaż o pedofilu w sutannie albo słuchając pohukiwań abpa Gądeckiego, będziecie mogli sobie powiedzieć: „Ja z tą instytucją nie mam już nic wspólnego” – bezcenna.

Przede wszystkim trzeba jednak apelować do młodych rodziców: „Czy naprawdę chcecie oddać Wasze dziecko instytucji, która w następstwie z pozoru czysto formalnego rytuału, uzna je niemal za swoją własność? Bo jest zdania, że kto raz do niej wszedł (częściej: został wniesiony, zanim nauczył się samodzielnie chodzić), nigdy już nie może jej opuścić? Czy jesteście pewni, że za 20 lat nie znajdzie się ono w świecie zaprojektowanym przez Ordo Iuris i Episkopat, w którym o żadnej „apostazji” nie będzie już mowy, a obecność na mszach będą kontrolować dzielnicowi? Fakt: to mało prawdopodobne, ale jednak… Czy w wolnościowej euforii 1989 roku wyobrażaliśmy sobie państwo takie, jakie dziś budują nam PiS i biskupi? Może lepiej pozostawić decyzję o wstąpieniu do Kościoła Waszej córce albo Waszemu synowi? Aby była to decyzja taka, jakiej Kościół wymaga, gdy chce się z niego wystąpić: ‘świadoma i dobrowolna’”.

Zawsze lepiej zapobiegać niż leczyć.



[1] Przypadek Mortary nie był zresztą przypadkiem w Państwie Kościelnym odosobnionym.  O potajemnym chrzcie żydowskiego dziecka w Polsce międzywojennej opowiadał mi przed laty pewien emerytowany wiejski proboszcz. Chłopiec miał bardzo wysoką gorączkę. Przybyła „z pomocą” katolicka sąsiadka przyłożyła choremu do czoła lód (czyli wodę), wymawiając szeptem formułę chrzcielną (zgodnie z prawem kanonicznym in articulo mortis aktu chrztu ma prawo dokonać każdy katolik). Opowiedziała potem o wszystkim owemu proboszczowi, znajdując jego pełną aprobatę dla swego postępowania. Oczywiście nawet w II RP taki „chrzest” nie mógł mieć następstw podobnych do tych, jakie miał w wypadku Edgarda Mortary.

[2] Na upartego (na bardzo upartego) konieczność przedłożenia takiego uzasadnienia da się co prawda wyprowadzić z pkt. 3 Actus formalis:  „On the other hand, heresy (whether formal or material), schism and apostasy do not in themselves constitute a formal act of defection if they are not externally concretized and manifested to the ecclesiastical authority in the required manner” (podkr. T. Z.), zob.:

http://www.vatican.va/roman_curia/pontifical_councils/intrptxt/documents/rc_pc_intrptxt_doc_20060313_actus-formalis_en.html .

[3] Według ankiety przeprowadzonej w 2020 r. przez portal Kirchenaustritt.de na z górą 50 000 respondentów zaledwie ok 15% osób występujących z Kościołów w Niemczech podejmuje decyzję o apostazji z powodu niewiary w Boga. Motywacją pozostałych jest najczęściej niechęć do płacenia podatku kościelnego (41%) albo „niezadowolenie z instytucji Kościoła” (38, 5%).

[4] Ks. Rafał Dettlaff,  Władza kościelna kompetentna do przyjęcia formalnego aktu odstąpienia od Kościoła katolickiego, w: „Studia Gdańskie” 43/2018, s. 138.

[5] Celowo nie podaję, o którą parafię chodzi, by nie narażać uprzejmego proboszcza na ewentualne przykrości ze strony przełożonych.

[6] Prawdopodobnie jednak reguła. Na stronie https://mapaapostazji.pl/ podano wyniki ankiety przeprowadzonej na osobach występujących z Kościoła, które zapytano o łatwość dopełnienia procedury apostazji. 78.0% (1302) wybrało odpowiedź „łatwo”, 15.0% (251) „średnio”, a tylko 7.0% (116) „trudno”.

[7] Dystych z Dywanu Zachodu i Wschodu (podkr. T. Z.).

[8] Cyt. za. Czesława Miłosza autoportret przekorny. Rozmawiał Aleksander Fiut, Kraków 2003, s. 238 n. (podkr. T. Z.). Zob. także Andrzej Franaszek, Miłosz. Biografia, Kraków 2011, s. 172.

[9] Przeł. Andrzej Szeptycki, Warszawa 2019, s. 47.

[10] Szczegółową, bardzo kompetentną analizę prawną wyroku i jego uzasadnienia Czytelnik znajdzie na stronie:

https://www.apostazja.info/index.php/metodaswiecka/artykuy-o-metodzie-wieckiej/499-bardzo-wazny-wyrok-nsa-w-sprawie-wystapien.

[11] Informacje te zawdzięczam Pani Agnieszce Godfrejów-Tarnogórskiej, Rzecznik Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP, której pragnę tu złożyć serdeczne podziękowanie.

[12] Ostrzegał mnie przed nią nawet „mój” uprzejmy proboszcz: „Sam pan wie, co pan zaciąga”.

Komentarze

Popularne posty